czwartek, 24 lipca 2014

Kobiety i moda - recenzja książki




Przeczytałem Kobiety,które wstrząsnęły światem mody. Generalnie, co oczywiste, kiedy czytamy jakąś książkę, czy oglądamy film itd…, automatycznie konfrontujemy to z tym, co już wiemy, widzieliśmy, czytaliśmy itd… No i choćbym nie wiem jak chciał tego uniknąć, podczas czytania automatycznie myślałem o tym, co sam mówiłem podczas ostatniego cyklu wykładów w Domu Bretanii zatytułowanym Haute couture i kobiety
Dużym plusem książki jest mimo wszystko klucz wyboru – autor zdecydował się na opisanie samych projektantek. To powoduje, że do szerszej publiczności przebiją się inne, nowe nazwiska. Niewątpliwie bowiem poza takimi postaciami jak Chanel, Schiaparelli, Grés czy Vionnet, projektantki nie są bardzo znane. Albo ich nazwiska są znane, jak chociażby Lanvin czy Paquin, ale nie kojarzone z płcią żeńską – wiele osób myśli, że to mężczyźni. Do tego dochodzi naprawdę szereg nazwisk kobiet-projektantek. Pomijając postaci wymienione w książce, wspomnieć można chociażby o siostrach Callot, Madame Chéruit,  Madame Torrente (to jest ta siostra Teda Lapidusa, o której autor wspomina we wstępie książki). Jednak w zasadzie znane są one raczej osobom, które wgryzły się nieco w temat historii mody. By jednak być uczciwym trzeba dodać, że są także projektanci-mężczyźni, których nazwiska znane są tylko w branży. Ta sytuacja dotyczy np. Marca Audibeta, Jean-François Crahay’a czy Antonia de Castillo, nie wspominając o Gustave’ie Beer, Robercie Piguet, Drecollu... Można by tak wymieniać i wymieniać, tym bardziej, gdy przypomnimy sobie, że domów mody haute couture było po II wojnie światowej niemal 100, a każdy z nich zatrudniał jakiegoś projektanta. Do czego zmierzam?
Otóż zapominanie pewnych nazwisk kosztem innych, moim zdaniem niekoniecznie związane jest z płcią projektantów. Równie dobrze można byłoby stworzyć książkę o zapomnianych, a utalentowanych projektantach. W związku z tym, wydaje mi się, że samo przypominanie nazwisk projektantek, nawet tak szeroko, jak robi  książka Kobiety…. w sumie niewiele wnosi do tematu "moda i kobiety". Nie zrozumcie mnie źle, można się dowiedzieć wiele faktów z tej książki, bardziej chodzi o to, za mało widzę tam problemów dotyczących faktycznie kobiet. No bo umówmy się – całe mnóstwo projektantów borykało się u progu swej kariery, albo i później z jakimiś problemami finansowymi, dramatami rodzinnymi, niechęcią środowiska itd.... Różnice pomiędzy projektantkami a projektantkami ujawniają się na innych płaszczyznach – dostępie do edukacji, możliwości pracy w ogóle, czy samodzielnym decydowaniu o swoim życiu. Przecież nie jest tak, że przed Worth'em nic się nie działo, nie było żadnych kobiet z pomysłami na udane suknie – wręcz przeciwnie. Ale to on, jako mężczyzna mógł założyć i prowadzić firmę z takim rozmachem. I to wydaje mi się ciekawe. I o tym chętnie bym poczytał zamiast o heroizowaniu postaci i podkreślaniu ich wyjątkowości, w efekcie czego wszystkie się do siebie upodobniły. Drążąc temat – kobiety strajkujące w latach 10. i później w 30. także wstrząsnęły światem mody i to chyba bardziej niż urocza Madame Carven, a jednak nie są głównymi bohaterkami książki.
Jeśli Wasze oczekiwania były inne – np. poznanie kilku nowych postaci, to pewnie cel ten osiągniecie. Warto jednak wcześniej zwrócić na kilka kwestii. Już w samym wstępie jest coś, z czym często dyskutuję, czyli: Od pokoleń projektantem strojów był mężczyzna, a kobiecie przypadała rola szwaczki (s. 7). No i jak się z czymś takim zgodzić... Gdyby tak było, to Worth nie miałby problemów z krytykami broniącymi moralności, uważającymi, że to dziwne, by mężczyzna ubierał kobiety; a Dickens nie pisałby o trudnościach z właściwym nazwaniem jego profesji. No więc jak mężczyzna mógł być projektantem od pokoleń?
Dalej we wstępie czytamy: Na tę męską twierdzę naciera jednak fala projektantek ze swoimi typowo kobiecymi atutami: doskonałą techniką, zamiłowaniem do precyzyjnych wykończeń, perfekcyjnym opanowaniem sztuki kroju i szycia (s. 7). Tu też coś się nie klei – przecież można z łatwością znaleźć i mężczyzn-projektantów, którzy takie cechy posiadają. Bardziej istotne jest to, że kobiety-projektantki mogły szyć z myślą o sobie, albo dla kobiet podobnych do siebie – to je tak naprawdę wyróżnia od mężczyzn, choć to na tym różnice się nie kończą.
Bardzo dziwi mnie też zdanie (ok, dwa zdania) w rozdziale poświęconym Róży Bertin: Suknia angielska to rodzaj redyngoty. Nosi się ją przede wszystkim podczas spacerów (s. 30). Wiem, że zaglądają na tego bloga także osoby zajmujące się modą wcześniejszą niż XX wiek. Proszę Was zatem o pomoc – czy to się w ogóle jakoś klei?
Nie rozumiem też uwagi na temat przemian haute couture: W roku  1910 – to historyczna data – w trosce o to, by na przyszłość uchronić się od automatyzacji, krawiectwo wyodrębnia się jako osobna profesja. Druga dekada XX wieku to początek dwóch przeciwstawnych światów, z których każdy rządzi się jasnymi regułami. Jeden skupia się na uprzywilejowanej części społeczeństwa, drugi kieruje  swoją ofertę do przedstawicielek mieszczaństwa. Każda z profesji – krawiectwo i konfekcja – używa do tego czasu własnych atutów. Główne walory pierwszej z nich to luksus, kunszt i pomysłowość, która może w każdej chwili przybrać konkretny kształt (s. 45-46). No i to są takie skróty myślowe, których nie ogarniam – krawiectwo jako osobna profesja dopiero w 1910 roku? Wystarczyło napisać, że Paryska Izba Mody wyodrębniła haute couture od konfekcji, tym samym podkreślając jego wysoką rangę, i że to obowiązywało aż do 1973 roku... 
Jedna z ważniejszych kwestii, to błąd? wpadka? zaniedbanie? – nie wiem w sumie jak to nazwać - w rozdziale poświęconym Madeleine Vionnet. Autor pisze o jej nowoczesnym podejściu do pracownic, o przywilejach jakimi się one cieszyły: opieka zdrowotna, urlop itd... To jest OK. Ale, pojawia się też informacja, nie wiadomo skąd – przeszukałem dla pewności wszystko, co mam w domu o Vionnet – że jej pracownice mimo wszystko strajkowały w latach 30. Mam podejrzenie, że się to po prostu jakoś/ komuś źle przekleiło, ponieważ czytając ten fragment: Ten sam personel, który obdarował tyloma przywilejami przystępuje do strajku. Madeleine Vionnet nie może tego pojąć. Pracownicy domu mody nie pozwalają jej nawet wejść do środka. Dotknie ją to do żywego (s.108) ... mam silne wrażenie, że to jest o Chanel. Jakby nie patrzeć – tego nie powinno tam być. Komputer zrobił też figiel i Vionnet zmieniła siedzibę swojego domu mody z rue de Rivoli na Tivoli.....(s. 211), ale to już drobiazg.


