poniedziałek, 6 października 2014

Dior i Ja



Christian Dior i ja to nie jest bardzo zgrana para. Choć razem z Chanel są chyba najczęściej wymienianymi i najbardziej znanymi projektantami, to ani on, ani ona nigdy do końca nie skradli mego serca i umysłu. Doceniam ich pracę, podziwiam wiele stworzonych przez nich sukni (wciąż marzę, by posiadać coś, co wyszło spod ręki Chanel), ale do nieustannej adoracji nigdy nie doszedłem. Dlatego Dior i ja, to jak wspomniałem nie jest idealne połączenie. Niemniej z wielką chęcią przeczytałem autobiografię Christiana Diora, wydaną przez Wydawnictwo Dolnośląskie, a zatytułowaną właśnie w ten sposób: Dior i Ja. Tytuł ten ma według autora podkreślać nie tylko różnicę między jego wizerunkiem publicznym i prywatnym, ale też to, że jest osoba Christian Dior i dom mody o tej samej nazwie. Oczywiście jest w tym nuta kokieterii, ale w idealnej dawce.


Autobiografia dzieli się na trzy zasadnicze części z których każda w pewnym sensie omawia „innego Diora”. Pierwsza pokazuje wizerunek publiczny opisując wielki sukces pierwszej kolekcji i jego bezpośrednie konsekwencje (m. in. podróż do Stanów). Kolejna część skupiona jest na domu mody Dior. Poznajemy przede wszystkim drogę jaką przebywają projekty autora z kartki papieru na wybieg. Ostatnia z partii książki prezentuje prywatny wizerunek projektanta, a prawdę mówiąc opowiada o jego dolach i niedolach zanim stał się tym, kim jest - legendą. Taki układ sprawia, że autobiografia czyta się łatwo i z pewnością nie się nudzi. Ale nie tylko to daje przyjemność obcowania z tą pozycją. Przynajmniej dla mnie zaletą jest sam język autora. Nie, że jest jakiś wybitny, literacki. Chodzi raczej o to, że jest „niedzisiejszy”. Tłumaczowi, Michałowi Krzykawskiemu udało się zachować ten rodzaj naiwności, jak to sobie nazwałem. Naiwności, która sprawia, że łatwiej mi przenieść się w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Ta książka nie tylko mówi o tej dekadzie, ona JEST z tej dekady i to czuć. I bardzo dobrze. Dzięki temu znajdujemy się w czasach, gdy pokazy couture trwały 2 godziny. Słownie: DWIE godziny. Dziś wydaje się to nierealne. Podobnie z resztą jak i pilnowanie, by nikt nie robił zdjęć podczas pokazu, ani nawet nie szkicował. Wolno było jedynie opisywać słownie oglądane modele (wspominałem o tym TUTAJ). No i oczywiście pokazy czy raczej prezentacje odbywały się w siedzibie domów mody. Ciekawe było również dla mnie przypomnienie sobie o zaangażowaniu i lojalności ludzi pracujących w domu mody, choć oczywiście niechlubne wyjątki się zdarzały. By nie mnożyć przykładów niepotrzebnie dodam, że z pewnością każdy znajdzie tam „smaczek” dla siebie. Książka jest ich pełna. Czy to zatem znaczy, że trafiła się polskim czytelnikom książka idealna? I tak i nie. Przede wszystkim jest to autobiografia. A to oznacza, że jeśli chcielibyśmy w oparciu o nią wypowiedzieć się o projektancie, to powinniśmy... zaczerpnąć również wiedzę z innych miejsc. Korzystanie ze źródła (bo tak można traktować autobiografię) oprócz wielu zalet, ma tę „wadę”, że trzeba je po prostu sprawdzić. W końcu jest to bardzo osobiste spojrzenie. Bardzo cenne, ale z pewnością nie jedyne. Ponadto, autobiografia, co logiczne, pisana jest za życia autora i można się łatwo domyślić, że wiele kwestii zostanie z oczywistych względów przemilczanych. Jeśli bowiem myślimy o Diorze w kategoriach historii mody, to w zasadzie powinniśmy stosować zasady typowe dla tej nauki. Czyli chociażby krytyczne ujęcie źródeł polegające np. na ocenianiu wiarygodności autora. Może to co piszę jest dla wielu oczywiste, ale wydaje mi się, że i tak jest to warte przypomnienia. W przeciwnym razie może nastąpić totalnie bezkrytyczny odbiór tej skądinąd ciekawej autobiografii. A przecież nie o to chodzi.

W zasadzie jedyną, drobną uwagą dotyczącą już samego tłumaczenia, jest to, że z Roberta Pigueta zrobiono Roberta Piqueta. Cóż, zapewne wkradł się jakiś chochlik.

Reasumując, książkę warto nie tylko przeczytać, ale i ją mieć, bo jestem niemal pewny, że będziecie do niej wracać i odkrywać ją na nowo.



2 komentarze:

  1. Bardzo pomocna recenzja :) Przeczytałam ją jeszcze przed zakupem książki, choć i tak na pewno bym ją kupiła bez większego zastanowienia.

    Jestem w trakcie porównywania książki z biografią Diora (jednocześnie czytam obie) i przyznam, że przeczytanie tylko samej autobiografii to byłby błąd. Dopiero mając przed sobą dwie książki dostrzega się okoliczności wielu wydarzeń. Wręcz na początku byłam przerażona, czemu Dior w swojej książce tak wiele rzeczy pominął. W każdym razie przerabiam to dalej i sprawia mi to coraz większą przyjemność :)

    Co do pisowni nazwiska Pigueta to zgłupiałam jak powinno być poprawnie i sprawdzałam to później w internecie :) Dobrze wiedzieć, że się nie pomyliłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Tak, zdecydowanie dobrze jest zapoznać się z różnymi punktami widzenia :) Mam nadzieję, że przyjemność nie minęła :)

      Usuń