piątek, 11 lipca 2014

Dwie strony Yves Saint Laurenta



Szczerze mówiąc, wahałem się jakiś czas czy dwie książki poświęcone Yves Saint Laurent’owi omówić razem, czy też każdej poświęcić oddzielny wpis. Mowa o Listy do Yves’a, Pierre’a Bergé (Wydawnictwo Dream Books) oraz Yves Saint Laurent. Niegrzeczny chłopiec, Marie-Dominique Lelièvre (Wydawnictwo Dolnośląskie). Mało tego. Widziałem również trzecie wyjście, tzn. doczytać jeszcze inne książki poświęcone temu projektantowi, które mam w domu i zebrać wszystko w jednym, wielkim wpisie porównawczym. Ale jednak są wakacje i odpuściłem :) Zajmę się tylko tymi dwiema pozycjami.
Pierwsza z nich zawiera „listy” Pierre’a Bergé pisane do YSL, kiedy ten już nie żył. Słowo listy piszę w cudzysłowie, bo dla mnie to raczej wpisy do pamiętnika-dziennika. To automatycznie sugeruje ich intymny, osobisty charakter. I w pewnym sensie tak jest. Dlaczego tylko w pewnym sensie? Dlatego, że biorąc pod uwagę postawę Bergé trudno uznać, by tak po prostu obnażył on swoje wnętrze przed „całym światem”. Raczej chciał zaprezentować swój punkt widzenia. O ile w latach 80. udawało mu się ukrywać i tuszować pewne fakty z życie YSL (oczywiście mam na myśli głównie francuską prasę), o tyle dziś o życiu YSL wiadomo znacznie więcej – narkotyki, alkohol, sex…, to już nie stanowi tajemnicy. Bergé nie jest w stanie powstrzymywać głosów nie tylko krytycznych, ale i interpretujących dorobek YSL w odmienny sposób. Jedyne, co może, to właśnie nieustannie powtarzać tę samą, swoją, historię o YSL i jego geniuszu. I robi to poprzez Listy do Yves’a, film dokumentalny Miłość szalona, i fabularny - Yves Saint Laurent. Ciekawa w kontekście Listów do Yves’a wydaje mi się dyskusja o liczbie scen pokazujących seks w drugim z wymienionych filmów. Myślę sobie, że skoro one tam były, to i tak w bardzo ograniczonej ilości wobec rzeczywistości. Bergé pisze: Gdyby Ci wszyscy ludzie, dziennikarze i inni, wiedzieli, że to seksualność, a nie sztuka, była naszym prawdziwym motorem! Że to z jej powodu i zanurzenia Cię w jej głębi, narzucenia Ci jej, istniało, to wszystko: nasza miłość, nasz dom mody, nasza kolekcja, nasze życie! Nie czytaliśmy wspólnie Bernardina de Saint-Pierre’a, ale raczej markiza de Sade’a. To seksualność pokierowała naszym spotkaniem, godziła nas, gdy było to konieczne, i to jej wspomnienie, które przywołaliśmy tak często, łączyło nas do samego końca (s. 34).
Czy wobec powyższych uwag warto w ogóle sięgać do tej książeczki? Według mnie na pewno. Przede wszystkim dlatego, że napisana jest ona z dużą kulturą języka. Naprawdę miło się ją czyta. Czuć, że literatura była mocną stroną Bergé. Jest on świetny w posługiwaniu się słowem pisanym. No i jakby na to nie patrzeć, Listy do Yves’a to źródło, nie opracowanie, co według mnie także jest dużą zaletą. Jeśli kiedykolwiek ktoś będzie chciał pisać o YSL, to będzie musiał tu zajrzeć i skonfrontować zawarte tam wypowiedzi z innymi. Pierre Bergé bowiem oprócz tego, że zbudował firmę YSL, to także, a może przede wszystkim stworzył jego legendę. Trzeba przyznać, że to, co wymyślił Pierre jest spójne i łatwo wchodzi w głowę – YSL to geniusz, który potykał się o własne olbrzymie skrzydła. Tego właśnie dokonałeś: smoking, marynarka bombajka, garnitur, skafander, trencz – oto dowody. Najmniejszego śladu androgynii. Każdy u siebie. Ubrane w ten sposób, kobiety rozwijały swoją kobiecość, wprawiały w zakłopotanie erotyczne. Właśnie dlatego, Yves, byłeś oprócz Chanel jedynym genialnym projektantem. Inni, nawet ci najwięksi, Dior, Balenciaga, Schiaparelli, usadowili się na swoim panteonie estetycznym i nie przekroczyli tego progu. Jak mawiałeś, moda byłaby nudna, gdyby służyła wyłącznie ubieraniu bogatych kobiet. I dlatego wymyśliłeś prêt-à-porter i zrewolucjonizowałeś świat mody, Brawo, panie Saint Laurent (s. 102).


Obraz Yves Saint Laurenta zmienia się momentalnie, gdy tylko weźmiemy do ręki drugą z książek, czyli Yves Saint Laurent. Niegrzeczny chłopiec. Co prawda wspomniałem, że Bergé nie ma monopolu na opowiadanie historii YSL, co pokazuje chociażby książka Alici Drake The Beautiful fall (cytowana z resztą w Niegrzecznym chłopcu) oraz zapewne film Saint Laurent, który dopiero przed nami. ALE… Marie-Dominique Lelièvre nie ukrywa – wręcz podkreśla – jak daleko sięgają wpływy Bergé. Bardzo wiele osób, z którymi autorka się umówiła, odmówiło jej wywiadu lub często nawet krótkiej rozmowy na temat YSL. Oczywiście ze względu na prośbę Pierre’a. Trudno nie pomyśleć, że gdyby w swojej opowieści o własnym partnerze był do końca szczery, to problem wyjawienia sekretów przestałby istnieć. Ale on istnieje. Oczywiście można, a nawet trzeba zadać sobie pytanie, na ile ważne jest zagłębianie się w prywatne życie Yves Saint Laurenta. Znamy jego projekty – czy to nie wystarcza? Problem w tym, że czasem nie wystarcza. Ale za tym idzie kolejna kwestia: jak mocno wchodzić w cudze życie i gdzie jest granica pomiędzy chęcią lepszego zrozumienia twórczości YSL, a szukaniem smaczków/ skandali? Bynajmniej nie chcę powiedzieć, że zależało na tym autorce – Marie-Dominique. Jest ona daleka od tego. A mimo to nie udało jej się wypełnić własnego planu.
Nie wiem czy przypisać to właśnie niemożnością dotarcia do wielu osób, ale czytając książkę trudno oprzeć się wrażeniu, że autorce zabrakło na nią pomysłu. Sam układ książki, bardzo krótkie, często 2-3 stronicowe rozdziały, powodowały, że w ogóle nie mogłem się w nią „wczytać”. Nie ma w niej, poza fragmentami, płynnej narracji, która sprawia, że kiedy biorę książkę do ręki, to nie odłożę jej zanim nie przeczytam 30-50 stron. W przypadku Niegrzecznego chłopca miałem poczucie jakbym nieustannie zaczynał od początku. Książka pozostanie dla mnie takim zbiorem myśli i wątków. Trzeba dodać, że często naprawdę ciekawych wątków. Dla mnie jedną z najciekawszych analiz autorki była ta dotycząca kostiumów jakie Yves przygotował dla Catherine Deneuve do filmu Piękność dnia (s. 81). Przeczytałem to z wielką ciekawością. Z resztą nie tylko to : )
Nie muszę chyba dodawać, że opowieść Marie-Dominique Lelièvre zasadniczo różni się o tej przytaczanej przez Pierre’a Bergé. I to nie w detalach, ale zasadniczych kwestiach, jak chociażby stosunek YSL do prêt-à-porter w latach 50. i na początku 60. Dlatego też, jeśli ktoś rzeczywiście chce poznać postać Yves Saint Laurenta powinien bezwzględnie przeczytać obie książki. Taka sytuacja na polskim rynku wydawniczym rzadko się zdarza, jeśli chodzi o temat mody. Szczerze mówiąc mnie to cieszy, bo być może osoby, które tak deklarują, że interesują się modą, zostaną zmuszone to krytycznego myślenia, no i – tu wielka nadzieja – do sięgnięcia po jeszcze inne książki i artykuły, tak by wyrobić sobie własną odpowiedź na pytanie: kim był Yves Saint Laurent.

Przyjemności.

Wydawnictwu Dolnośląskiemu bardzo dziękuję za przesłany egzemplarz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz