czwartek, 28 sierpnia 2014

Po pierwsze: patrzeć, oglądać, obserwować



Zanim napiszę o swoich wrażeniach z wystawy Birds of Paradise w MoMu, chciałbym podzielić się jeszcze jedną refleksją (wiem wiem, sporo ich ostatnio), która naszła mnie właśnie podczas oglądania tej wystawy, a konkretnie tej sukni:

Jeśli ktoś bardzo uważnie śledzi pokazy haute couture, to być może ją rozpozna (ja nie rozpoznałem).
To suknia z kolekcji Rafa Simonsa dla domu mody Diora na sezon jesień/ zima 2013-14. Można nawet kliknąć na zbliżenia i przyjrzeć się wzorowi na sukni.
Ale, nawet wówczas nie widać, że to... pióra. Tak, pióra. Naprawdę misterna robota. No i niepowtarzalna. Tzw. nie jest to wzór, który znajdziemy w pierwszym – lepszym (a nawet drugim) sklepie z tkaninami. No, chyba że ktoś skopiuje wzór i zadrukuje w ten sposób swoją tkaninę. Podobnie było z tą suknią domu mody Louis Vuitton z kolekcji jesień/ zima 2013-14. 
Co tworzy wzór? Koronka? Haft? Nie – znów pióra! Ale skąd to wiedzieć, skoro ogląda się tylko pokaz, bez zbliżeń?


I ostatni przykład, słynne „futro” Marleny Dietrich. Futro jest w cudzysłowie, bo nie jest ono typowym futrem – wykonane jest z łabędziego puchu… Tak, to musiało być mnóstwo puchu. Przewodnik podaje, że potrzeba było piór ponad 300 łabędzi!!!
Efekt "w ruchu" możecie zobaczyć na koncercie zarejestrowanym w Londynie w 1972 roku.

Marlena wygląda zjawiskowo. Podobno miała świadomość posiadania tego skarbu i bardzo o nie dbała. Dziś jest własnością Muzeum Kina w Berlinie.
Żeby nie odchodzić za daleko od tematu, to przyznam się, że kiedy byłem dwa lata temu na wystawie Fashioning Fashion w Berlinie, to przy jednym obiekcie też się z kolegą zastanawialiśmy czy lamowanie peleryny jest wykonane z futra czy z piór.
Być może płynie stąd wiele wniosków, ale ja chciałbym przede wszystkim podkreślić, jak ważne jest oglądanie obiektów na żywo, w oryginale. Może się wydawać, że skoro znamy coś ze zdjęcia, to już nie warto tego oglądać na wystawie. Ale to nieprawda. Warto chodzić do różnych muzeów, żeby oglądać rzeczy na żywo. Oczywiście nie znaczy to, że trzeba oglądać tylko w ten sposób i rezygnować z innych opcji. Każde oglądanie wzbogaca – czy to oglądanie zdjęcia, czy też nagrania z pokazu. Studiowanie „twarzą w twarz” danej sukni to po prostu kolejny, bardzo ważny rodzaj doświadczenia i wiedzy.

Jak wiecie, raczej nie śledzę tego, co teraz dzieje się na wybiegach. Jeśli już, to wybiórczo. I w ogóle nie interesuje mnie, co jest dostępne w butikach konkretnych projektantów. Ale jednak podczas swojego pobytu w Antwerpii zajrzałem do sklepu Dries'a van Notena, do czego namówił mnie W. (i jestem mu za to wdzięczny). Z zewnątrz wygląda on tak:



Zdjęć z wnętrza oczywiście nie mam, ale chcę powiedzieć, że to była duuuuża przyjemność. I nie chodzi tu o reklamowanie marki. Mam raczej na myśli wzornictwo i jakość wykonania ubiorów. Przypomniałem sobie od razu różne głosy mówiące, że szkoda, że dziś się nie szyje tak jak dawniej (w sensie wykończenia, jakość itd.) I miło było mi stwierdzić, że to nie jest prawda - wciąż szyje się w bardzo wysokiej jakości, ale podobnie jak i dziesiątki lat temu, zarezerwowane jest to dla zamożnych ludzi. A nie mówimy tu jeszcze o haute couture, które jest już absolutnie ekskluzywne (np. wspomniane wyżej wzory tworzone za pomocą ręcznie przyszytych piórek).
Żal mi, że wciąż nie jesteśmy atrakcyjnym rynkiem dla luksusowych marek. Bo nawet jeśli większości nie byłoby na nie stać, to byśmy mogli swobodnie pooglądać w sklepach i na witrynach dobre rzeczy. To też moim zdaniem wiele by wnosiło do świadomości czym jest moda i wysoka jakość. Tym bardziej trzeba więc jeździć i oglądać, oglądać i jeszcze raz oglądać. Warto.
Recenzja wystawy Birds of Paradise kolejnym razem.

środa, 20 sierpnia 2014

Gdzie ta sztuka?



Rozsądek podpowiada, by trzymać się z daleka od takich tematów, ale czasem niestety coś mnie korci, by napisać nie tylko o samej historii mody. Zaczęło się od tego, że szukałem /wybierałem /planowałem, jakie muzea zwiedzić w Amsterdamie i w Antwerpii - nigdy wcześniej tam nie byłem. Pierwsza myśl, jaka się pojawiła to Rijksmuseum. Po prostu. Następne były bardziej ułożone, to znaczy: „powinienem się skupić na muzeach/ miejscach związanych z modą i jej historią. Tym się interesuję, to mnie ciekawi i daję temu priorytet”. Nawiasem mówiąc sam pomysł na ten wyjazd wziął się stąd, że bardzo chciałem zobaczyć wystawę Birds of Paradise. A zatem oprócz MoMu miało być Muzeum torebek w Amsterdamie, Muzeum diamentów w tym samym mieście. Co jeszcze? No właśnie, dobre pytanie. Czy to, że interesuje mnie historia mody, ma oznaczać, że w każdym odwiedzanym miejscu mam skupiać się tylko na tym? W pierwszej chwili logika podpowiadała, że TAK, że trzeba wybierać, bo przecież wszystkiego i tak nie zobaczę, a to jest dla mnie bardzo ważne. Na szczęście ta chwila bardzo szybko minęła. Opamiętałem się i postanowiłem działać zgodnie z intuicją i wrócić do pierwszej swojej myśli, czyli Rijksmuseum. Być w tym mieście i nie poświęcić dużej ilości czasu na obejrzenie dużej „Nocnej straży" ;) albo Vermeera? Nie mówiąc już o  Domu Rembrandta czy Muzeum van Gogha. Od tropienia sukni / mody wolę również pooglądać dobrą architekturę albo inne ciekawe miejsca. Już słyszę jak mówicie sobie – „No pewnie, nie samą modą człowiek żyje”. Oczywiście zgadzam się z tym twierdzeniem, ale w głowie pojawiła się jeszcze inna myśli.
Skoro tak popularne jest u nas stwierdzenie „Fashion is Art” i wszystkie jego odmiany, to zastanawiam się dlaczego tak zaniedbywany jest ten drugi człon, czyli sztuka (lub jak kto woli „Art”)? Dlaczego na „modowych” blogach tak mało można znaleźć informacji o sztuce – wystawach, artystach? (wiem, są wyjątki) Dlaczego nie widzę/ nie czytam zachwytów nad Van Dyckiem na przykład; albo nad Velazquezem? Przecież ich portrety są znakomite. Wyznaczyły „trendy” w sposobie portretowania na całe dekady. Albo fantastyczny Edouard Manet lub jakikolwiek inny artysta.  Nie, to nie oskarżanie systemu szkolnictwa o powodowanie takich braków. Raczej chęć podzielenia się refleksją, jaka mnie naszła. Poświęcania swojej uwagi tylko modzie skazuje na zubożenie. To, że bez obycia ze sztuką nie dostrzeżemy wielkości wielu projektów, to banał, choć oczywiście i prawda. Ale prawdą jest też to, że dzięki temu być może unikniemy nadawania niektórym projektantom czy pojedynczym sukniom rangi, na jaką nie zasługują. Obcowanie ze sztuką (nie tylko oglądanie, ale i czytanie o niej) spowoduje, że i na ubiór spojrzymy inaczej niż do tej pory, tzn. nie tylko w kategoriach „to bym ubrała – tego bym nie ubrała”, ale dostrzeżemy także i plastyczną kompozycję ubioru i jej wartość.
Skoro „Moda to Sztuka”, to naprawdę warto poznać tę drugą, czyli sztukę. Przy jej różnorodności mogę dać stuprocentową gwarancję, że każdy znajdzie coś dla siebie, coś co zachwyci i złapie za serce i oczy.
Przy okazji chciałbym zaprosić na cykl wykładów o sztuce tym razem, a nie o modzie, jaki będę miał przyjemność prowadzić w Muzeum Narodowym w Poznaniu już od września.
Do zobaczenia :)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Wyważanie otwartych drzwi



W ubiegły weekend na kanale Planete + wyemitowane zostały dwa filmy dokumentalne poświęcone projektantom mody. Kolejne dwa, dotyczące Lagerfelda oraz modelek będą pokazane w najbliższą i kolejną sobotę. Informacje o cyklu tutaj. Od razu zaznaczę, że nie będę pisał o samym cyklu – krytykował/ chwalił doboru filmów itp. Nie chodzi mi o to. Chciałbym raczej podzielić się refleksją, jaka się pojawiła po obejrzeniu pierwszych dwóch filmów poświęconych brytyjskim projektantom – Vivienne Westwood i Paulowi Smith'owi. W zasadzie moje myślenie uruchomiła jedna scena w drugim z tych obrazów. Tutaj jego zwiastun:


Widoczny był w niej Paul Smith, który opowiadał o inspiracjach przy tworzeniu nowych wzorów. Wyciągnął on przy tym wielką księgę – wzornik z I połowy XIX wieku, stwierdzając, że jest to dla niego kopalnia pomysłów. Wówczas przypomniałem sobie, że wiele lat temu w berlińskim Niemieckim Muzeum Historycznym widziałem wystawę poświęconą biedermeierowi. Wciąż można na nią zerknąć tutaj. Wielokrotnie podczas jej oglądania miałem wrażenie, że oglądam wzory z dzisiejszej IKEA. Naprawdę do dziś pamiętam to uczucie. Dlatego kiedy Paul Smith pokazał te biedermeierowskie wzory od razu zrozumiałem jego zachwyt nad nimi.
I tym samym dochodzę do swojej myśli, że te filmy, poza innymi kwestiami pokazały – ok, ja tak je odebrałem – że nie można być projektantem myślącym o przyszłości, czy nawet projektantem idącym z duchem czasu, jeśli odrzuci się tradycję i historię. Zarówno Westwood, jak i Smith pokazali się właśnie jako ludzie znający historię, rzemiosło i jednocześnie patrzący  przed siebie.
W związku z tym, pomyślałem sobie o naszej niechęci (ogólnej) do historii, do jej zgłębiania i o wielokrotnie słyszanym na własne uszy stwierdzeniu, że „czego się można nauczyć z przeszłości – to już było, nie wróci i nie ma sensu zawracać sobie tym głowy”. Otóż warto patrzeć w przeszłość, chociażby po to, by nie wyważać otwartych drzwi. Przecież wiele np. technologicznych problemów zostało już rozwiązanych – można do tego dotrzeć. Można się uczyć także na cudzych błędach i nie powtarzać ich samemu. Oczywiście jest pewien haczyk. Trzeba włożyć w to trochę pracy - samodzielnie poszperać, poczytać, poprzeglądać strony itd. I tu robi się problem...
Nie, nie będę dalej ciągnął tego wątku i „umoralniał”. Jeśli ktoś nie chce poświęcać swojego czasu na wszelkiej maści poszukiwania, to na pewno kilka moich słów nie spowoduje zmiany podejścia. Ale... I tu się pojawia druga refleksja dotycząca „genialności” wielu projektantów. Otóż najczęściej owa „genialność” bierze się właśnie z niesamowitej umiejętności przetwarzania rozmaitych danych – obrazów, dźwięków, słów itp. Jeśli ktoś ma opanowany warsztat projektanta, to może owe inspiracje łatwo przefiltrować przez swoją głowę i stworzyć coś nowego, coś świeżego. Niesamowite jest to, jak działa Westwood, która z jednej strony nie chce powielać tego co już było, a jednocześnie spogląda w przeszłość w poszukiwaniu inspiracji. Ten pozorny paradoks pozwala się jej rozwijać i iść naprzód. I to jest świetne. Tak przecież było chociażby z YSL i słynną mondrianowską sukienką a także wieloma innymi projektantami. 
Żeby nie było, że czepiam się teraz tylko projektantów – jak wiecie rzadko zapuszczam się w te rejony – chcę podkreślić, że chodzi mi tylko o to, by w ogóle zachęcić do własnych poszukiwań, do nieograniczania się do stwierdzenia: „nie ma o tym nic w mojej książce”, do szperania i wertowania historii... Ona naprawdę może mieć znaczenie. Zależy to tylko od nas samych, bo to znaczenie sami jej przecież nadajemy.