poniedziałek, 29 grudnia 2014

Moda w Kunstgewerbemuseum

(for english version, please scroll down)
EDIT: Ze względu na jakość tłumaczenia wersja angielska została usunięta)


W minioną sobotę wreszcie udało mi się wybrać do Kunstgewerbemusem w Berlinie. Bardzo czekałem na nową ekspozycję (przypominam, że jest ona otwarta od 22 listopada tego roku), przede wszystkim dlatego, że jej zapowiedź widziałem już w lipcu, kiedy zwiedzałem Gemäldegalerie. Przed zamknięciem związanym z remontem byłem w Kunstgewerbemuseum kilka razy. Tym bardziej więc byłem ciekawy, jakie zmiany pojawią się w tym muzeum.  
Wrażeń jest sporo. Zacznę tradycyjnie od plusów.
Jest ich co najmniej sto – tyle co ubiorów ;) Mówię tak, bo suknie są naprawdę wspaniałe. Robią duże wrażenie. Trzon ekspozycji stanowią obiekty kupione w 2003 roku z kolekcji Martina Kamera i Wolfganga Rufa (na stronie muzeum widnieje błędna data 2009 rok). O tych kolekcjonerach napiszę więcej innym razem. Teraz dodam, że zakup Kunstgewerbemuseum obejmował ubiory od początku XVIII wieku do lat 90. XX wieku. Imponujący okres czasu. Równie imponująca jest jakość tych obiektów. W kolekcji Martina Kamera i Wolfganga Rufa, a teraz w Kunstgewerbemusem możemy odnaleźć projekty niemal wszystkich najważniejszych projektantów – od Charlesa Fredericka Wortha do Gianniego Versace. Oglądając ekspozycję ma się wrażenie, że ogląda się encyklopedię mody.  W zasadzie można by opisywać każdy obiekt po kolei i stworzyć niekończący się hymn wychwalający te suknie. Mówię to zupełnie serio, tym bardziej, że nie jest to czasowa wystawa, ale stała. W zasadzie jest to najbardziej reprezentatywna ekspozycja mody XVIII – XX wieku w tej części Europy. 
Warto też podkreślić dobre wyeksponowanie obiektów. W dużej części to zasługa specjalnych manekinów robionych oczywiście na zamówienie. Ale ten wydatek zdecydowanie się opłacał. Mimo, że suknie są w gablotach (ze zrozumiałych względów), świetnie je widać. Nie znam się na szkle, ale zastosowane tam szyby te nie dają refleksów, i w ogóle nie czuje się, że obiekty ogląda się przez szybę. Wiele sukni jest ustawionych tyłem lub bokiem, tak, by  widoczne było to, co najistotniejsze. Do tego dobre, łagodne, ale pozwalające wszystko zobaczyć światło. Widać, że włożono w to wiele pracy. I efekt jest znakomity.

 
Jedyne co mi się nie podobało pod względem estetycznym, to głębokie czernie na ścianach i podłogach. Rozumiem specjalne światło itd., ale przynajmniej w tych długich korytarzach, gdzie nie ma gablot mogłyby być nieco jaśniej – jakieś ciemne szarości na przykład. Te wąskie czarne korytarze nie działały na mnie dobrze.

Mamy więc europejskie muzeum ze światowej klasy kolekcją ubiorów. Nie rozumiem więc, jak można było aż tak zaniedbać edukację muzealną. Piszę to jako muzealny edukator z kilkuletnim stażem. Nie umiem sobie wytłumaczyć, jak to się stało, że niemal trzyletniego okresu remontu nie wykorzystano na to, by zbudować dobry projekt edukacyjny przypisany do stałej ekspozycji Kunstgewerbemuseum. Jest to dla mnie osobiste rozczarowanie.
Kiedy wchodziłem do Kunstgewerbemuseum od strony Gemäldegalerie natknąłem się po drodze na takie hasło:
Muzeum pyta nas: „Czy to jest sztuka?” To pytanie zadane w progu Muzeum Sztuk Dekoracyjnych bardzo mi się podoba. Przecież wiele z pokazywanych tam przedmiotów powstało w związku z konkretnymi czynnościami czy potrzebami. Pokazywane ich w galerii, w gablotach, pozbawia ich często pierwotnej roli. A zatem jeśli ktoś mi, jako widzowi, zadaje takie pytanie, to ja chciałbym mieć możliwość odpowiedzi na nie lub też podzielenia się swoimi wątpliwościami. Tymczasem ta kwestia już się więcej nie pojawia. Nie ma bowiem ani ściany, na której mógłbym zamieścić swoją odpowiedź, nie ma też na ekspozycji żadnych dodatkowych pytań, które kontynuowałyby  ten wątek. Mało tego, już sama ekspozycja zdaje się odpowiadać twierdząco na pytanie „Czy to jest sztuka?” nie zostawiając widzowi wiele miejsca na jego wątpliwości. Przyjrzyjmy się jeszcze raz galerii mody.

