wtorek, 29 lipca 2014

O czym powiedzą suknie?



W ostatnim roku na polskim rynku wydawniczym pojawiło się sporo biografii – zarówno zbiorowych – Sekrety mody, Kobiety, które wstrząsnęły światem mody, jak i tych poświęconych jednej postaci – Versace (Wyd. Rebis i Wyd. Dolnośląskiego), Yves Saint Laurent (Wyd. Dolnośląskiego i Bukowy las-premiera 26 września), Prada, Christian Dior, Cristóbal Balenciaga. To wszystko cieszy, ale… to wciąż ta sama perspektywa, tzn. poznajemy historię mody poprzez życiorysy znanych projektantów. Autorzy tych publikacji najczęściej pisząc swoje książki sięgają do podobnych źródeł – dokumentów, zdjęć, starych publikacji prasowych; rozmawiają też z osobami, które znały czy pracowały z danymi projektantami. W owych biografiach znaleźć też możemy zdjęcia sukni, a nawet wiele na temat sposobów pracy projektantów. Jednak nic nie zastąpi w tym względzie oglądania zachowanych sukni – to najlepsza droga zapoznania się ze stylem mistrzów. Dlatego też katalogi wystaw poświęconym konkretnym projektantom tak bardzo różnią się od „klasycznych” biografii. Z góry mówię, że nie jestem przeciwnikiem biografii. Uważam, że potrzebne są różne publikacje, a jedne nie wykluczają drugich. Wręcz przeciwnie – wspierają się nawzajem w budowaniu wiedzy przez Czytelników. Moja radość z wyżej wymienionych wydawnictw jest niepełna, gdyż nie mamy raczej szans na monograficzne wystawy francuskich, włoskich czy brytyjskich projektantów. Nawet, jeśli taka wystawa pojawi się w Polsce, to będzie z „cudzych” zbiorów, a katalog będzie tłumaczeniem.

Piszę to wszystko dlatego, żeby Wasza radość była jeszcze większa. Otóż w tym roku, po wakacjach Wydawnictwo DIG wyda książkę na polskim rynku wydawniczym naprawdę niezwykłą. To Ubiór kobiecy i jego tajemnice 1780–1930. Styl – rzemiosło – produkt autorstwa Przemysława Krystiana Farysia. TUTAJ

Autor skupia się właśnie na ubiorach – sukniach bluzkach, spódnicach itd... To one są dla niego najważniejsze i w oparciu o nie autor formułuje wnioski. Spis treści zdradza, że będziemy mogli zobaczyć m. in. to, co z zasady jest ukryte – np. zapięcia. Oczywiście od razu pojawia się pytanie kim jest autor i skąd on to wszystko wie. Jeśli ktoś jest mocno osadzony w historii mody XVIII i XIX wieku, to z pewnością natknął się już i to nie raz na Przemysława Farysia. Już kilka lat temu, w 2009 roku opracował swoją pierwszą wystawę Elegancja rzemiosła – rzemiosło elegancji. Później były m. in wystawa w Muzeum w Sandomierzu i prezentacje na Politechnice Łódzkiej tutaj i tutaj. Maczał on również palce w trwającej właśnie wystawie w Muzeum Miasta Gdyni – Arkadia. Gdyńskie letnisko przełomu XIX i XX wieku.
Piszę o tym wszystkim, bo to wydaje mi się ważne, żeby wiedzieć, że takie osoby są w naszym kraju i co więcej chce im się pracować :) Mam więc nadzieję, że nie będzie to jedyna książka autorstwa P.K. Farysia.

PS
Wywiad z nim możecie przeczytać tutaj.

czwartek, 24 lipca 2014

Kobiety i moda - recenzja książki




Przeczytałem Kobiety,które wstrząsnęły światem mody. Generalnie, co oczywiste, kiedy czytamy jakąś książkę, czy oglądamy film itd…, automatycznie konfrontujemy to z tym, co już wiemy, widzieliśmy, czytaliśmy itd… No i choćbym nie wiem jak chciał tego uniknąć, podczas czytania automatycznie myślałem o tym, co sam mówiłem podczas ostatniego cyklu wykładów w Domu Bretanii zatytułowanym Haute couture i kobiety
Dużym plusem książki jest mimo wszystko klucz wyboru – autor zdecydował się na opisanie samych projektantek. To powoduje, że do szerszej publiczności przebiją się inne, nowe nazwiska. Niewątpliwie bowiem poza takimi postaciami jak Chanel, Schiaparelli, Grés czy Vionnet, projektantki nie są bardzo znane. Albo ich nazwiska są znane, jak chociażby Lanvin czy Paquin, ale nie kojarzone z płcią żeńską – wiele osób myśli, że to mężczyźni. Do tego dochodzi naprawdę szereg nazwisk kobiet-projektantek. Pomijając postaci wymienione w książce, wspomnieć można chociażby o siostrach Callot, Madame Chéruit,  Madame Torrente (to jest ta siostra Teda Lapidusa, o której autor wspomina we wstępie książki). Jednak w zasadzie znane są one raczej osobom, które wgryzły się nieco w temat historii mody. By jednak być uczciwym trzeba dodać, że są także projektanci-mężczyźni, których nazwiska znane są tylko w branży. Ta sytuacja dotyczy np. Marca Audibeta, Jean-François Crahay’a czy Antonia de Castillo, nie wspominając o Gustave’ie Beer, Robercie Piguet, Drecollu... Można by tak wymieniać i wymieniać, tym bardziej, gdy przypomnimy sobie, że domów mody haute couture było po II wojnie światowej niemal 100, a każdy z nich zatrudniał jakiegoś projektanta. Do czego zmierzam?
Otóż zapominanie pewnych nazwisk kosztem innych, moim zdaniem niekoniecznie związane jest z płcią projektantów. Równie dobrze można byłoby stworzyć książkę o zapomnianych, a utalentowanych projektantach. W związku z tym, wydaje mi się, że samo przypominanie nazwisk projektantek, nawet tak szeroko, jak robi  książka Kobiety…. w sumie niewiele wnosi do tematu "moda i kobiety". Nie zrozumcie mnie źle, można się dowiedzieć wiele faktów z tej książki, bardziej chodzi o to, za mało widzę tam problemów dotyczących faktycznie kobiet. No bo umówmy się – całe mnóstwo projektantów borykało się u progu swej kariery, albo i później z jakimiś problemami finansowymi, dramatami rodzinnymi, niechęcią środowiska itd.... Różnice pomiędzy projektantkami a projektantkami ujawniają się na innych płaszczyznach – dostępie do edukacji, możliwości pracy w ogóle, czy samodzielnym decydowaniu o swoim życiu. Przecież nie jest tak, że przed Worth'em nic się nie działo, nie było żadnych kobiet z pomysłami na udane suknie – wręcz przeciwnie. Ale to on, jako mężczyzna mógł założyć i prowadzić firmę z takim rozmachem. I to wydaje mi się ciekawe. I o tym chętnie bym poczytał zamiast o heroizowaniu postaci i podkreślaniu ich wyjątkowości, w efekcie czego wszystkie się do siebie upodobniły. Drążąc temat – kobiety strajkujące w latach 10. i później w 30. także wstrząsnęły światem mody i to chyba bardziej niż urocza Madame Carven, a jednak nie są głównymi bohaterkami książki.
Jeśli Wasze oczekiwania były inne – np. poznanie kilku nowych postaci, to pewnie cel ten osiągniecie. Warto jednak wcześniej zwrócić na kilka kwestii. Już w samym wstępie jest coś, z czym często dyskutuję, czyli: Od pokoleń projektantem strojów był mężczyzna, a kobiecie przypadała rola szwaczki (s. 7). No i jak się z czymś takim zgodzić... Gdyby tak było, to Worth nie miałby problemów z krytykami broniącymi moralności, uważającymi, że to dziwne, by mężczyzna ubierał kobiety; a Dickens nie pisałby o trudnościach z właściwym nazwaniem jego profesji. No więc jak mężczyzna mógł być projektantem od pokoleń?
Dalej we wstępie czytamy: Na tę męską twierdzę naciera jednak fala projektantek ze swoimi typowo kobiecymi atutami: doskonałą techniką, zamiłowaniem do precyzyjnych wykończeń, perfekcyjnym opanowaniem sztuki kroju i szycia (s. 7). Tu też coś się nie klei – przecież można z łatwością znaleźć i mężczyzn-projektantów, którzy takie cechy posiadają. Bardziej istotne jest to, że kobiety-projektantki mogły szyć z myślą o sobie, albo dla kobiet podobnych do siebie – to je tak naprawdę wyróżnia od mężczyzn, choć to na tym różnice się nie kończą.
Bardzo dziwi mnie też zdanie (ok, dwa zdania) w rozdziale poświęconym Róży Bertin: Suknia angielska to rodzaj redyngoty. Nosi się ją przede wszystkim podczas spacerów (s. 30). Wiem, że zaglądają na tego bloga także osoby zajmujące się modą wcześniejszą niż XX wiek. Proszę Was zatem o pomoc – czy to się w ogóle jakoś klei?
Nie rozumiem też uwagi na temat przemian haute couture: W roku  1910 – to historyczna data – w trosce o to, by na przyszłość uchronić się od automatyzacji, krawiectwo wyodrębnia się jako osobna profesja. Druga dekada XX wieku to początek dwóch przeciwstawnych światów, z których każdy rządzi się jasnymi regułami. Jeden skupia się na uprzywilejowanej części społeczeństwa, drugi kieruje  swoją ofertę do przedstawicielek mieszczaństwa. Każda z profesji – krawiectwo i konfekcja – używa do tego czasu własnych atutów. Główne walory pierwszej z nich to luksus, kunszt i pomysłowość, która może w każdej chwili przybrać konkretny kształt (s. 45-46). No i to są takie skróty myślowe, których nie ogarniam – krawiectwo jako osobna profesja dopiero w 1910 roku? Wystarczyło napisać, że Paryska Izba Mody wyodrębniła haute couture od konfekcji, tym samym podkreślając jego wysoką rangę, i że to obowiązywało aż do 1973 roku... 
Jedna z ważniejszych kwestii, to błąd? wpadka? zaniedbanie? – nie wiem w sumie jak to nazwać - w rozdziale poświęconym Madeleine Vionnet. Autor pisze o jej nowoczesnym podejściu do pracownic, o przywilejach jakimi się one cieszyły: opieka zdrowotna, urlop itd... To jest OK. Ale, pojawia się też informacja, nie wiadomo skąd – przeszukałem dla pewności wszystko, co mam w domu o Vionnet – że jej pracownice mimo wszystko strajkowały w latach 30. Mam podejrzenie, że się to po prostu jakoś/ komuś źle przekleiło, ponieważ czytając ten fragment: Ten sam personel, który obdarował tyloma przywilejami przystępuje do strajku. Madeleine Vionnet nie może tego pojąć. Pracownicy domu mody nie pozwalają jej nawet wejść do środka. Dotknie ją to do żywego (s.108) ... mam silne wrażenie, że to jest o Chanel. Jakby nie patrzeć – tego nie powinno tam być. Komputer zrobił też figiel i Vionnet zmieniła siedzibę swojego domu mody z rue de Rivoli na Tivoli.....(s. 211), ale to już drobiazg.


Generalnie książkę Kobiety, które wstrząsnęły światem mody widzę jako rodzaj słownika z bardzo rozbudowanymi hasłami. Z pewnością nie jest to pozycja, która podejmuje problem kobiet w "modowym biznesie". Oczywiście gdzieś w tych hasłach pojawiają się owe problemy, ale one nie stanowią głównego wątku. Tym niemniej jak zawsze zachęcam do lektury i do wyrobienia sobie własnego zdania.


Za przesłany egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis.

wtorek, 15 lipca 2014

Dawid Bowie jest… fantastyczny



Czas na szybką relację z wystawy Dawid Bowie in Berlin, którą można oglądać jeszcze do 10 sierpnia w berlińskim Martin-Gropius-Bau tutaj. Samą wystawę przygotowało Muzeum Victorii i Alberta i pokazywało ją w ubiegłym roku u siebie tutaj. Jej prezentacja w stolicy Niemiec nie jest jednak zwyczajnym przeniesieniem tego, co było w Londynie – wystawę wzbogacono o mniej więcej 60 obiektów dokumentujących dwuletni okres pobytu artysty właśnie w Berlinie.
Generalnie, jeśli miałbym użyć jakiegoś jednego słowa, by opisać wrażenia z wystawy to byłoby „doświadczenie” lub „przeżycie”. To jest naprawdę niesamowite, że człowiek wręcz wpada w tę wystawę, zostaje przez pochłonięty. Jednym z czynników, które powodują taki stan są audioprzewodniki, które dostaje każdy. Włączają się one i wyłączają automatycznie, tak jak prowadzi ekspozycja. Możemy więc spokojnie przejść na „odbiór” i sycić się bogactwem eksponatów. Bo są tam prezentowane nie tylko ubiory, płyty czy inne przedmioty, ale także specjalnie przygotowane animacje/ filmy. No i najważniejszy element wystawy – muzyka. Ona jest dosłownie wszędzie. Myślę, że nawet jeśli się nie jest fanem muzyki Bowiego, to po wystawie nie ma się innego wyjścia... ja wciąż nucę Space Oddity z 1969 roku. 

Poza wrażeniami, które towarzyszą oglądaniu wystawy jest też i treść. Można się z wystawy wiele dowiedzieć o życiu i inspiracjach Bowiego, o tym jak tworzył piosenki itd... Ja osobiście chciałem zobaczyć przede wszystkim to, jak ten artysta wyglądał na scenie, czyli jego kostiumy i ogólny image. Zostało to spełnione w 100% - jest tam np. fantastyczny kostium stworzony przez McQueena czy też ten projektu Kansai Yamamoto.
 źródło tutaj
Ale inne im nie ustępują. W zasadzie po tej wystawie myślałem sobie o tym, jak „nieoryginalna” jest Lady Gaga i jednocześnie jaki niesamowicie twórczy był Bowie w latach 70., kiedy przełamywał wiele przekonań dotyczących przede wszystkim tego, jak ma wyglądać mężczyzna. W sumie jeszcze dziś niektórzy mogą być zaszokowani jego ówczesnym wyglądem. Ta wystawa pokazuje, co to znaczy być artystą, gdzie przebiegają granice pomiędzy „zwykłym życiem” a artystyczną kreacją – czy w ogóle da się taki podział stworzyć. Nie unika się też informacji o kosztach takiego „artystycznego” życia. Oczywiście kosztach nie materialnych, ale życiowych...
Osobiście widzę tę wystawę w taki sposób, że pokazuje ona, iż przy otwartym umyśle wszędzie można znaleźć inspiracje... i kiedy się je znajdzie, to trzeba koniecznie za tym iść. I jeszcze słuchać swojej intuicji (wiem, że to truizmy). David Bowie in Berlin to zdecydowanie więcej niż tylko prezentacja postaci niesamowitego artysty. To inspiracja.

PS

Celowo nie wrzucam zdjęć ekspozycji, żeby Ci, którzy jeszcze nie byli, a zamierzają iść mieli możliwość samodzielnego odkrywania wystawy

PS 2

Wystawa po Berlinie odwiedzi również inne miasta. Szczegóły tutaj.

piątek, 11 lipca 2014

Dwie strony Yves Saint Laurenta



Szczerze mówiąc, wahałem się jakiś czas czy dwie książki poświęcone Yves Saint Laurent’owi omówić razem, czy też każdej poświęcić oddzielny wpis. Mowa o Listy do Yves’a, Pierre’a Bergé (Wydawnictwo Dream Books) oraz Yves Saint Laurent. Niegrzeczny chłopiec, Marie-Dominique Lelièvre (Wydawnictwo Dolnośląskie). Mało tego. Widziałem również trzecie wyjście, tzn. doczytać jeszcze inne książki poświęcone temu projektantowi, które mam w domu i zebrać wszystko w jednym, wielkim wpisie porównawczym. Ale jednak są wakacje i odpuściłem :) Zajmę się tylko tymi dwiema pozycjami.
Pierwsza z nich zawiera „listy” Pierre’a Bergé pisane do YSL, kiedy ten już nie żył. Słowo listy piszę w cudzysłowie, bo dla mnie to raczej wpisy do pamiętnika-dziennika. To automatycznie sugeruje ich intymny, osobisty charakter. I w pewnym sensie tak jest. Dlaczego tylko w pewnym sensie? Dlatego, że biorąc pod uwagę postawę Bergé trudno uznać, by tak po prostu obnażył on swoje wnętrze przed „całym światem”. Raczej chciał zaprezentować swój punkt widzenia. O ile w latach 80. udawało mu się ukrywać i tuszować pewne fakty z życie YSL (oczywiście mam na myśli głównie francuską prasę), o tyle dziś o życiu YSL wiadomo znacznie więcej – narkotyki, alkohol, sex…, to już nie stanowi tajemnicy. Bergé nie jest w stanie powstrzymywać głosów nie tylko krytycznych, ale i interpretujących dorobek YSL w odmienny sposób. Jedyne, co może, to właśnie nieustannie powtarzać tę samą, swoją, historię o YSL i jego geniuszu. I robi to poprzez Listy do Yves’a, film dokumentalny Miłość szalona, i fabularny - Yves Saint Laurent. Ciekawa w kontekście Listów do Yves’a wydaje mi się dyskusja o liczbie scen pokazujących seks w drugim z wymienionych filmów. Myślę sobie, że skoro one tam były, to i tak w bardzo ograniczonej ilości wobec rzeczywistości. Bergé pisze: Gdyby Ci wszyscy ludzie, dziennikarze i inni, wiedzieli, że to seksualność, a nie sztuka, była naszym prawdziwym motorem! Że to z jej powodu i zanurzenia Cię w jej głębi, narzucenia Ci jej, istniało, to wszystko: nasza miłość, nasz dom mody, nasza kolekcja, nasze życie! Nie czytaliśmy wspólnie Bernardina de Saint-Pierre’a, ale raczej markiza de Sade’a. To seksualność pokierowała naszym spotkaniem, godziła nas, gdy było to konieczne, i to jej wspomnienie, które przywołaliśmy tak często, łączyło nas do samego końca (s. 34).
Czy wobec powyższych uwag warto w ogóle sięgać do tej książeczki? Według mnie na pewno. Przede wszystkim dlatego, że napisana jest ona z dużą kulturą języka. Naprawdę miło się ją czyta. Czuć, że literatura była mocną stroną Bergé. Jest on świetny w posługiwaniu się słowem pisanym. No i jakby na to nie patrzeć, Listy do Yves’a to źródło, nie opracowanie, co według mnie także jest dużą zaletą. Jeśli kiedykolwiek ktoś będzie chciał pisać o YSL, to będzie musiał tu zajrzeć i skonfrontować zawarte tam wypowiedzi z innymi. Pierre Bergé bowiem oprócz tego, że zbudował firmę YSL, to także, a może przede wszystkim stworzył jego legendę. Trzeba przyznać, że to, co wymyślił Pierre jest spójne i łatwo wchodzi w głowę – YSL to geniusz, który potykał się o własne olbrzymie skrzydła. Tego właśnie dokonałeś: smoking, marynarka bombajka, garnitur, skafander, trencz – oto dowody. Najmniejszego śladu androgynii. Każdy u siebie. Ubrane w ten sposób, kobiety rozwijały swoją kobiecość, wprawiały w zakłopotanie erotyczne. Właśnie dlatego, Yves, byłeś oprócz Chanel jedynym genialnym projektantem. Inni, nawet ci najwięksi, Dior, Balenciaga, Schiaparelli, usadowili się na swoim panteonie estetycznym i nie przekroczyli tego progu. Jak mawiałeś, moda byłaby nudna, gdyby służyła wyłącznie ubieraniu bogatych kobiet. I dlatego wymyśliłeś prêt-à-porter i zrewolucjonizowałeś świat mody, Brawo, panie Saint Laurent (s. 102).


Obraz Yves Saint Laurenta zmienia się momentalnie, gdy tylko weźmiemy do ręki drugą z książek, czyli Yves Saint Laurent. Niegrzeczny chłopiec. Co prawda wspomniałem, że Bergé nie ma monopolu na opowiadanie historii YSL, co pokazuje chociażby książka Alici Drake The Beautiful fall (cytowana z resztą w Niegrzecznym chłopcu) oraz zapewne film Saint Laurent, który dopiero przed nami. ALE… Marie-Dominique Lelièvre nie ukrywa – wręcz podkreśla – jak daleko sięgają wpływy Bergé. Bardzo wiele osób, z którymi autorka się umówiła, odmówiło jej wywiadu lub często nawet krótkiej rozmowy na temat YSL. Oczywiście ze względu na prośbę Pierre’a. Trudno nie pomyśleć, że gdyby w swojej opowieści o własnym partnerze był do końca szczery, to problem wyjawienia sekretów przestałby istnieć. Ale on istnieje. Oczywiście można, a nawet trzeba zadać sobie pytanie, na ile ważne jest zagłębianie się w prywatne życie Yves Saint Laurenta. Znamy jego projekty – czy to nie wystarcza? Problem w tym, że czasem nie wystarcza. Ale za tym idzie kolejna kwestia: jak mocno wchodzić w cudze życie i gdzie jest granica pomiędzy chęcią lepszego zrozumienia twórczości YSL, a szukaniem smaczków/ skandali? Bynajmniej nie chcę powiedzieć, że zależało na tym autorce – Marie-Dominique. Jest ona daleka od tego. A mimo to nie udało jej się wypełnić własnego planu.
Nie wiem czy przypisać to właśnie niemożnością dotarcia do wielu osób, ale czytając książkę trudno oprzeć się wrażeniu, że autorce zabrakło na nią pomysłu. Sam układ książki, bardzo krótkie, często 2-3 stronicowe rozdziały, powodowały, że w ogóle nie mogłem się w nią „wczytać”. Nie ma w niej, poza fragmentami, płynnej narracji, która sprawia, że kiedy biorę książkę do ręki, to nie odłożę jej zanim nie przeczytam 30-50 stron. W przypadku Niegrzecznego chłopca miałem poczucie jakbym nieustannie zaczynał od początku. Książka pozostanie dla mnie takim zbiorem myśli i wątków. Trzeba dodać, że często naprawdę ciekawych wątków. Dla mnie jedną z najciekawszych analiz autorki była ta dotycząca kostiumów jakie Yves przygotował dla Catherine Deneuve do filmu Piękność dnia (s. 81). Przeczytałem to z wielką ciekawością. Z resztą nie tylko to : )
Nie muszę chyba dodawać, że opowieść Marie-Dominique Lelièvre zasadniczo różni się o tej przytaczanej przez Pierre’a Bergé. I to nie w detalach, ale zasadniczych kwestiach, jak chociażby stosunek YSL do prêt-à-porter w latach 50. i na początku 60. Dlatego też, jeśli ktoś rzeczywiście chce poznać postać Yves Saint Laurenta powinien bezwzględnie przeczytać obie książki. Taka sytuacja na polskim rynku wydawniczym rzadko się zdarza, jeśli chodzi o temat mody. Szczerze mówiąc mnie to cieszy, bo być może osoby, które tak deklarują, że interesują się modą, zostaną zmuszone to krytycznego myślenia, no i – tu wielka nadzieja – do sięgnięcia po jeszcze inne książki i artykuły, tak by wyrobić sobie własną odpowiedź na pytanie: kim był Yves Saint Laurent.

Przyjemności.

Wydawnictwu Dolnośląskiemu bardzo dziękuję za przesłany egzemplarz.