czwartek, 26 lutego 2015

Julien Fournié i Delacroix



Mija miesiąc odkąd byłem w Paryżu. Pomysł, by jechać tam w styczniu, czyli okresie zupełnie nie turystycznym, wziął się z zaproszenia, jakie otrzymałem od domu mody Julien Fournié. To projektant, który stosunkowo od niedawna pracuje pod własnym nazwiskiem. Wcześniej między innymi tworzył kolekcje couture dla domu mody Torrente.

Jak wiecie śledzenie najnowszych trendów światowej mody, ba nawet tej polskiej, zdecydowanie zostawiam innym. Nie jestem dziennikarzem, jestem historykiem. Jednak od (prawie) każdej reguły istnieją wyjątki. Możliwość zobaczenia na żywo pokazu couture, w Paryżu, to coś czemu trudno się oprzeć, gdy w kręgu zainteresowań jest historia paryskiej mody. Wiem, że w relacjach z tygodnia mody haute couture dominowały relacje z wybiegów Diora i Chanel, ale poza nimi także można zobaczyć coś wartościowego... Jestem przeszczęśliwy, że oglądałem pokaz Juliena Fournié. Mam świadomość tego, że w mojej pamięci, oprócz samego pokazu zostaną także emocje, i że to one dyktują mi teraz te słowa. Ale, jak wspomniałem, nie jestem dziennikarzem, nie pojechałem tam z misją opisania wszystkiego i wydania wyroku.

Do zabrania głosu skłania mnie też sama kolekcja, która, jak mówi projektant została zainspirowana dziennikami z Maroka Eugène’a Delacroix. A taki trop trudno mi porzucić... Delacroix (1798–1863) to jeden z kluczowych malarzy dziewiętnastowiecznej Francji. Znany jest przede wszystkim z fascynacji egzotyką tak typowej dla romantyków. Jak pewnie część z Was wie, odbył on między innymi podróż do Maroka w 1832 roku, czego efektem są jedne z najbardziej znanych jego obrazów. Wypełnia je światło i kolor.

Ale kiedy się patrzy na modele z kolekcji Fournié, kolory nie są aż tak żywe, jak można byłoby się spodziewać. Nie jest to bynajmniej wina projektanta. Tak naprawdę wszystko się zgadza. Kiedy bowiem patrzy się na karty dziennika, a nie powstałe później obrazy, dominują na nich brązy w bardzo różnych odcieniach, przełamywane bardziej wyrazistymi plamami turkusu czy nasyconej czerwieni.
 
 
 
 Źródła tu, tu, tu i tu
Jest to logiczne, gdy pomyśli się o pustyni, piasku i kolorach wypłowiałych dzięki ostremu słońcu. Samo słońce w postaci „złotej” tkaniny także błyszczy gdzieniegdzie na wybiegu. Generalnie bardzo podoba mi się paleta kolorów użytych przez projektanta. 



 Źródło tutaj
"Egzotyka” nie jest przez projektanta nadmiernie eksploatowana. Nie przekracza on moim zdaniem granic ubioru. Mam na myśli to, że patrząc na wybieg nie mam wrażenia, że oglądam teatralne kostiumy. I to mi się bardzo podobało. Trudno również nie pamiętać o fantastycznej biżuterii.
Fantazją na temat Afryki są na pewno fryzury i makijaże przywodzące na myśl królową Kleopatrę. Dzięki nim inspiracja tym kontynentem była czytelna od pierwszego wyjścia modelki.

Czy moje zachwyty znaczą, że teraz przemienię się w stałego bywalca pokazów haute couture, lub bardziej – pokazów mody w ogóle? Tego nie musicie się obawiać. Dlatego, mam nadzieję, wybaczycie mi taki wpis tutaj ;)

Co jednak jest niezmiernie atrakcyjne to, dla odmiany, możliwość poznania projektanta, porozmawiania z nim, pogratulowania udanej kolekcji, a nie tylko kontakt przez książki i zdjęcia z czym najczęściej mam do czynienia. I to jest coś bardzo interesującego nawet dla historyka. W końcu, to co oglądałem już należy do historii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz