niedziela, 26 października 2014

Victoire


Ostatnio pisałem o tym, że w Autobiografii Christiana Diora można znaleźć wiele inspirujących ciekawostek. Jedna z nich dotyczy modelki imieniem Victoire. W rozdziale poświęconym właśnie modelkom możemy znaleźć fragment charakteryzujący ją w ten sposób:
Nigdy nie słyszałem tylu krytycznych uwag pod adresem modelki, jak po zatrudnieniu Victoire. Pojawiła się w moim biurze niemal na dzień przed pokazem kolekcji. Nikt z moich współpracowników nie dawał jej najmniejszych szans. Twierdzili, że jest niska i że kompletnie nie umie chodzić. To wszystko prawda. Mimo, że zdecydowanie różniła się od pozostałych "jeunes filles", postanowiłem ją zatrudnić. Miała w sobie powiew Saint-Germain-des-Près, który mi się podobał. Obiecałem, że zaprojektuję dla niej jedną czy dwie sukienki, a potem z przymiarki na przymiarkę, zdałem sobie sprawę, że wyrasta na gwiazdę mody.
Jednak przedwcześnie przesądziłem o tym, co miało spodobać się publiczności. Wraz z pojawieniem się nowej modelki ze strony prasy i klientek rozległa się burza protestów:
- Jak pan śmie pokazywać taką modelkę? Co to za maniery ?! Co to za uroda?! Przecież ona nie ma żadnej figury! 
Niektórzy posunęli się nawet do stwierdzenia, że jej obecność w domu mody stanowi obrazę dla klienteli. Krótko mówiąc usłyszałem każdy rodzaj krytyki. Zniosłem ją jednak, ponieważ wiedziałem, że Victoire jest urocza i czuje ten zawód. Podczas gdy wszyscy błagali mnie, bym z niej zrezygnował, ja zdecydowałem, że będzie prezentować drugą kolekcję. I nagle publiczność przestała ją oceniać wyłącznie przez pryzmat Victoire i otworzyła oczy. Jedynym przytykiem pod jej adresem było to, że nie jest tak wysoka. Publiczność utrzymywała, że ją odmieniłem , podczas gdy tak naprawdę zmienili się ludzie. Dostrzegli nagle cierpki urok i szczególne piękno Victoire i od tej pory dosłownie wyrywali ją sobie z rąk. Grzeczna Victoire stała się gwiazdą , uzasadniając w ten sposób, że imię, które jej nadałem był właściwe (s. 147).
Narzuca się wobec powyższego kilka kwestii. Mnie zastanowiło przede wszystkim to, czy faktycznie jej uroda aż tak odbiegała od ówczesnych kanonów. I czy z punktu dzisiejszego odbiorcy ewentualne różnice są wciąż czytelne. Sprawdźmy więc. Za punkt odniesienia wziąłem inną modelkę, o której Dior napisał, że prawdopodobnie najlepiej uosabia styl Christiana Diora. To Renée.
Źródła: tutaj i tutaj.
Źródła tutajtutaj
Victoire widoczna na dwóch ostatnich zdjęciach ma faktycznie ma inny typ urody. To jasne, ale z cytowanej wypowiedzi wynika coś więcej. Mnie interesuje ten fragment: Miała w sobie powiew Saint-Germain-des-Près, który mi się podobał.
Trzeba wiedzieć, że ta dzielnica Paryża leży na lewym brzegu Sekwany i wówczas mocno związani z nią byli intelektualiści i egzystencjaliści. Także twórcy kina Nowej fali będą przesiadywali w tamtejszych kawiarniach. Świat roztaczający się wokół Avenue Montaigne oraz ten wokół Bulwaru Saint-Germain różniły się bardzo wyraźnie. Ów rozdźwięk możemy łatwo zobaczyć w filmie Zabawna buzia z 1957 roku. Główna bohaterka grana przez Audrey Hepburn godzi się na bycie modelką i wyjazd do Paryża w nadziei, że pozwoli jej to spotkać się z podziwianym egzystencjalistą.  Nie zdradzając szczegółów fabuły tym, którzy filmu do tej pory nie widzieli, chciałbym pokazać dwa fragmenty filmu. W jednym bohaterka Audrey tańczy w nowoczesny sposób, w klubie, ubrana cała na czarno i do tego w spodniach. Kolejny fragment to odsłona „glamour” w ubiorach paryskiego projektanta.

Drugi fragment ujawnia również to, że bohaterka – Jo – będzie potrafiła swoją osobowością wzbogacić eleganckie kreacje. To właśnie w tym kierunku zacznie skręcać ta wielka paryska moda.
Dlatego też, zgodnie z tym, co przewidział Dior, Victoire osiągnęła sukces. Stała się twarzą nowego domu mody: Yves Saint Laurent. Jej rola nie ograniczała się jedynie do tego. Wydatnie pomogła również przy samym tworzeniu przyszłej potęgi YSL, o czym wspomina wyraźnie Marie-Dominique Lelièvre w swojej książce Yves Saint Laurent. Niegrzeczny chłopiec.Tam również możemy przeczytać, że ich drogi się niebawem rozeszły, a kolekcja na wiosnę i lato 1963 była ostatnią prezentowaną przez Victoire (s. 55-57). Jednak zwycięstwo tego, co sobą reprezentowała – przypomnę: Miała w sobie powiew Saint-Germain-des-Près – i tak nastąpiło. Yves Saint Laurent wypuszczając linię ubiorów gotowych do noszenia nazwał właśnie Rive Gauche, czyli lewy brzeg. Tam też, na lewym brzegu Sekwany na rue de Tournon otworzył swój pierwszy butik. 
Oczywiście to nie wyczerpuje tematu, ale przecież nie o to chodzi. Dla pełniejszego obrazu przypomnę jeszcze, że w filmie Yves Saint Laurent modelkę grała przeurocza Charlotte Le Bon. Nawiasem mówiąc o wiele ładniejsza od oryginału. Ale to moje osobiste zdanie.
Źródło tutaj.

