wtorek, 24 czerwca 2014

"Sekrety mody" Yann Kerlau



Nie zważając na „falstart” o czym pisałem tutaj, doczytałem Sekrety mody Yanna Kerlau wydawnictwa Bukowy Las do końca. Wiem, że pojawiło się już wiele recenzji tej książki, ale nie zmienia to faktu, że też chciałbym się wypowiedzieć na jej temat.
Na początek trzeba powiedzieć, że Yann Kerlau umie zbierać informacje i nimi żonglować, ale niestety efekt końcowy nie zawsze jest zadowalający. Tak, wiem, wiem. Chcecie przykładów. Na stronie 97 (w rozdziale poświęconym Schiaparelli) możemy przeczytać: Elsa ma czterdzieści cztery lata [1934 rok - PS]. W salonie jej nowego apartamentu przy rue Barbet-de-Jouy spotkali się czterej mężczyźni: Jean-Schumberger, Jean Cocteau, Alberto Giacometti i Jean-Michel Frank. Elsa rozdziera role [...]. A czym ma się zająć Cocteau? Sukces, jaki odnosi w teatrze jego nowa sztuka "Maszyna Piekielna", pociesza go po zakończeniu związku z księżną Natalie Paley, byłą żoną krawca Luciena Lelonga... Coś mi nie pasowało i sprawdziłem… Lelong i Paley byli jeszcze małżeństwem w tym czasie. Czy autor o tym nie wiedział? Nie wiem. Ale wiedział wydawca, bo w przypisie na stronie 243, w przypisie (rozdział o Calvinie Kleinie) wyraźnie jest napisane, że rozwód nastąpił w 1937 roku.
Rozumiem, że dla wielu jest to drobiazg. Dla mnie nie, bo takie „drobiazgi” - ten nie jest jedyny - budują moje zaufanie do autora.
Autor żonglował swoją wiedzą momentami zbyt swobodnie jak na moje oko. Zwłaszcza w rozdziale poświęconym Schiaparelli, gdzie wiedzę o konflikcie tej projektantki z Chanel projektował na wcześniejsze życie Włoszki, sugerując tym samym, że niemal od początku „ścigała się” z Francuzką. A przecież tak nie było. Ta rywalizacja zaczęła się, gdy Schiaparelii zaczęła odnosić prawdziwe sukcesy, których Chanel już nie mogła ignorować. Ale kiedy czyta się coś takiego: 
W 1912 roku przyszła rywalka zaczyna mieć nad nią [Schiaparelli] przewagę: Gabrielle Chanel, której moda jest jeszcze w powijakach, otwiera w Paryżu swój pierwszy butik z kapeluszami ( s. 89). 
Jest rok 1922 i Gabrielle Chanel już roku temu wypuściła Chanel nr 5 na podbój świata. Jej biznes ruszył z kopyta i rozwija się coraz lepiej Otwarcie nowych butików, kolekcje entuzjastycznie witane przez prasę – panienka w czerni pokonała już niezły kawałek drogi. Elsa nie ma ani chwili do stracenia, musi zacząć ją gonić. (s. 90).
… to naprawdę można mieć poczucie, że one "od kołyski" ze sobą walczyły.
Czasem też pojawiają się bezsensowne zgrzyty, które również przeszkadzają mi w traktowaniu poważnie autora: 
Elsa od najmłodszych lat nie przestawała podróżować. Tak samo jak jej córka Gogo, która poprzez drugie małżeństwo została markizą Cacciapuoti di Giugliano, jak potem jej wnuczki, Marisa i Berry Berenson, Elsa darzy zagranicę [?!] kultem niemalże religijnym. Pociąga ją wszystko, co z niej pochodzi, wszystko, co się tam dzieje. Stany Zjednoczone, Europa, Rosja, Włochy, Japonia, Ameryka Południowa, Afryka są otwartą kartą, na której rozrzucone są wspomnienia z jej życia, zależnie od przypadku i pasji. (s. 104.)
Niech się autor zdecyduje – wymienia kraje czy kontynenty, no i jak rozumieć tę "zagranicę"?
I jeszcze to..
[Ivana Trump] Zdradzona żona magnata rynku nieruchomości żąda i otrzymuje za pośrednictwem amerykańskich sądów kolosalne sumy: czterdzieści milionów dolarów odszkodowania plus miesięczne alimenty w wysokości trzystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie (s. 260). 
W końcu miesięcznie czy rocznie jej płaci? Domyślam się, o co autorowi chodziło, ale znów obniża to moje zaufanie do autora, a przede wszystkim do sposobu, w jaki posługuje się on wiedzą.
Zastanawiam się także jak w oryginale książki wygląda kwestia użycia czasów. Autor (zakładam, że to on, a nie tłumaczka) ma ewidentne upodobanie do stosowania czasu teraźniejszego do opisywania przeszłości. Rozumiem, że taki zabieg powoduje „ożywianie” historii – to, co już było, znów rozgrywa się przed oczami czytelnika. Generalnie nie przeszkadza mi to, ale stosowanie tego czasu zbyt często, czasem nawet bez form czasu przeszłego „spłaszcza” czas i trudno nam, jako czytelnikom ocenić co było przed, co po… Przykład z rozdziału o Stelli McCartney: Z dyplomem w kieszeni zatrudnia się u krawca swojego ojca, Edwarda Sextona. Po stu dwudziestu latach totalnego bezruchu, który zamienił Savile Row w mauzoleum, Edward Sexton jest pierwszym, który otwiera tam pracownię krawiecką. Nie przejmując się pogardą, jaką konkurenci okazywali nowo przybyłemu, Sexton wchodzi w spółkę z Tommym Nutterem i otwiera w 1969 roku przy Savile Row 35 firmę Nutters of Savile Row. Sukces nowej formy przychodzi już po kilku miesiącach, zjawia się tu tłumnie nowa i bogata klientela złożona z celebrytów, aktorów, producentów filmowych i dziennikarzy. Siedem lat później, w 1976 roku, odejście Tommy’ego Nuttera ze spółki skłania Sextona do założenia własnej firmy.  Jak mówią wszyscy jego konkurenci, Sexton jest geniuszem, który do tej pory stał w cieniu Tommy’ego Nuttera. W 1982 roku, aby tego dowieść, otwiera przy Savile Row 36-37 firmę pod własnym nazwiskiem. Stella McCartney dołącza do niego w 1995 roku i bez mrugnięcia okiem godzi się na ciężkie terminowanie w zawodzie krawca. (s. 207).
Naprawdę przez chwile nie wiedziałem „gdzie jestem”. Autor zaczyna od zatrudnienia Stelli u pracowni krawieckiej, po czym bez akapitu, bez ostrzeżenia opisuje krótką historię tej pracowni. 
W sumie można uznać, że to są „drobiazgi” i że się czepiam…  Ale może to dlatego, że autor trochę mnie zezłościł. Miało to miejsce w rozdziale poświęconym Balenciadze i Amancio Ortedze. Pisze tam, o filozofii drugiego z nich w stosunku do kopiowania. I w zasadzie go usprawiedliwia mówiąc, że w mechanizm mody jest wpisane kopiowanie i naśladowanie. Czy to mnie złości – absolutnie nie. Ale dalej ciągnie ten wątek pisząc: 
Jeśli się temu dokładniej przyjrzeć, koncepcja, że nic nie jest tak do końca nowe nie jest pozbawiona sensu. Czy Chanel nie zapożyczyła od mężczyzn znacznej części ich garderoby, marynarek, tweedu, spodni? Yves Saint Laurent polował na terenach należących do Schiaparelli, a potem tak jak Chanel narzucił kobietom stroje do tej pory zarezerwowane dla mężczyzn: choćby kurtkę safari czy smoking. Poiret pełnymi garściami czerpał z annałów ubioru, Galliano – z szaf ludzi z przedmieścia, a Balenciaga z historii malarstwa, Każdy z nich miał swoją drogę i swoją prawdę. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia i dlatego, że chcieli osiągnąć sukces, każdy kopiował lub inspirował się z mniejszym lub większym talentem tym, co udało się sąsiadowi. Niczego innego nie robił Balenciaga, który w swoich początkach rozpruwał szew po szwie, wspaniałe suknie markizy de Casa Torres. Trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat po Madeleine Vionnet, ilu projektantów będzie się inspirowało jej modelami z zastosowaniem ukośnych cięć? Dior, Lanvin, Patou, Balenciaga, Mugler, Madame Grès, Armani, Yves Saint Laurent, Lagerfeld – wszyscy przejmą pomysły i kroje, które zapoczątkowała Madeleine Vionnet. Sami kopiści czy sami kreatorzy? (s. 134).
... i zostawia tę myśl bez komentarza czy rozstrzygnięcia…. Jeśli autor nie widzi różnicy między kopiowaniem wzorów z wybiegu a twórczą inspiracją, przetwarzaniem wzorów, to chyba nie powinien pisać książki o modzie. Przynajmniej takie jest moje zdanie.
Ok. Przejdźmy jednak do zalet książki :)
Jest to jedna z tych pozycji, które są dobre na początek. Myślę, że można ją polecać osobom, które chcą coś wiedzieć o modzie XX wieku i szukają punktu wyjścia. Jeśli jednak ktoś potrzebuje konkretnej pozycji, na którą chciałby się powołać i ją cytować, to odradzałbym. Od razu jednak chcę zaznaczyć, że nie ma jednej książki dobrej na wszystko, więc jeśli ta jest dla początkujących to nie zadowoli zaawansowanych i z reguły jest na odwrót. 
Mnie ta książka zmusiła do myślenia, jakie ja sekrety mody bym opisał. Może kiedyś je zdradzę. Ale na razie SZA – w końcu to sekret ;))))

piątek, 6 czerwca 2014

YSL i kreowanie wizerunku - O filmie Jalila Lesperta



Oczywiście chodzi o francuski film Yves Saint Laurent z 2014 roku, w reżyserii Jalila Lesperta.

Na początek prośba, by osoby, które nie oglądały filmu i nie chcą poznać jego zakończenia, nie czytały tego wpisu.
OK. Teraz,  mogę zaczynać :)
Najpierw (ponownie) zacznę od wątków osobistych. Yves Saint Laurent był pierwszym projektantem, jakiego poznałem. Być może wcześniej słyszałem o Chanel, ale w mojej świadomości YSL to pierwszy człowiek, który został scharakteryzowany jako „projektant mody”. Na swoje 18. urodziny dostałem w prezencie (albo sam sobie kupiłem – nie pamiętam) jego biografię wydaną przez Wydawnictwo Amber, autorstwa Laurence Benaïm. Mam tę książkę do dziś : )
Co z tego wynika? Po pierwsze na zawsze pozostał mi podziw dla YSL – projektanta. Ponadto wspominam o tym dlatego, że ta właśnie książka, jak mówią napisy początkowe filmu, posłużyła za bazę scenariusza. Muszę też się przyznać, że choć minęło już kilka lat, to do dziś jestem wielkim fanem filmu dokumentalnego  zatytułowanego Miłość szalona z 2010 roku. Ten film mnie porusza, ciekawi, zachwyca. Obejrzałem go wiele razy. Dlatego też od początku zastanawiałem się, co też film fabularny może wnieść nowego do historii o YSL? Tym bardziej, że w dokumencie główną rolę odgrywa  Pierre Bergé. Podobnie jest z filmem Yves Saint Laurent, który choć reżyserowany przez Jalila Lesperta, to przecież powstał przy aprobacie właśnie Bergé. Dlatego do kina poszedłem z ciekawością i myślami, jak też historia genialnego projektanta będzie przedstawiona...
Przede wszystkim znów narratorem jest Pierre Bergé. To on przeżył swojego partnera i to on opowiada historię. To jest jego interpretacja życia YSL.  I nie ma sensu oczekiwać obiektywizmu od kogoś, kto to wszystko przeżył na własnej skórze. Dla mnie najbardziej intersujące w jego filmowej postaci było to, że... aktor, który grał Bergé tak naprawdę nie był do niego podobny.  Nie czepam się w żadnym razie. Biorąc bowiem pod uwagę precyzyjność castingu – podobieństwo aktora Pierre’a Niney’a do YSL jest uderzające; podobnie kiedy na ekranie pojawia się Dior czy Lagerfeld nie mam wątpliwości, co to za postać – może to dziwić. A jednak Bergé, który nie ma co się oszukiwać – musiał mieć jakiś wpływ na film – zaakceptował Guillaume’a Gallienne’a jako odtwórcę swojej osoby. To tak, jakby chciał, byśmy obejrzeli historię życia YSL, ale nie kojarzyli postaci Bergé z nim samym, z realnie żyjącą i funkcjonującą osobą. Bergé jest bardzo zamożnym i wpływowym człowiekiem we Francji i wydaje mi się, że celowo zgodził się na taki zabieg i bynajmniej nie wynikało to z jego próżności. Raczej z ostrożności i zapobiegliwości. W ten sposób bowiem jego postać w filmie nie skleja się widzowi z Pierrem Bergé - człowiekiem, tak, jak dzieje się to z postacią projektanta. Rozpisuję się na ten temat – wiem – ale cóż, według mnie to istotne. 
Generalnie idąc na ten film do kina nie zamierzałem bawić się w wychwytywanie nieścisłości. W końcu to film fabularny (licentia poetica), no i – znów – powstający pod okiem Bergé.  I ponownie skupię się  detalu. Tym razem trwającym na ekranie zaledwie kilka sekund. Mam na myśli pokaz pierwszej kolekcji YSL już pod swoją marką (1962 rok). W filmie widzieliśmy kolejkę ludzi czekających na pokaz. I gdzie ta kolejka była? Na 5 Avenue Marceau – wątpliwości nie ma, bo nawet kamera „musnęła” tabliczkę dumnie pokazującą ów adres. Co w tym złego, prawda? Przecież tam właśnie mieści się dom mody YSL. Dokładnie tak – tam mieści się dom mody YSL. Ale w 1962 roku „właściwym” adresem było 30 bis Rue Spontini. Nie zamierzam wypominać tego błędu, bo nie uważam tego za błąd. To jest według mnie świadoma decyzja mająca zbudować konkretne skojarzenie u widzów. Przekaz jest prosty: YSL? 5 Avenue Marceau, gdzie ma swoją siedzibę Fundacja.

Za podobnie świadome uważam umieszczenie w filmie tylu scen pokazujących lub sugerujących seks. Traktuję je znów jako budowanie pewnego wizerunku, skojarzeń... To jest według mnie ewidentne ściąganie z marki „warstwy luksusu i elitarności”, by pokazać, że YSL był „cool”, że to nie był starszy pan, czasem chwiejący się na nogach, jak pamiętają go młodzi ludzie, a nawet ludzie w średnim wieku (trzeba by mieć około sześćdziesiątki, by pamiętać YSL jako „młodego”).  Teraz jego wizerunek ma szansę się zmienić... Nie wiem czy to dobrze czy źle – nie jestem specem od wizerunku luksusowych marek. To co piszę podpowiada mi jedynie rozsądek, który mówi, że nie ma tam (w filmie) nic przypadkowego, że jest on starannie stworzony i trudno uważać, że sceny seksu były czymś nie do końca przemyślanym.

No i na koniec, koniec filmu. Przy całym moim rozumieniu filmu jako bardzo starannego produktu tylko z jednym nie umiałem sobie poradzić – z zakończeniem. Oczywiście nie mam tu na myśli wzruszającej arii śpiewanej przez Marię Callas. Nota bene to aria z 1 aktu opery La Wally stworzona przez Alfreda Catalaniego w końcu XIX wieku, a zatytułowana Ebben? Ne andrò lontana (po angielsku: Well, then? I’ll go far away) - śpiewana przez główną bohaterkę, gdy decyduje się ona opuścić swój dom na zawsze.


