środa, 3 września 2014

Rajskie ptaki – recenzja wystawy


O wystawie Birds of Paradise myślałem w zasadzie od momentu, kiedy o niej usłyszałem po raz pierwszy, czyli grubo przed jej otwarciem (nie mogę teraz jej podlinkować, bo zniknęła z głównej strony muzeum w momencie zakończenia, a nie pojawiła się jeszcze w archiwum wystaw). Udało mi się ją zobaczyć dosłownie rzutem na taśmę, w przedostatnim dniu jej trwania. Pytanie czy warto było tłuc się 14 godzin pociągiem, by ją zobaczyć wydaje się bezsensowne, bo odpowiedź jest oczywista :) Zarówno w MoMu, jak i w samej Antwerpii byłem pierwszy raz, więc emocji towarzyszących podróży i oglądaniu wystawy było sporo. Ale to rzeczy. Nie ma to być wpis do sztambucha, ale merytoryczna relacja, a w zasadzie recenzja.

Sama przestrzeń wystawy jest/ była generalnie neutralna – jasne ściany, jasna podłoga, jasne ramy wielkich gablot mieszczących po kilka manekinów. W zasadzie trudno mówić o aranżacji przestrzeni, poza kilkoma wyjątkami. Ale spokojnie, to nie zarzut, ale opis sytuacji. Rytm zwiedzania wystawy wyznaczały właśnie owe gabloty mieszczące ubiory i dodatki podporządkowane poszczególnym tematom, których było 20. Chciałbym napisać, że każdy kolejny prezentował coraz to piękniejsze suknie, ale to nie do końca prawda. Otóż pomiędzy ubiorami można było znaleźć również prace artystki, Kate MccGwire stworzone z wykorzystaniem – a jakże – ptasich piór.

Ale zacznę od sukni, bo to one odgrywały wiodącą rolę w tej ekspozycji. Rzadko używam takich słów (zwłaszcza w recenzjach), ale inaczej się nie da – stroje były spektakularne. Począwszy od sukni haute couture Thierry Muglera z kolekcji wiosna/ lato 1997, poprzez suknie w zasadzie każdego z wielkich projektantów – Diora, Balenciagi, Chanel, Niny Ricci, Jeana Paula Gaultiera, Alexandra McQueena aż do niezwykłego „futra” z łabędziego puchu zaprojektowanego dla Marleny Diertrich. Pomiędzy nimi wiele ubiorów nieznanych krawców i projektantów oraz masa dodatków: wachlarzy, butów czy kapeluszy.


 





Nie sądziłem, że będzie można robić zdjęcia, więc nie zabrałem aparatu i zdjęcia są z komórki.
Ale możecie też pooglądać na facebookowym profilu muzeum.


Jedyne co mi przeszkadzało w oglądaniu, to system podpisów wyglądający w ten sposób, że każdy musiał czytać otrzymaną na wejściu książeczkę. Przy manekinach były jedynie numerki. Ponumerowane i określone tematem były także gabloty. To jednak sprawiało, że co chwila musiałem wertować książeczkę, co nie było zbyt komfortowe. Kto by jednak myślał o dyskomforcie przy takich sukniach. Można było spokojnie przejść tę wystawę z otwartą buzią. Serio. Widz był wręcz odurzany pięknem sukni. Ten czar działał bardzo skutecznie. Dopiero dosłownie przy ostatniej gablocie, nota bene poświęconej Yves Saint Laurentowi, ocknąłem się i wyzwoliłem z tego czaru. Postanowiłem wrócić na początek wystawy i obejrzeć ją jeszcze raz, tym razem już „na trzeźwo”. Wrażenie było zgoła odmienne. Tzn. suknie były wciąż tak piękne, ale ich czar już nie był w stanie zamaskować kilku słabości samej wystawy.
Chodzi mi o to, że w zasadzie wystawa ta koncentrowała się na wizualnym pięknie. Generalnie nic w tym złego – można przecież chcieć zrobić po prostu ładną wystawę z ładnymi sukniami i już. Nie mam nic przeciwko temu. Moje wątpliwości co do oceny ekspozycji wzbudził jednak rozdźwięk, momentami dość wyraźny (choć jak widać słabo zauważalny za pierwszym razem ;), między właśnie estetyką sukni i wystawy, a wprowadzanymi za pomocą poszczególnych tematów problemami związanymi z piórami w ubiorze. I tak na przykład był temat poświęcony pawim piórom mającym konkretne znaczenie i symbolikę. W opisie sekcji czytamy o micie opowiadającym, jak zdradzona Hera umieściła oczy zabitego stuokiego Argosa na pawim ogonie, a także o tym, że są one symbolem próżności. Po czym patrzymy na gablotę i widzimy suknie, jak w każdej innej gablocie. Oczywiście są tam tylko te  wykonane z użyciem pawich piór, ale równie dobrze mogły by być inne. Niczego z opisanej symboliki nie da się odczytać. I właśnie przy drugiej turze zwiedzania pytania rodziły się jak szalone, a brak odpowiedzi na nie powodował, że powstawały kolejne. Na przykład: czy to, że nie widać w tych ubiorach niczego z pawiej dumy, to skutek zacierania się znaczenia tego symbolu, czy może ignorowania go przez projektantów i wykorzystywania pawich piór dowolnie, zgodnie z własnym tylko pomysłem? A może po prostu surowy sposób ekspozycji powoduje, że nie daje się tych ubiorów nijak odczytać, a w innych warunkach dałoby się tak zrobić?
Równie galopujące wątpliwości dopadły mnie przy gablocie z ubiorami wykorzystującymi tylko motyw piór, naśladującymi ich wygląd, a nimi nie będącymi, np. nadruk w pióra, aplikacje udające pióra itd. Ale znów nie ma możliwości, by dowiedzieć się dlaczego tak się dzieje? Czy to kwestia finansowa wpływa na to, czy może pióra po prostu trudne i pracochłonne są w stosowaniu? A może jednak względy ekologiczne o tym decydują, że projektanci wykorzystują różne substytutu piór zamiast ich samych?
Nawiasem mówiąc, to kolejny wielki nieobecny temat – ekologia. Przecież wiele z tych piór pochodzi od rzadkich ptaków, ale nawet jeśli ptaki były pospolite, to ilości piór pozyskiwanych z nich budzi niepokój. O tym jednak nie dowiemy się z wystawy w ogóle. Dobrym momentem na wprowadzenie tego wątku było, moim zdaniem, poruszenie archetypu białego i czarnego łabędzia, czyli dobra i zła. W przypadku tego tematu możemy również poczytać ciekawe rzeczy, m. in. o balecie Czajkowskiego itd., jednak w gablocie widać „równość”. Czarne suknie równie dobrze mogły by być białe i na odwrót. Nie da się w ogóle odczuć wartościowania wspominanego w opisie. Uczciwie przyznam, że jedynie czarna suknia z kolekcji jesień/ zima 2009-2010 autorstwa McQueena emanowała jakimś niewysłowionym niepokojem. Działała tak silnie, że nawet ten brak aranżacji nie był w stanie jej zrównać z innymi sukniami. To naprawdę coś niesamowitego.

No i teraz największe zaskoczenie, choć być może nie dla każdego. Kwestia ta związana jest właśnie z tematem dobro i zło (biały łabędź, czarny łabędź). Otóż jak wspominałem na tej wystawie pokazane były również prace brytyjskiej artystki, Kate MccGwire, która do swoich prac wykorzystuje mi.n pióra gołębi i kruków. Posługując się nimi odnosi się do ludzkich uprzedzeń i sympatii wobec różnych gatunków ptaków – np. biały gołąb to symbol pokoju, ale zwykły gołąb kojarzy się z roznoszeniem zarazków i uciążliwością. Pióro łabędzia wydaje się piękne, ale takie samo z czarnego kruka już niepokoi, itd. Wspomniane prace artystki rozlokowane były w kilku miejscach na zasadzie interwencji (więcej tutaj). Moim zdaniem nie cieszyły się takim zainteresowaniem jak suknie, zwłaszcza te mniejsze prace z białych piór, zamknięte w gablotach/ kloszach. Jednak ogromna praca z czarnych piór nie pozostawiała obojętnym, jeśli już ktoś się przy niej zatrzymał. Wyglądała ona jak dwa ogromne, splecione ze sobą cielska węży, których skóra zamiast łuskami pokryta jest piórami. Patrzenie na to wzbudzało niepokój lub nawet odrazę. Oglądając tę pracę pomyślałem: to jest to! Artystka faktycznie za pomocą prostych zabiegów – koloru piór, ich wielkości i sposobu prezentacji potrafiła wzbudzać różne emocje. Również „wężowe”, ale małe i wykonane z białych piór formy, umieszczone pod estetycznymi szklanymi kloszami, sprawiały zupełnie odmienne wrażenie - "estetyczność" niwelowała negatywne odczucia. Takich różnic w odbiorze rodzajów piór nie odczuwałem przy żadnej gablocie z sukniami. Były one zupełnie jednowymiarowe – ładne, estetyczne przedmioty wykonane precyzyjnie, przez znakomitych rzemieślników (wyjątek to czarna suknia McQueena - ona "działała"). Prace artystki wybijały się na ich tle pokazując, że sztuka ma większą siłę przekazu niż moda. Przynajmniej w tej aranżacji, na tej wystawie. Być może, gdyby autorzy wystawy zamiast próby stworzenia ptasiego raju pokusili się o "zjedzenia zakazanego owocu", a tym samym wpuściliby na salę ekspozycyjną więcej nieczystości, niepokoju, emocji, suknie byłyby w stanie wyraźniej przemówić. Tymczasem stworzono wyobrażenie modowego raju, który może i jest ładny, atrakcyjny, ale boleśnie płaski i w rezultacie nudny. Moim zdaniem to wielka szkoda, bo wystawa wypuszcza widza z przekonaniem, że moda jest czymś przede wszystkim "ładnym". Szkoda.
PS.
Po zakończeniu zwiedzania wystawy zerknąłem do katalogu i wydaje mi się, że tam właśnie można znaleźć, że tak się wyrażę, wszystkie brakujące ogniwa, czyli ujęcia kulturowe i krytyczne. Pewność zyskam, kiedy katalog do mnie dotrze i go przeczytam. No, ale właśnie – nie każdy kupi i przeczyta katalog. Większość zostanie z wiedzą z wystawy, a w zasadzie z niewiedzą. Jeszcze raz: szkoda.
P.S. 2
Jeśli komuś nie udało się dotrzeć do Antwerpii, to wciąż jest szansa zobaczenia tej wystawy, gdyż od końca października prezentowana ona będzie w The Bowes Museum.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz