niedziela, 1 czerwca 2014

Metkowe kłamstwo



Wiem, że wielu/ wiele z Was tego nie lubi, ale dosłownie na chwilę wtrącę wątek osobisty. Za mniej więcej dwa tygodnie moja praca trafi do recenzentów i rozpocznę pierwsze od kilku lat prawdziwe wakacje, czyli bez nauki i obowiązków – co prawda bez wyjazdów, bo urlop został przeznaczony na pisanie pracy, ale i tak radość mnie rozpiera na samą myśl wakacji. Dlaczego o tym piszę? Otóż w ostatnim czasie przeczytałem kilka recenzji książki Yann’a Kerlau Sekrety mody  u Modologii, u Agnieszki, która pisze o modzie i u Tobiasza/  Freestyle Voguing. No i nie wytrzymałem :) Książkę mam na półce dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bukowy Las, więc łatwo było wziąć ją do ręki i zacząć czytać. Wiedziałem jednak, że w tym momencie mogę sobie pozwolić na przeczytanie tylko jednego rozdziału. Dotyczy on Charlesa Fredericka Wortha. Zrobiłem to i szczerze mówiąc.... oniemiałem.
Na stronie 23 możemy przeczytać, że: po wewnętrznej stronie swoich nowych modeli kazał wyszyć na jedwabnym prostokącie nazwiska swoje i swojego wspólnika. Metka marki Worth & Bobergh stała się od tej pory integralną częścią każdego stroju, jaki wychodził z jego pracowni.
Czy autor w ogóle choć raz w życiu widział na oczy taką suknię? Przecież to jest tak absurdalny pomysł, że zastanawiam się, kto na niego wpadł, bo na pewno nie Worth.
Po pierwsze – ta „metka” nie była wyszywana – to był stempel. Odcisk był wykonywany przy użyciu „złotej" farby.
Zdjęcie i cała suknia tutaj.
Zdjęcie i cała suknia tutaj.

Po drugie nie był to żaden wszyty kawałek tkaniny po wewnętrznej stronie – stempel był odciskany na specjalnej taśmie przymocowanej do bluzki gorsetowej na wysokości talii. Ta taśma przymocowana z przodu biegła przez cały obwód talii i miała za zadanie przytrzymywanie tej bluzki gorsetowej na właściwym miejscu. Taśma ta była wówczas stosowana nie tylko przez Wortha, ale również przez innych, a zatem...
Po trzecie, Worth nie wymyślił tej taśmy – mógł jedynie wymyślić oznaczenie jej stemplem – nic więcej. Ale dowodów na to, że był w tym pierwszy nie ma. W latach 60. XIX wieku w ten sposób swoje suknie oznaczało wiele innych pracowni. Worth był zatem jednym z pierwszych. To wszystko.
Zdjęcie i cała suknia tutaj.

Zdjęcie i cała suknia tutaj.

Rozumiem, że w książce tego typu stosuje się pewne uproszczenia, bo ona ma się dobrze czytać, ale ten pomysł z „wyszywanymi metkami” to po prostu wymyślanie historii mody na nowo. Jeśli ktoś mi nie wierzy to proponuję zajrzeć to książki Elisabeth Ann Coleman, The Opulent Era. Fashions of Worth, Doucet and Pingat. Jest tam specjalny rozdział (dodatek) poświęcony właśnie „metkom” Wortha. I tej kobiecie można wierzyć, bo przebadała dostępne jej suknie i ustaliła nawet numerację zleceń w zależności od rodzaju ubioru (wierzchnie, wieczorowe, itd...) i roku uszycia. Co prawda tej książki nie ma podanej w bibliografii Sekretów mody, ale jest tam za to wymieniona pozycja Diany de Marly Worth, Father of Haute Couture, w której autorka opisuje dokładnie działalność Wortha. Tę książkę również mam i także ją czytałem, w przeciwieństwie do autora (chyba)..... tzn. takie mam podejrzenia. Bo w swojej książce Diana de Marly wyraźnie obala wiele mitów dotyczących Wortha, które niestety popularyzuje Yann Kerlau, co jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
Na przykład autor Sekretów mody na stronach 15 i 16 pisze, że dzięki Worthowi narodziły się modelki, co jest także zupełną bzdurą. Gdyby tak było, to skąd w Maison Gagelina wzięłaby się przyszła żona Wortha – Marie Vernet? Autor nie pisze, kim była, w sensie w jakim charakterze pracowała. A właśnie była modelką! Kiedy Worth ją poznał, ona pracowała jako modelka. Jak więc można przypisać Worthowi pojawienie się modelek. Przecież to jest nielogiczne.
Na stronie 23 czytamy, że Worth w 1864 roku stał się oficjalnym dostawcą dworu cesarskiego, podczas gdy autorka przywoływanej przez niego książki – de Marly – wyraźnie demitologizuje tę informacje prostując ją. Chodzi o to, że Worth był jedynie dostawcą wieczorowych i balowych sukni. A więc byli też inni (Worth - toalety balowe; Laferrière – ubiory codzienne; Fèlicie – płaszcze i peleryny; Mme Virot, Mme Lebel – kapelusze; Henry Creed – ubiory do jazdy konnej).
Może uznacie to za mało ważne, ale uważam, że jeśli ktoś pisze opracowanie na podstawie badań innych, to niech przynajmniej zrobi to rzetelnie. Sprawa z metkami woła o pomstę do nieba. Jeszcze raz powiem, że rozumiem, że książka ma się łatwo czytać, ale można przecież stworzyć książkę, którą będzie się przyjemnie czytać i która będzie pozbawiona tak karygodnych błędów.
Na razie za wcześnie na ocenę całej książki Sekrety mody – te uwagi dotyczą tylko jednego, pierwszego, rozdziału. Na pewno przeczytam też kolejne, bo ciekawość mnie zżera, cóż tam autor „ponawypisywał”. Do następnego razu zatem.

7 komentarzy:

  1. A tak, pozwolę, też na osobistą refleksję. Byłam na konferencji o rzemiośle, która nie dawno odbyła się w Warszawie. Jeden w wykładów poświęcony Worthowi i Pani, która prezentowała ów referat ciągle powoływała się na Paulinę von MATERNICH. Myślałam, że się przesłyszałam bo nazwisko jakoś dziwnie podobne do słynnej rodziny von Metternichów, dizeki Twojemu postowi właśnie zajrzałam, że chodziło jednak o Pauline von METTERNICH. Jako, że nie jestem specjalistą w biografii i działaności Wortha, nie podjęłam, żądnej dyskusji w tym względzie ale teraz widze, że miałam rację.
    Jak na osobe wystepującą na konferencji chyba powinno się dbac o takie szczegóły i prrzekręcać nazwisk, ale coż są specjaliści i są spcjaliści, tak jak są rzetelni pisarze i ludzie którzy marzą aby nimi być.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pocieszę Cię, ze nie znam specjalistów od Wortha... do tego trzeba właśnie przejrzeć dziesiątki jego sukni, a nie tylko czytać o nim.
      Generalnie, ja też popełniam błędy, też zdarza mi się patrzyć i nie widzieć, ale te błędy, które wymieniam w poście nie wynikają z pomyłki, ale świadczą o zupełnym braku obycie z tematem. Podejrzewam, że autor dostał zlecenie i je wykonał...

      Co do konferencji, to niestety nie dałem rady dojechać, ale już w przyszłym roku będę bardziej aktywny :) A błędów, o jakich piszesz można łatwo uniknąć umieszczając nazwiska w prezentacji - wówczas nie ma już efektu przesłyszenia się czy też błędnej wymowy...

      Usuń
    2. Nazwisko było tez umieszczone w prezentacji błędnie.

      Usuń
  2. Z niecierpliwością czekam na recenzję. Jestem "świeżo" po lekturze książki i chętnie dowiem się o nieścisłościach, aby nie powielać ich nieprawdziwych informacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety te 10 - 14 dni trzeba będzie poczekać :/

      Usuń
  3. Świetny artykuł. Cieszę się, że ktoś prostuje takie błędy.

    OdpowiedzUsuń