piątek, 26 września 2014

Łatwo i ładnie



Przy okazji pisania o wystawie Birds of Paradise (tutaj), wspomniałem, że brakowało mi tam nieco krytycznego wątku, czegoś, co wybiłoby zwiedzających z rytmicznego wzdychania do sukni przy kolejnych gablotach. Myślałem o tej wystawie trochę, przyznaję, ale kiedy poszedłem kolejnego dnia do Muzeum Torebek w Amsterdamie i zobaczyłem ich ekspozycję, stwierdziłem definitywnie, że to zasługuje na osobny wpis. Wiem, minęło już trochę czasu od tego wyjazdu, ale najpierw były inne tematy, a teraz, kiedy mam chwilę czasu, to pojawiają się już u mnie pierwsze oznaki jesiennego dołka. Ok, temat osobisty zamykam i wracam do Muzeum Torebek w Amsterdamie.
Mieści się ono w ładnej kamienicy (jakich w Amsterdamie wiele), nad jednym z kanałów (co również nie jest wyjątkowe w tym mieście). Interesujące – przynajmniej dla mnie – jest to, że muzeum jest prywatne. Na początku była, co łatwo odgadnąć, kolekcja. Możecie przeczytać o tym na stronie muzeum (tutaj). Niewielka w sumie przestrzeń zawiera oprócz stałej ekspozycji także restaurację/ kawiarnię i nieduże miejsce przeznaczone na wystawy czasowe.


Całość robi wrażenie bardzo eleganckie, co wydaje mi się być kluczową kwestią. Nie chodzi o to, że to źle, że jest elegancko, ale o to, jak działa takie wnętrze wraz z tym, co można oglądać na ekspozycji. Jako widzowie mamy szansę obejrzeć – podobno – jedną z najciekawszych kolekcji torebek na świecie. Piszę „podobno”, bo na torebkach się nie znam i nie umiem sam ocenić, więc polegam na zdaniu innych. Mogę jednak sam przyznać, że wygląda to imponująco. Obiekty nie dość, że różnorodne, to jeszcze ładnie pokazane (choć mam wątpliwości związane z systemem podpisów) i świetnie zachowane. Wszystko to w układzie chronologicznym, ale grupach/ podtematach. O ile w przypadku dawniejszych czasów mogę uznać, że problemy dotyczące surowca/ materiału połączone z dodatkowymi informacjami są ciekawe, to przestawało mi to wystarczać w miarę zbliżania się do „naszych” czasów.
Teraz mała dygresja na temat kolekcjonowania. Długo uważano (zwłaszcza w przypadku muzeów), że wartościowe i godne zbierania są tylko te przedmioty, które zostały  wykonane z wysoką starannością, o ciekawym wzornictwie. Dopiero stosunkowo niedawno największe muzea zaczęły się przekonywać, że równie wartościowe dla zbiorów i dla naszej wiedzy o przeszłości są zwykłe ubiory codzienne, a także przerabiane czy nieoryginalne (w sensie fałszerstw). Wszystkie one opowiadają o kwestiach związanych z modą. Bo przecież moda to nie tylko to, co wychodziło z pracowni najlepszych rzemieślników czy projektantów. Z drugiej strony rozumiem doskonale chęć posiadania możliwie najlepszych i najładniejszych rzeczy. Tu też moim zdaniem mogą ujawniać się różnice pomiędzy polityką kolekcjonowania przez państwowe (nazwijmy je tak) muzea, a gustami prywatnych kolekcjonerów. Oczywiście nie ma tutaj ścisłych reguł i historia nas uczy, że ci drudzy często wykazywali się elastyczniejszym podejściem i większą otwartością niż muzea. Tak czy inaczej jest to istotne zagadnienie.

W przypadku Muzeum Torebek w Amsterdamie jasne jest, że rządzi „glamour”. Wszystko jest ładne, gładkie, wzbudza zachwyt, ale w żaden sposób nie pobudza do refleksji. Nawet gablota z torebkami z naprawdę rzadkich zwierząt jak np. pancernik pozostawiona jest bez komentarza, że takie „rarytasy” łączą się często ze zdziesiątkowaniem zwierząt, wzmagają przemyt egzotycznych zwierząt itd. Brak też informacji na temat syntetycznych tworzyw, np. toreb plastikowych. No naprawdę szkoda. Oczywiście nie sprawia to, że potępiam takie ekspozycje. W przypadku prywatnego muzeum rozumiem, że unikanie kontrowersji i eksponowanie „glamouru” nie dość, że przyciąga zwiedzających (głównie kobiety), to również pozwala łatwiej pozyskać nowe obiekty, które, umówmy się, nie są tanie. Inaczej wyglądałaby ta kwestia, gdyby muzeum było finansowane z środków publicznych. Wówczas można byłoby oczekiwać wyraźniejszej, bardziej krytycznej ekspozycji. Choć i to nie jest ani łatwe i ani oczywiste.