Wobec takiej ekspozycji pytanie: „Czy to jest sztuka?” wydaje się być w zasadzie bez sensu. Ekspozycja ta bowiem niemal krzyczy: Tak, to jest sztuka. Nawiasem mówiąc katalog poświęcony tej ekspozycji  zatytułowany jest Fashion Art Works

Co dokładnie sprawia, że ekspozycja mówi o modzie jak o sztuce? Przede wszystkim prezentowanie ubiorów w ekspozycji typu „white cube” - nawet podpisy są ukryte przy podłodze. Nie pojawia się żaden kontekst (dodatki i akcesoria są w innych gablotach – wyjątek to kapelusz Schiaparelli). Dodam, że zdecydowana większość ubiorów, to wypracowane, eleganckie ubiory wieczorowe. Widzowi została nadana jedynie rola obserwatora, któremu nie pozostaje nic poza adorowaniem i kontemplowaniem piękna. Zupełnie jakby było się w sąsiadującej z Kunstgewerbemuseum Gemäldegalerie. Nie ma na ekspozycji mody niczego, co by podkreślało, że jest to rzemiosło – brak słowniczka, kiosku multimedialnego lub zwykłych plansz, które wyjaśniałaby rodzaje tkanin, sploty itd. Nie ma próbek tkanin do dotykania. Nie ma schematu kroju choćby przy jednej – dwóch sukniach. Np. przy absolutnie wspaniałej sukni z lat 30. XX wieku projektu Jacques’a Heim’a (konstruktorskie cudo). Nie ma nic o technice cięcia ze skosu, o tym jak naszywa się cekiny. Nic, co zwróciłoby uwagę na kunszt wykonania, a nie tylko formalne piękno.  W zasadzie oglądamy skończone, pojedyncze działa sztuki. Nie ma też w tych długich ciemnych korytarzach żadnego pytania do widza, żadnego cytatu, wypowiedzi projektanta, czegokolwiek co wyrwało widza z uczucia zachwytu. Jest tak, jakby twórcy wystawy zapomnieli, że moda to również zjawisko społeczne, a nie tylko estetyczne. 
Poza tym dobrze było by postawić na różne formy wypowiedzi. Można byłoby na przykład jeden segment ekspozycji poświęcić na klasyczny wykład dotyczący zmian sylwetek (jak to jest teraz), Drugi segment, nieco inaczej zaaranżowany, poświęcić surowcom, krojom, wykończeniom, czyli rzemiosłu, które stoi za modą. Można byłoby wreszcie w innym segmencie ekspozycji poruszyć jakieś społeczne zagadnienie, np. co jest męskie, a co kobiece w ubiorze lub inny problem, jakąś historię (w końcu to hi-storia; storia - opowieść) , do której mogliby się odnieść widzowie z własnym życiowym doświadczeniem. Nie wspomnę już o możliwości przymierzenia czegoś, sprawdzenia wagi ubrania, lub nawet usłyszenia jakiejś muzyki, dźwięków. Czegoś, co nadałoby tym ubiorom inne niż tylko estetyczne znaczenie.  A także czegoś, co zaangażuje widzów. Tym bardziej, że nie mamy do czynienia nie z Muzeum Mody, a z Muzeum Sztuk Dekoracyjnych, gdzie tych możliwości pokazania kontekstu jest zdecydowanie więcej.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że przestrzeń, w której znajduje się galeria mody jest trudna – wąska i długa. Ale nie dajmy się zwieść - to nie sama przestrzeń zdecydowała o tym, że ekspozycja ma charakter jedynie estetyczny a nie estetyczny i jednocześnie edukacyjny. Zdecydowali o tym kuratorzy. Dowody na to znajdują się w galerii „nowej sztuki” – od baroku do art déco (najwyższe piętro muzeum). Tam bowiem również znajdują się mini galerie z ubiorami. Większa, z XVIII ubiorami męskimi, damskimi i dziecięcymi w przestrzeni ze sztuką barokową...
 
 
... oraz mniejsza, z modą okresu biedermeieru.
 

Aż trudno uwierzyć, że można umieścić w takiej przestrzeni gabloty z ubiorami i nie połączyć ich w żaden sposób z resztą eksponatów. Chodzi mi o np. o pytania czy zadania, które połączyłby obiekty z okolicznych gablot z ubiorami. Coś, co pozwoliłoby widzowi zobaczyć podobieństwa lub różnice w kolorystyce, kształcie, ornamencie, materiale. To jest moim zdaniem ogromny brak. Jestem wręcz rozczarowany, że otwarte po niemal trzech latach muzeum nie zadbało o stworzenie powiązań między swoimi obiektami. Podpowiem, że podobało mi się rozwiązanie zastosowane w Muzeum Historii Niemiec (Deutsches Historisches Museum), kiedy pokazywano tam znakomitą kolekcję ubiorów z LACMA (nota bene – duża część tych obiektów także pochodziła z kolekcji Martina Kamera i Wolfganga Rufa). Otóż muzeum zrobiło mapkę, która prowadziła zwiedzających po stałej ekspozycji muzeum. Po pierwsze pokazali oni również swoje zbiory, a po drugie, dodali w ten sposób kontekst do ubiorów pokazywanych na wystawie.
To było naprawdę miłe i interesujące. Tym łatwiej byłoby coś podobnego zrobić w Kunstgewerbemuseum, gdzie mamy do czynienia ze zbiorami jednego muzeum. To również przypomina, że Kunstgewrbemuseum zupełnie zapomniało o czymś takim jak tematyczne ścieżki zwiedzania. Mogłyby one dotyczyć również innych tematów niż moda, ale teraz koncentruję się właśnie na tym. Wydaje mi się to o tyle potrzebne, że układ galerii w Kunstgewerbemuseum nie jest łatwy i nie biegnie w prostym, chronologicznym porządku. Na samym dole jest to, co najnowsze. Na kolejnej kondygnacji jest sztuka średniowieczna i renesansowa – to jest poziom na który wchodzi się z Gemäldegalerie. Następna kondygnacja to galeria mody 1850 – 2000 – to jest poziom głównego wejścia do muzeum. Najwyżej jest sztuka od baroku do art déco (gdzie są wspomniane mini ekspozycje ubiorów). Tak więc nawet dla samej mody przydałoby wytyczyć jakiś sugerowany szlak, porządek zwiedzania.  Tym bardziej potrzebne byłyby i inne ścieżki tematyczne, które pozwoliłyby widzowi ogarnąć przestrzeń Kunstgewerbemuseum i jeszcze przy okazji opowiedzieć mu o czymś.  Obecnie widzowie najczęściej snują się po muzeum bez jakichkolwiek punktów zaczepienia. Nie mówię tu o specjalistach – oni sobie poradzą, ale ilu ich przychodzi dziennie do muzeum? Zapewne niewielu. Strona muzealna też niewiele wnosi w tym zakresie. Jest baza danych, są informacje i nic poza tym. Nie ma w ogóle e-learningu.
Gdyby ta ekspozycja znajdowała się w jakimś mniejszym mieście, w innym państwie, to pewnie nie poświęciłby temu problemowi aż tyle uwagi. Ale kiedy po niemal trzech latach zostaje ponownie otwarte muzeum ze zbiorami na światowym poziomie, w mieście tak mocno nasyconym kulturą jak Berlin, to naprawdę można być rozczarowanym. Tym bardziej, że teraz o edukacji muzealnej mówi się więcej niż kiedykolwiek. 
Wydaje mi się, że paradoksalnie to właśnie te wspaniałe suknie zadecydowały o takiej formie ich ekspozycji. Ich wspaniałość sparaliżowała muzealnych kuratorów tak, że nawet oni nie byli w stanie zobaczyć w nich nic poza samym pięknem. Ale na tym właśnie polega praca edukatorów, którzy są w stanie pokazać inne, niż tylko estetyczne, walory. Spojrzenie edukatorów jest inne niż spojrzenie kuratorów i w tym przypadku ewidentnie go zabrakło. Wierzę jednak, że jest to dopiero początek zmian w Kunstgewerbemuseum i niedługo zwiedzającym pozwoli się na więcej niż tylko na niemy zachwyt wspaniałymi obiektami. Oczywiście z pomocą edukatorów muzealnych.

środa, 17 grudnia 2014

O książkach - katalogi wystaw



Ostatnio dochodzą do mnie niepokojące wieści, które mówią, że mi to się chyba żadna książka nie podoba. Postanowiłem zaprzeczyć takiemu pomysłowi. Otóż książki bardzo lubię i to nie tylko je oglądać, ale również czytać. Dotyczy to zarówno pozycji poświęconych modzie jaki i innych. To, że w recenzjach czasem zwracam uwagę na niedociągnięcia, wynika ze świadomości, że ktoś taką wypowiedzią na blogu może się sugerować przy kupnie. Choć i tak zawsze podkreślam, że warto samemu wziąć do ręki dane wydawnictwo, by się przekonać i wystawić własną opinię. Jako czytelnicy zwracamy przecież uwagę na różne kwestie. Jedni patrzą np. na wielkość czcionek czy ilustracje; inni wolą się skupiać na treści i nie poświęcają wiele czasu pozostałym wartościom książki. Liczy się też stosunek ceny do zawartości. Tym bardziej, że w księgarniach z łatwością można zostawić sporo pieniędzy.


Dziś postanowiłem pokazać Wam książki, które bardzo lubię, cenię i jeszcze do tego mi się podobają. Wbrew pozorom nie jest ich mało. Na pierwszy ogień poszły zatem tylko katalogi wystaw, a i tak miałem problem z ich wyborem. Ok, zaczynam więc.

Górny rząd, od prawej;

- Balenciaga Paris, pod redakcją Pameli Golbin. Książka towarzyszyła wystawie w paryskim Muzeum Sztuk Dekoracyjnych 
Książka na imponujący format, jest świetnie wydana i omawia pokrótce każdą kolekcję haute couture Balenciagi – ilość modeli w kolekcji, kilka zdjęć i komentarzy prasowych. Dodatkowo wspomina kolekcje tworzone przez Nicolas Ghesquière.

- Balenciaga i Spain, autorstwa Hamisha Bowles'a Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej m. in. w San Francisco.
Książka naprawę ładnie wydana, oparta na przyjemnym pomyśle zestawiania konkretnych sukni z wybranymi przez kuratora dziełami sztuki, zdjęciami itp. Wiele z nich można by przedyskutować, ale w całości efekt jest świetny. Znakomite źródło inspiracji.

- The Golden Age of Couture. Paris and London 1947 - 57, pod red. Claire Wilcox.  Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej Muzeum Victorii i Alberta.
Ta wystawa to mój największy wyrzut sumienia. Dziwny splot drobnych zdarzeń nie pozwolił mi lecieć do Londynu. Ale katalog jest świetny. Wracam do niego dość często. Jest bardzo dobrze napisany i do tego świetnie zilustrowany. Jeden z moich najbardziej ulubionych.

- Yves Saint Laurent, pod red. Florence Müller i Farida Chenoune Książka towarzyła wystawie pokazywanej m. in. Petit Palais Materiały do ściągnięcia (po angielsku)
Książka ta ma dla mnie wyjątkowy charakter, nie tylko ze względu na to, że bardzo lubię projekty YSL, ale także dlatego, że byłem na tej wystawie i katalog kupiłem na miejscu. Jest w nim bardzo dobre, szczegółowe kalendarium życia YSL, dużo ciekawych ilustracji i do tego podanych w bardzo wyrafinowanej formie. Książka niepozorna, ale wydana pięknie – jestem miłośnikiem kolorowych przekładek. CUDO.

- Schiaparelli and Prada: Impossible Conversations, pod red. Harolda Kody i Andrew Boltona. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Metropolitan Museum
Przyznam szczerze, że długo zwlekałem z kupnem tej książki. Wydawało mi się, że materiały dostępne na stronie są wystarczające, ale kiedy wziąłem do ręki katalog, wiedziałem, że muszę go mieć (zajrzałem do niego w jakiejś muzealnej księgarni). Wizualnie jest to majstersztyk. Zestawienia projektów Prady i Schaparelii są bardzo pomysłowe i zapoznawanie się z nimi jest duuużą przyjemnością. Plus do tego interesujące teksty. Czego chcieć więcej...

- Poiret. King of Fashion, pod red. Harolda Kody. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Metropolitan Museum 
To jest druga największa książka, jaką mam (mowa o formacie). Zawartość jest nie mniej imponująca. Dominują zdjęcia, choć teksty też są ciekawe. Jakie tam są zdjęcia... Wyobraźcie sobie dobrze sfotografowane i wydrukowane na takim formacie detale sukni... to jest UCZTA. Uwielbiam oglądać tę książkę.

Teraz drugi rząd od góry, od lewej:

- Diaghilev and the Ballets Russes, pod red. Jane Pritchard. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w MuzeumVictorii i Alberta
Na tej wystawie także miałem szczęście być (tutaj). No i do tego jestem szczęśliwym posiadaczem katalogu – dobrze napisanego i co najważniejsze znakomicie zilustrowanego. Swego czasu byłem mocno zakręcony na punkcie Baletów Rosyjskich. Jeśli ktoś ma podobnie, ten album będzie kopalnią wiedzy.

- The Opulent Era: Fashion of Worth, Doucet and Pingat autorstwa Elizabeth Ann Coleman. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Brooklyn Museum
Wystawa miała miejsce już ładnych parę lat temu. Podobnie jest z książką - została wydana w 1990 roku. Sporo jest w niej ilustracji czarno-białych, czasem słabej jakości lub też jakości nie odpowiadającej dzisiejszym standardom. Ale nie ma się co niepokoić. Treść i wiele kolorowych ilustracji wynagradza wszystko. Z resztą nie jest to tylko moja opinia. Mimo upływu lat książka jest wciąż pożądana. Jej cena osiąga wysokość nawet 300 dolarów.

- Art and Fashion. Between Skin and Clothing pod red. Markusa Brüderlin i Annelie Lütgens. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Kunstmuseum w Wolfsburgu
To jest katalog poruszający najbardziej aktualne kwestie i projekty aktywnych projektantów. Dobre teksty, dobre zdjęcie i do tego nieczęsto poruszana tematyka.

- Chic Chicago pod red. Timothy’ego A. Longa i Valerie Steele. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej m.in. w Fashion Institute of Technology 
Książka na pierwszy rzut oka niepozorna, ale ujmuje ilustracjami i samym pomysłem, by pokazać także osoby noszące suknie. W tym wypadku mieszkanki Chicago. Jest to oczywiście pretekst, ale jaki interesujący, by pokazać suknie od czasów Wortha do dziś. „Kompaktowy” format sprawia, że bardzo często sięgam po tę książkę i z przyjemnością ją oglądam.

Teraz trzeci rząd od góry, od lewej:

- Birds of Paradise: Plumes & Feathers in Fashion, pod red.  June Swan and Kaat Debo. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej m.in. w MOMU, a obecnie w Bowes Museum
W sumie niedawno pisałem o tej wystawie (tutaj), ale nie o katalogu, który nabyłem później. I choć nie przeczytałem go jeszcze w całości, to mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony. Wiele kwestii, których brakowało mi na wystawie pojawia się właśnie w katalogu. Ponadto na plus liczy się ciekawy projekt, bo on również sprawia, że moja ręka sięga po niego na półkę.

Louis Vuitton - Marc Jacobs, pod red. Pameli Golbin. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej Muzeum Sztuk Dekoracyjnych wParyżu.
Przyznaję się bez bicia, że długo omijałem tę książkę. Jakoś tak nie wiadomo skąd i kiedy uznałem, że to po prostu ładny album i nie muszę go mieć. No i kiedyś nadeszła chwila, że wziąłem go do ręki w jakiejś księgarni. I zakochałem się w nim od razu. Tak, słusznie myślicie, że ujęła mnie szata graficzna. Ale jaka ona jest... Przygoda zaczyna się od obwoluty, a później jest tylko lepiej. Serio. Do tego bardzo dobry tekst o Louis Vuitton. Chciało by się więcej – i jest więcej, choćby w postaci zdjęć poszczególnych kampanii „dzisiejszego” Louis Vuitton.

- "Shocking!" The Art and Fashion of Elsa Schiaparelli, autorstwa Dilys E. Blum. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Philadelphia Museum of Art
Podobnie jak The Opulent Era..., książka ta jest białym krukiem.W tym roku cudem nabyłem ją w jakiejś akceptowalnej, choć nie niskiej cenie. I powiem Wam, że jest warta tych pieniędzy. Format i ilustracje są bardzo przyjemne, ale treść.... Po prostu konieczność, jeśli ktoś kocha Schiaparelii. A nawet jeśli żywi jedynie chłodne uczucia, to sposób pisania z pewnością łatwo przekona nawet takie osoby.