Generalnie książkę Kobiety, które wstrząsnęły światem mody widzę jako rodzaj słownika z bardzo rozbudowanymi hasłami. Z pewnością nie jest to pozycja, która podejmuje problem kobiet w "modowym biznesie". Oczywiście gdzieś w tych hasłach pojawiają się owe problemy, ale one nie stanowią głównego wątku. Tym niemniej jak zawsze zachęcam do lektury i do wyrobienia sobie własnego zdania.


Za przesłany egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Rebis.

2 komentarze:

  1. Rzeczywiście redingote i suknia angielska (robe à la anglaise) to dwa różne typy sukien, choć o zbliżonym nieco fasonie. Obie miały dopasowaną górę - w sukni angielskiej początkowo fałdy pleców przechodziły na środku w spódnicę. Redingota była późniejsza, pojawiła się w końcu lat 80. XVIII w. Miała wykładany szeroki kołnierz i guziki nawiązujący do męskiego pĺaszcza o tej samej nazwie. A na marginesie nie tłumaczyłabym imienia madame Rose Bertin. Obecnie już się w Polsce - poza monarchami - imion nie tłumaczy. Brzmi to w każdym razie dziwnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aniu :)
      I faktycznie Róża Bertin niepotrzebnie przetłumaczona...

      Usuń