poniedziałek, 6 października 2014

Dior i Ja



Christian Dior i ja to nie jest bardzo zgrana para. Choć razem z Chanel są chyba najczęściej wymienianymi i najbardziej znanymi projektantami, to ani on, ani ona nigdy do końca nie skradli mego serca i umysłu. Doceniam ich pracę, podziwiam wiele stworzonych przez nich sukni (wciąż marzę, by posiadać coś, co wyszło spod ręki Chanel), ale do nieustannej adoracji nigdy nie doszedłem. Dlatego Dior i ja, to jak wspomniałem nie jest idealne połączenie. Niemniej z wielką chęcią przeczytałem autobiografię Christiana Diora, wydaną przez Wydawnictwo Dolnośląskie, a zatytułowaną właśnie w ten sposób: Dior i Ja. Tytuł ten ma według autora podkreślać nie tylko różnicę między jego wizerunkiem publicznym i prywatnym, ale też to, że jest osoba Christian Dior i dom mody o tej samej nazwie. Oczywiście jest w tym nuta kokieterii, ale w idealnej dawce.


Autobiografia dzieli się na trzy zasadnicze części z których każda w pewnym sensie omawia „innego Diora”. Pierwsza pokazuje wizerunek publiczny opisując wielki sukces pierwszej kolekcji i jego bezpośrednie konsekwencje (m. in. podróż do Stanów). Kolejna część skupiona jest na domu mody Dior. Poznajemy przede wszystkim drogę jaką przebywają projekty autora z kartki papieru na wybieg. Ostatnia z partii książki prezentuje prywatny wizerunek projektanta, a prawdę mówiąc opowiada o jego dolach i niedolach zanim stał się tym, kim jest - legendą. Taki układ sprawia, że autobiografia czyta się łatwo i z pewnością nie się nudzi. Ale nie tylko to daje przyjemność obcowania z tą pozycją. Przynajmniej dla mnie zaletą jest sam język autora. Nie, że jest jakiś wybitny, literacki. Chodzi raczej o to, że jest „niedzisiejszy”. Tłumaczowi, Michałowi Krzykawskiemu udało się zachować ten rodzaj naiwności, jak to sobie nazwałem. Naiwności, która sprawia, że łatwiej mi przenieść się w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Ta książka nie tylko mówi o tej dekadzie, ona JEST z tej dekady i to czuć. I bardzo dobrze. Dzięki temu znajdujemy się w czasach, gdy pokazy couture trwały 2 godziny. Słownie: DWIE godziny. Dziś wydaje się to nierealne. Podobnie z resztą jak i pilnowanie, by nikt nie robił zdjęć podczas pokazu, ani nawet nie szkicował. Wolno było jedynie opisywać słownie oglądane modele (wspominałem o tym TUTAJ). No i oczywiście pokazy czy raczej prezentacje odbywały się w siedzibie domów mody. Ciekawe było również dla mnie przypomnienie sobie o zaangażowaniu i lojalności ludzi pracujących w domu mody, choć oczywiście niechlubne wyjątki się zdarzały. By nie mnożyć przykładów niepotrzebnie dodam, że z pewnością każdy znajdzie tam „smaczek” dla siebie. Książka jest ich pełna. Czy to zatem znaczy, że trafiła się polskim czytelnikom książka idealna? I tak i nie. Przede wszystkim jest to autobiografia. A to oznacza, że jeśli chcielibyśmy w oparciu o nią wypowiedzieć się o projektancie, to powinniśmy... zaczerpnąć również wiedzę z innych miejsc. Korzystanie ze źródła (bo tak można traktować autobiografię) oprócz wielu zalet, ma tę „wadę”, że trzeba je po prostu sprawdzić. W końcu jest to bardzo osobiste spojrzenie. Bardzo cenne, ale z pewnością nie jedyne. Ponadto, autobiografia, co logiczne, pisana jest za życia autora i można się łatwo domyślić, że wiele kwestii zostanie z oczywistych względów przemilczanych. Jeśli bowiem myślimy o Diorze w kategoriach historii mody, to w zasadzie powinniśmy stosować zasady typowe dla tej nauki. Czyli chociażby krytyczne ujęcie źródeł polegające np. na ocenianiu wiarygodności autora. Może to co piszę jest dla wielu oczywiste, ale wydaje mi się, że i tak jest to warte przypomnienia. W przeciwnym razie może nastąpić totalnie bezkrytyczny odbiór tej skądinąd ciekawej autobiografii. A przecież nie o to chodzi.

W zasadzie jedyną, drobną uwagą dotyczącą już samego tłumaczenia, jest to, że z Roberta Pigueta zrobiono Roberta Piqueta. Cóż, zapewne wkradł się jakiś chochlik.

Reasumując, książkę warto nie tylko przeczytać, ale i ją mieć, bo jestem niemal pewny, że będziecie do niej wracać i odkrywać ją na nowo.