Jeszcze jedna oczywistość się narzuca. Niestety moje obserwacje (na polu sztuki głównie, ale myślę, że i wystawami mody jest podobnie) wskazują, że ludzie po prostu lubią oglądać ładne rzeczy: „ładne” obrazy, w ogóle „ładne” dzieła sztuki. I z modą jest podobnie. Powiedzmy sobie szczerze – ile z tych osób, które tak szybko, gładko i często mówią, że lubią modę, wybierze się na wystawę prezentującą krytyczny stosunek do rzeczywistości, mówiącą o nadmiernej konsumpcji czy choćby o niemal niewolniczej pracy Azjatów? A ładne suknie potrafią za to skutecznie przyciągnąć.


Nie mam zamiaru wyczerpywać tu zagadnienia wystaw mody, ale warto zwrócić uwagę, że być może nie wszystkie wystawy pokazujące suknie, torebki czy inne akcesoria powinniśmy nazywać wystawami mody, a jedynie wystawami ładnych przedmiotów. Oczywiście jeśli przyjmiemy, że moda to społeczne zjawisko bynajmniej nie ograniczające się do samych sukienek, a już na pewnie nie tylko do tych ładnych. Do tematu jeszcze z pewnością wrócę, bo wydaje mi się on nieoczywisty, a przez to interesujący.

PS
Zdjęcia z archiwum Autora.

poniedziałek, 15 września 2014

O czym mówią suknie



O książce P. K. Farysia Ubiór kobiecy i jego tajemnice 1780-1930. Styl-Rzemiosło-Produkt już wspominałem (tutaj). Teraz mam ją w ręku i mogę napisać więcej.
Najważniejsze jest to, że suknie zdecydowanie grają w książce najważniejszą rolę. Ale też od razu uprzedzę, że nie jest to klasyczny album, który po prostu się przegląda. Nazwał bym ją raczej przewodnikiem. Autor, P. K. Faryś w pewnym sensie oprowadza nas – Czytelników po swojej kolekcji. I jest to naprawdę zajmujące. W trakcie czytania mamy poczucie, że obecność każdego ubioru jest przemyślana i coś wnosi do wiedzy Czytelnika.
Generalnie układ jest chronologiczny. Najwcześniejsze i najmłodsze obiekty wskazują daty umieszczone w tytule. Jest to naprawdę szeroki zakres czasu, w którym w modzie kobiecej miały miejsce liczne rewolucje. Temat jest więc szeroki jak rzeka. Na szczęście nie zamąciło to w głowie autora, który mógłby przecież pisać o tym niemal bez końca. Trzyma się on wyraźnie sukni, które opisuje, a jeśli odchodzi od nich nieco dalej, to zawsze jest to uzasadnione i wzbogacające (polecam analizę cen odzieży konfekcjonowanej – s. 48, 49). To jest największa zaleta tej pozycji. Często się zdarza, że kiedy ktoś pisze o modzie, wykorzystuje zdjęcia sukni jako ilustracje, ignorując mniej lub bardziej to, co ma ona „do powiedzenia”. Zapytacie, a cóż takiego może powiedzieć sam ubiór? Bardzo wiele, poczynając od samego surowca z jakiego jest zrobiony. Każdy bowiem miał (i ma) określoną cenę, a także zalety i wady, które można odpowiednio wykorzystywać.  Ważny jest również sposób dekorowania – czy wzór jest wytkany, wyhaftowany, a może zadrukowany? Sprawy się komplikują tym bardziej, gdy zajrzymy „do środka” sukni. Stopień ich złożoności powoduje, że potrzeba wiedzy, by zinterpretować to, co się widzi – jak są wykończone szwy, czy wykonała je ludzka ręka czy też maszyna, itd... Nota bene mój ulubiony „sekret” dotyczy gumowanej taśmy modelującej spódnicę sukni na turniurze (s. 19). Nigdy w życiu nie umiałbym tego zinterpretować samodzielnie. Na szczęście potrafi to autor, P. K. Faryś, którego wiedza nie wynika jedynie z samego oglądania tych sukni, ale z konkretnych studiów – jest on absolwentem Politechniki Łódzkiej. Jednak język, jakiego używa on w swojej książce brzmi przystępnie i zrozumiale. Nawet kiedy opisuje pojawianie się w produkcji włókien sztucznych i syntetycznych, jest to czytelne. To między innymi z powodu języka nazwałem tę książkę rodzajem przewodnika.
Być może ktoś uzna, że nie ma sensu się rozwodzić nad takimi, wydawać by się mogło, podstawowymi kwestiami. Otóż, niestety, jeśli się uważnie przyjrzymy, to łatwo będzie można zauważyć, że taki sposób pisania o modzie jest w polskiej literaturze rzadkością. Kwestia „z czego to wynika” jest złożona i na pewno nie da się jej wyjaśnić w tej chwili. Oczywiście o modzie można też pisać nie analizując sukni – wszytko zależy od przyjętej perspektywy badawczej (można przecież analizować tylko źródła pisane czy samą ikonografię). Rozumiem to zwłaszcza w kontekście badań uniwersyteckich. Jednak jest to trudne do zrozumienia w kontekście muzeów, które dysponują swoimi zbiorami (mogą więc je badać i fotografować, ile im siły wystarczy). Możecie powiedzieć, że przesadzam. Daleko jednak nie muszę szukać. Otóż w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, w kasie dostępny jest folder zatytułowany Dlaczego moda się zmienia? autorstwa Katarzyny Witas–Nowackiej. Jest on dedykowany stałej wystawie Z modą przez XX wiek. Utwierdza nas w tym informacja na stronie internetowej (tutaj). Wystarczy jednak wziąć do ręki ten forder, by wiedzieć, że niestety nie „oprowadzi” on widzów po tej ekspozycji. Nie dość, że nie koncentruje się on na modzie kobiecej XX wieku, to jeszcze zdjęcia obiektów z muzealnych zbiorów są traktowane jak ilustracje i nic więcej. I szczerze mówiąc trochę to smutne, że muzea – bo ta kwestia nie dotyczy przecież tylko CMW w Łodzi – dysponując zbiorami, nie wykorzystują ich w satysfakcjonującym stopniu do krzewienia wiedzy na temat historii mody.
Tym większe słowa uznania należą się autorowi, który potrafił i chciał podzielić się wiedzą, w rzetelny sposób oprowadzając Czytelników, po swojej kolekcji.  

piątek, 5 września 2014

„Poza kanonem” - nowy cykl wykładów w Domu Bretanii



Szósty z kolei cykl wykładów poświęconych francuskiej modzie skupiać się będzie na zagadnieniach często znajdujących się w cieniu, pomijanych z wielu powodów. A historia mody to przecież nie tylko to, co robili Charles Frederick Worth, Gabrielle Chanel czy Christian Dior. Zagadnienia, jakie będą poruszane podczas wykładów w tym sezonie wypełniać będą dotychczasowe luki, tak, by obraz francuskiej mody stał się jeszcze pełniejszy.  
16.10.2014 godz. 18.30. Konfekcja w cieniu haute couture Założenie domu mody przez Charlesa Fredericka Wortha uznawane jest z początek historii haute couture. Jednak granice między konfekcją a couture nie były wówczas tak jaskrawe jak dziś. Ponadto otwierane domy towarowe zmieniły na zawsze sposoby nabywania ubiorów. 

listopad 2014, godz. 18.30 Paryż, 1900 rok 
Na przełomie XIX i XX wieku pracowni i firm zrzeszonych w Paryskiej Izbie Mody były setki. Większość jest dziś zupełnie nieznana. Stan ówczesnej mody i kultury francuskiej pomoże nam poznać przyjrzenie się Wystawie Światowej z 1900 roku. 

grudzień 2014, godz. 18.30 „Warsztaty Paryskie” Paula Poireta 
Podróż Paula Poireta do Wiednia w 1910 roku i zapoznanie się z ofertą Warsztatów Wiedeńskich zainspirowała go do podobnych działań. W kolejnym roku otworzył on własną szkołę i atelier, dzięki którym można było nie tylko ubierać się w stylu Poireta, ale także urządzać wnętrza. Dziś takie praktyki są czymś oczywistym, ale to właśnie francuski projektant był pionierem tego zjawiska. 

styczeń 2015, godz. 18.30 Sonia Delaunay 
Choć nazwisko tej artystki pojawia się czasem w kontekście związków mody i sztuki, to jej twórczość pozostaje generalnie poza kanonem. Wykład pozwoli zapoznać się jej dokonaniami na polu mody i sztuki. 

luty 2015, godz. 18.30 Lata 30. w Paryżu 
Dekada lat 30. to z jednej strony czas kryzysu i dominacji kobiet – projektantek z drugiej. Jednak taki obraz z pewnością nie jest pełny. Nie dość, że powstawały wówczas domy mody (a nie tylko się zamykały), to niektóre z nich miały na czele mężczyznę – projektanta. Podobnie na uboczu pozostaje paryska wystawa z 1937 roku. Wykład pozwoli zapoznać się z tymi zjawiskami. 

marzec 2015, godz. 18.30 Paryż w czasie okupacji 
Czasy okupacji Paryża to nie tylko walka Luciena Lelonga o utrzymanie haute couture we Francji. To również ciemniejsze momenty w życiorysach wielu artystów i projektantów. Wielu z nich po wojnie było w stanie normalnie funkcjonować, jednak nie wszystkim to się udało... 

kwiecień 2015, godz. 18.30 Poza Diorem 
Gwiazda Diora rozbłysła nagle i świeciła blaskiem, który nie pozwalał czasem dostrzec pracy innych, równie utalentowanych projektantów. Do świadomości szerszego odbiorcy przebili się także Chanel, Balenciaga czy Balmain, lecz lista domów mody działających wówczas z sukcesami była znacznie dłuższa. 

maj 2015, godz. 18.30 Mistrzowie dodatków 
Niemal całą uwagę podczas pokazów mody przykuwają autorzy kreacji. Zainteresowanie mediów dzielą jedynie z modelkami oraz gwiazdami pośród publiczności. Wielu bohaterów pozostaje w cieniu. Są nimi między innymi paryskie pracownie haftu, piór, kapeluszy i innych dodatków nadających ostateczny charakter prezentowanym na wybiegu ubiorom. Wykład pozwoli poznać wielu z tych cichych bohaterów.

Zapraszam zatem do Domu Bretanii, zawsze w czwartki o 18.30, raz w miesiącu. Wstęp jest wolny,

środa, 3 września 2014

Rajskie ptaki – recenzja wystawy


O wystawie Birds of Paradise myślałem w zasadzie od momentu, kiedy o niej usłyszałem po raz pierwszy, czyli grubo przed jej otwarciem (nie mogę teraz jej podlinkować, bo zniknęła z głównej strony muzeum w momencie zakończenia, a nie pojawiła się jeszcze w archiwum wystaw). Udało mi się ją zobaczyć dosłownie rzutem na taśmę, w przedostatnim dniu jej trwania. Pytanie czy warto było tłuc się 14 godzin pociągiem, by ją zobaczyć wydaje się bezsensowne, bo odpowiedź jest oczywista :) Zarówno w MoMu, jak i w samej Antwerpii byłem pierwszy raz, więc emocji towarzyszących podróży i oglądaniu wystawy było sporo. Ale to rzeczy. Nie ma to być wpis do sztambucha, ale merytoryczna relacja, a w zasadzie recenzja.

Sama przestrzeń wystawy jest/ była generalnie neutralna – jasne ściany, jasna podłoga, jasne ramy wielkich gablot mieszczących po kilka manekinów. W zasadzie trudno mówić o aranżacji przestrzeni, poza kilkoma wyjątkami. Ale spokojnie, to nie zarzut, ale opis sytuacji. Rytm zwiedzania wystawy wyznaczały właśnie owe gabloty mieszczące ubiory i dodatki podporządkowane poszczególnym tematom, których było 20. Chciałbym napisać, że każdy kolejny prezentował coraz to piękniejsze suknie, ale to nie do końca prawda. Otóż pomiędzy ubiorami można było znaleźć również prace artystki, Kate MccGwire stworzone z wykorzystaniem – a jakże – ptasich piór.