Idealny utwór na zakończenie filmu o YSL, który przecież uwielbiał, wręcz ubóstwiał Callas... No i sama kolekcja prezentowana w lipcu 1976 roku była przecież zatytułowana „Operas and Ballets Russes”.
Ale dlaczego kolekcja rosyjska stanowi zakończenie filmu, myślałem? Nie żeby mi się nie podobała – marzę wręcz, by w swojej niewielkiej kolekcji mieć coś z tego właśnie pokazu...  Ale przecież później także powstawały wspaniałe suknie...
Nie odpuściłem... Przecież tak przemyślany film nie może się kończyć „w dowolnym momencie”. Z jakiegoś powodu został on wybrany... No i mam.
Najpierw sama kolekcja. Był to pierwszy pokaz prezentowany poza siedzibą domu mody. Przeniesienie go do Hôtel Intercontinental było ważną zmianą oznaczającą wypłynięcie na szerokie wody, ale też wpisaniem się w zachodzące zmiany w samym haute couture (kiedyś poświęcę temu więcej uwagi). Skoro jednak film koncentruje się na życiu prywatnym, to musiało się wówczas coś ważnego wydarzyć. I wydarzyło się. Tego roku Pierre Bergé wyprowadził się z ich wspólnego mieszkania przy 55 rue de Babylone. Skończyła się więc pewna epoka.
Finał filmu to też nic innego jak osiągnięcie szczytu zawodowego – bo kolekcja „rosyjska” była początkiem kilkuletniego szczytu, absolutnego szczytu możliwości YSL – projektanta. Jednocześnie był to też moment upadku YSL – człowieka. Wówczas, po raz pierwszy do publicznej wiadomości dotarła informacja o jego uzależnieniach i depresji. Szczyt zawodowy kosztem osiągnięcia dna jako człowiek. Brzmi to tak zwyczajnie, a jednak niezwykle boleśnie. (od razu ciśnie się uwaga, że m. in. Galliano i McQueen zapłacili za swój ogromny sukces i wrażliwość zbliżoną cenę).
Jak zatem, w związku z powyższym, oceniam ten film? Jako fantastyczny? Wspaniały?
I tak i nie. Jest to przemyślany, perfekcyjnie stworzony produkt realizujący w dużym stopniu wizję Pierre Bergé. Z tą wizją nie zamierzam dyskutować – ona jest jego i on ma prawo ją pokazać właśnie tak. Ucierpiał jednak na tym, moim zdaniem, sam film, który stał się, jak go sobie nazwałem, „fabularyzowanym dokumentem”.  No i sama wizja Bergé wydaje się być tak misternie skonstruowana, że niestety, przeciętny widz chyba nie odczyta tych wszystkich subtelności i aluzji.
A może właśnie tak miało być? W końcu to bardzo przemyślany projekt....

niedziela, 1 czerwca 2014

Metkowe kłamstwo



Wiem, że wielu/ wiele z Was tego nie lubi, ale dosłownie na chwilę wtrącę wątek osobisty. Za mniej więcej dwa tygodnie moja praca trafi do recenzentów i rozpocznę pierwsze od kilku lat prawdziwe wakacje, czyli bez nauki i obowiązków – co prawda bez wyjazdów, bo urlop został przeznaczony na pisanie pracy, ale i tak radość mnie rozpiera na samą myśl wakacji. Dlaczego o tym piszę? Otóż w ostatnim czasie przeczytałem kilka recenzji książki Yann’a Kerlau Sekrety mody  u Modologii, u Agnieszki, która pisze o modzie i u Tobiasza/  Freestyle Voguing. No i nie wytrzymałem :) Książkę mam na półce dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bukowy Las, więc łatwo było wziąć ją do ręki i zacząć czytać. Wiedziałem jednak, że w tym momencie mogę sobie pozwolić na przeczytanie tylko jednego rozdziału. Dotyczy on Charlesa Fredericka Wortha. Zrobiłem to i szczerze mówiąc.... oniemiałem.
Na stronie 23 możemy przeczytać, że: po wewnętrznej stronie swoich nowych modeli kazał wyszyć na jedwabnym prostokącie nazwiska swoje i swojego wspólnika. Metka marki Worth & Bobergh stała się od tej pory integralną częścią każdego stroju, jaki wychodził z jego pracowni.
Czy autor w ogóle choć raz w życiu widział na oczy taką suknię? Przecież to jest tak absurdalny pomysł, że zastanawiam się, kto na niego wpadł, bo na pewno nie Worth.
Po pierwsze – ta „metka” nie była wyszywana – to był stempel. Odcisk był wykonywany przy użyciu „złotej" farby.
Zdjęcie i cała suknia tutaj.
Zdjęcie i cała suknia tutaj.

Po drugie nie był to żaden wszyty kawałek tkaniny po wewnętrznej stronie – stempel był odciskany na specjalnej taśmie przymocowanej do bluzki gorsetowej na wysokości talii. Ta taśma przymocowana z przodu biegła przez cały obwód talii i miała za zadanie przytrzymywanie tej bluzki gorsetowej na właściwym miejscu. Taśma ta była wówczas stosowana nie tylko przez Wortha, ale również przez innych, a zatem...
Po trzecie, Worth nie wymyślił tej taśmy – mógł jedynie wymyślić oznaczenie jej stemplem – nic więcej. Ale dowodów na to, że był w tym pierwszy nie ma. W latach 60. XIX wieku w ten sposób swoje suknie oznaczało wiele innych pracowni. Worth był zatem jednym z pierwszych. To wszystko.
Zdjęcie i cała suknia tutaj.

Zdjęcie i cała suknia tutaj.

Rozumiem, że w książce tego typu stosuje się pewne uproszczenia, bo ona ma się dobrze czytać, ale ten pomysł z „wyszywanymi metkami” to po prostu wymyślanie historii mody na nowo. Jeśli ktoś mi nie wierzy to proponuję zajrzeć to książki Elisabeth Ann Coleman, The Opulent Era. Fashions of Worth, Doucet and Pingat. Jest tam specjalny rozdział (dodatek) poświęcony właśnie „metkom” Wortha. I tej kobiecie można wierzyć, bo przebadała dostępne jej suknie i ustaliła nawet numerację zleceń w zależności od rodzaju ubioru (wierzchnie, wieczorowe, itd...) i roku uszycia. Co prawda tej książki nie ma podanej w bibliografii Sekretów mody, ale jest tam za to wymieniona pozycja Diany de Marly Worth, Father of Haute Couture, w której autorka opisuje dokładnie działalność Wortha. Tę książkę również mam i także ją czytałem, w przeciwieństwie do autora (chyba)..... tzn. takie mam podejrzenia. Bo w swojej książce Diana de Marly wyraźnie obala wiele mitów dotyczących Wortha, które niestety popularyzuje Yann Kerlau, co jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
Na przykład autor Sekretów mody na stronach 15 i 16 pisze, że dzięki Worthowi narodziły się modelki, co jest także zupełną bzdurą. Gdyby tak było, to skąd w Maison Gagelina wzięłaby się przyszła żona Wortha – Marie Vernet? Autor nie pisze, kim była, w sensie w jakim charakterze pracowała. A właśnie była modelką! Kiedy Worth ją poznał, ona pracowała jako modelka. Jak więc można przypisać Worthowi pojawienie się modelek. Przecież to jest nielogiczne.
Na stronie 23 czytamy, że Worth w 1864 roku stał się oficjalnym dostawcą dworu cesarskiego, podczas gdy autorka przywoływanej przez niego książki – de Marly – wyraźnie demitologizuje tę informacje prostując ją. Chodzi o to, że Worth był jedynie dostawcą wieczorowych i balowych sukni. A więc byli też inni (Worth - toalety balowe; Laferrière – ubiory codzienne; Fèlicie – płaszcze i peleryny; Mme Virot, Mme Lebel – kapelusze; Henry Creed – ubiory do jazdy konnej).
Może uznacie to za mało ważne, ale uważam, że jeśli ktoś pisze opracowanie na podstawie badań innych, to niech przynajmniej zrobi to rzetelnie. Sprawa z metkami woła o pomstę do nieba. Jeszcze raz powiem, że rozumiem, że książka ma się łatwo czytać, ale można przecież stworzyć książkę, którą będzie się przyjemnie czytać i która będzie pozbawiona tak karygodnych błędów.
Na razie za wcześnie na ocenę całej książki Sekrety mody – te uwagi dotyczą tylko jednego, pierwszego, rozdziału. Na pewno przeczytam też kolejne, bo ciekawość mnie zżera, cóż tam autor „ponawypisywał”. Do następnego razu zatem.