Ale zacznę od sukni, bo to one odgrywały wiodącą rolę w tej ekspozycji. Rzadko używam takich słów (zwłaszcza w recenzjach), ale inaczej się nie da – stroje były spektakularne. Począwszy od sukni haute couture Thierry Muglera z kolekcji wiosna/ lato 1997, poprzez suknie w zasadzie każdego z wielkich projektantów – Diora, Balenciagi, Chanel, Niny Ricci, Jeana Paula Gaultiera, Alexandra McQueena aż do niezwykłego „futra” z łabędziego puchu zaprojektowanego dla Marleny Diertrich. Pomiędzy nimi wiele ubiorów nieznanych krawców i projektantów oraz masa dodatków: wachlarzy, butów czy kapeluszy.


 





Nie sądziłem, że będzie można robić zdjęcia, więc nie zabrałem aparatu i zdjęcia są z komórki.
Ale możecie też pooglądać na facebookowym profilu muzeum.


Jedyne co mi przeszkadzało w oglądaniu, to system podpisów wyglądający w ten sposób, że każdy musiał czytać otrzymaną na wejściu książeczkę. Przy manekinach były jedynie numerki. Ponumerowane i określone tematem były także gabloty. To jednak sprawiało, że co chwila musiałem wertować książeczkę, co nie było zbyt komfortowe. Kto by jednak myślał o dyskomforcie przy takich sukniach. Można było spokojnie przejść tę wystawę z otwartą buzią. Serio. Widz był wręcz odurzany pięknem sukni. Ten czar działał bardzo skutecznie. Dopiero dosłownie przy ostatniej gablocie, nota bene poświęconej Yves Saint Laurentowi, ocknąłem się i wyzwoliłem z tego czaru. Postanowiłem wrócić na początek wystawy i obejrzeć ją jeszcze raz, tym razem już „na trzeźwo”. Wrażenie było zgoła odmienne. Tzn. suknie były wciąż tak piękne, ale ich czar już nie był w stanie zamaskować kilku słabości samej wystawy.
Chodzi mi o to, że w zasadzie wystawa ta koncentrowała się na wizualnym pięknie. Generalnie nic w tym złego – można przecież chcieć zrobić po prostu ładną wystawę z ładnymi sukniami i już. Nie mam nic przeciwko temu. Moje wątpliwości co do oceny ekspozycji wzbudził jednak rozdźwięk, momentami dość wyraźny (choć jak widać słabo zauważalny za pierwszym razem ;), między właśnie estetyką sukni i wystawy, a wprowadzanymi za pomocą poszczególnych tematów problemami związanymi z piórami w ubiorze. I tak na przykład był temat poświęcony pawim piórom mającym konkretne znaczenie i symbolikę. W opisie sekcji czytamy o micie opowiadającym, jak zdradzona Hera umieściła oczy zabitego stuokiego Argosa na pawim ogonie, a także o tym, że są one symbolem próżności. Po czym patrzymy na gablotę i widzimy suknie, jak w każdej innej gablocie. Oczywiście są tam tylko te  wykonane z użyciem pawich piór, ale równie dobrze mogły by być inne. Niczego z opisanej symboliki nie da się odczytać. I właśnie przy drugiej turze zwiedzania pytania rodziły się jak szalone, a brak odpowiedzi na nie powodował, że powstawały kolejne. Na przykład: czy to, że nie widać w tych ubiorach niczego z pawiej dumy, to skutek zacierania się znaczenia tego symbolu, czy może ignorowania go przez projektantów i wykorzystywania pawich piór dowolnie, zgodnie z własnym tylko pomysłem? A może po prostu surowy sposób ekspozycji powoduje, że nie daje się tych ubiorów nijak odczytać, a w innych warunkach dałoby się tak zrobić?
Równie galopujące wątpliwości dopadły mnie przy gablocie z ubiorami wykorzystującymi tylko motyw piór, naśladującymi ich wygląd, a nimi nie będącymi, np. nadruk w pióra, aplikacje udające pióra itd. Ale znów nie ma możliwości, by dowiedzieć się dlaczego tak się dzieje? Czy to kwestia finansowa wpływa na to, czy może pióra po prostu trudne i pracochłonne są w stosowaniu? A może jednak względy ekologiczne o tym decydują, że projektanci wykorzystują różne substytutu piór zamiast ich samych?
Nawiasem mówiąc, to kolejny wielki nieobecny temat – ekologia. Przecież wiele z tych piór pochodzi od rzadkich ptaków, ale nawet jeśli ptaki były pospolite, to ilości piór pozyskiwanych z nich budzi niepokój. O tym jednak nie dowiemy się z wystawy w ogóle. Dobrym momentem na wprowadzenie tego wątku było, moim zdaniem, poruszenie archetypu białego i czarnego łabędzia, czyli dobra i zła. W przypadku tego tematu możemy również poczytać ciekawe rzeczy, m. in. o balecie Czajkowskiego itd., jednak w gablocie widać „równość”. Czarne suknie równie dobrze mogły by być białe i na odwrót. Nie da się w ogóle odczuć wartościowania wspominanego w opisie. Uczciwie przyznam, że jedynie czarna suknia z kolekcji jesień/ zima 2009-2010 autorstwa McQueena emanowała jakimś niewysłowionym niepokojem. Działała tak silnie, że nawet ten brak aranżacji nie był w stanie jej zrównać z innymi sukniami. To naprawdę coś niesamowitego.

No i teraz największe zaskoczenie, choć być może nie dla każdego. Kwestia ta związana jest właśnie z tematem dobro i zło (biały łabędź, czarny łabędź). Otóż jak wspominałem na tej wystawie pokazane były również prace brytyjskiej artystki, Kate MccGwire, która do swoich prac wykorzystuje mi.n pióra gołębi i kruków. Posługując się nimi odnosi się do ludzkich uprzedzeń i sympatii wobec różnych gatunków ptaków – np. biały gołąb to symbol pokoju, ale zwykły gołąb kojarzy się z roznoszeniem zarazków i uciążliwością. Pióro łabędzia wydaje się piękne, ale takie samo z czarnego kruka już niepokoi, itd. Wspomniane prace artystki rozlokowane były w kilku miejscach na zasadzie interwencji (więcej tutaj). Moim zdaniem nie cieszyły się takim zainteresowaniem jak suknie, zwłaszcza te mniejsze prace z białych piór, zamknięte w gablotach/ kloszach. Jednak ogromna praca z czarnych piór nie pozostawiała obojętnym, jeśli już ktoś się przy niej zatrzymał. Wyglądała ona jak dwa ogromne, splecione ze sobą cielska węży, których skóra zamiast łuskami pokryta jest piórami. Patrzenie na to wzbudzało niepokój lub nawet odrazę. Oglądając tę pracę pomyślałem: to jest to! Artystka faktycznie za pomocą prostych zabiegów – koloru piór, ich wielkości i sposobu prezentacji potrafiła wzbudzać różne emocje. Również „wężowe”, ale małe i wykonane z białych piór formy, umieszczone pod estetycznymi szklanymi kloszami, sprawiały zupełnie odmienne wrażenie - "estetyczność" niwelowała negatywne odczucia. Takich różnic w odbiorze rodzajów piór nie odczuwałem przy żadnej gablocie z sukniami. Były one zupełnie jednowymiarowe – ładne, estetyczne przedmioty wykonane precyzyjnie, przez znakomitych rzemieślników (wyjątek to czarna suknia McQueena - ona "działała"). Prace artystki wybijały się na ich tle pokazując, że sztuka ma większą siłę przekazu niż moda. Przynajmniej w tej aranżacji, na tej wystawie. Być może, gdyby autorzy wystawy zamiast próby stworzenia ptasiego raju pokusili się o "zjedzenia zakazanego owocu", a tym samym wpuściliby na salę ekspozycyjną więcej nieczystości, niepokoju, emocji, suknie byłyby w stanie wyraźniej przemówić. Tymczasem stworzono wyobrażenie modowego raju, który może i jest ładny, atrakcyjny, ale boleśnie płaski i w rezultacie nudny. Moim zdaniem to wielka szkoda, bo wystawa wypuszcza widza z przekonaniem, że moda jest czymś przede wszystkim "ładnym". Szkoda.
PS.
Po zakończeniu zwiedzania wystawy zerknąłem do katalogu i wydaje mi się, że tam właśnie można znaleźć, że tak się wyrażę, wszystkie brakujące ogniwa, czyli ujęcia kulturowe i krytyczne. Pewność zyskam, kiedy katalog do mnie dotrze i go przeczytam. No, ale właśnie – nie każdy kupi i przeczyta katalog. Większość zostanie z wiedzą z wystawy, a w zasadzie z niewiedzą. Jeszcze raz: szkoda.
P.S. 2
Jeśli komuś nie udało się dotrzeć do Antwerpii, to wciąż jest szansa zobaczenia tej wystawy, gdyż od końca października prezentowana ona będzie w The Bowes Museum.