- Modelejon. Manligt mode 1500-tal 1600-tal 1700-tal, autorstwa Leny Rangström. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej Livrustkammaren
Choć tytuł jest po szwedzku, to książka posiada też treść w języku angielskim. Przyznaję, że kupiłem ją w okresie, gdy bardziej niż teraz interesowałem się modą dawną, ale uważam, że jest to jedno z najlepszych opracowań dawnego ubioru męskiego. Bardzo dobre ilustracje plus rzetelna wiedza. Po prostu świetna książka.

No i nadszedł czas na najniższy rząd, choć nie ma w tym ułożeniu żadnej gradacji, żadnego wartościowania. Zaczynam od lewej:

- Paris. Haute couture. Pod red. Oliviera Saillarda. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w paryskim Ratuszu 
Na tej wystawie, choć bardzo tego chciałem, nie byłem. Wówczas pochłaniał mnie projekt Elegancji–Francji w CK Zamek w Poznaniu. Ale katalog daje również dużą przyjemność w obcowaniu z sukniami. Podoba mi się pomysł krótkich tekstów, ale z to takich, które coś wnoszą, zamiast powtarzania tego samego po raz kolejny. Do tego wiele mało znanych zdjęć. Dla mnie jest to jedna z najprzyjemniejszych książek w tym zestawieniu.

- Alexander McQueen. Savage Beauty autorstwa Andrew Boltona. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Metropolitan Museum
W zasadzie tutaj nie ma co pisać. Tak dużo osób opisywało lub wspominało tę publikację, że nie ma sensu pisać po raz kolejny, jak świetny jest ten katalog. Bo jest świetny. Po prostu.

- Madeleine Vionnet, puriste de la Mode, pod red. Pameli Golbin. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu

Po zamknięciu swojego domu mody Vionnet przekazała zarówno suknie, jak i związaną z nimi dokumentację, właśnie do tego muzeum. Dzięki temu gestowi można się sycić wspaniałymi sukniami tej projektantki. Pomagają w tym świetne zdjęcia. Treści nie ma bardzo dużo, ale za to, to co jest uzupełnia wiedze dostępną w innych książkach. I o to chodzi.

- High Style: Masterworks from the Brooklyn Museum Costume Collection at The Metropolitan Museum of Art pod red. Jan Glier Reeder. Książka towarzyszyła wystawie pokazywanej w Metropolitan Museum
Tak naprawdę książka ta jest katalogiem najlepszych obiektów, które przekazało muzeum brooklińskie do MET. Nie łączy się zatem z wystawą. Ona jest/ była tylko pretekstem. Z resztą wystawa miała także „drugą część” prezentowaną w właśnie w Brooklyn Museum. Wszystko to nie zmienia faktu, że warto książkę tę wielokrotnie czytać i przeglądać. Czeka tam wiele przyjemnych, choć drobnych niespodzianek.

Oprócz tych katalogów wystaw, jest też kilka, których wciąż, z różnych względów, nie udało mi nabyć. A są tego warte, bo miałem już je w swoich rękach i wiem :) 
Mam nadzieję, że choć trochę przekonałem Was, że nie tylko lubię książki, ale i wysoko oceniam wiele z nich. A, jak wspominałem, to zaledwie czubek góry lodowej.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Klientka i patronka

W przeczytanej niedawno biografii Yves Saint Laurenta (tutaj) wielokrotnie pojawia się nazwisko São Schlumberger. W pewnym momencie zaskoczyłem i przypomniałem sobie, że już kiedyś słyszałem o tej kobiecie. Otóż pojawia się ona w filmie dokumentalnym poświęconym John’owi Galliano. Film bez napisów możecie znaleźć tutaj. Został on nakręcony w momencie, gdy projektant zaczynał pracę dla domu mody Dior, czyli w 1996 roku. São Schlumberger pomogła mu kilka lat wcześniej, udostępniając swoją paryską posiadłość na pokaz jesienno-zimowej kolekcji z 1994 roku, co jest właśnie pokazane w tym dokumencie.

6 rue Férou (google maps)

To jedna z ról jakie odgrywała São Schlumberger (wł. Maria da Diniz Concerçao 1929–2007), była mecenaską, patronką wielu artystów i artystycznych przedsięwzięć.  Oczywiście była także klientką domów mody haute couture – Yves Saint Laurenta, Huberta Givenchy, Christiana Lacroix, Chanel i innych. 
Źródło tutaj
Pierre Schlumberger, który dał jej nazwisko, pieniądze i pozycję był jej drugim mężem (a ona dla niego drugą żoną). Poznali się, gdy ona przebywała w Stanach na stypendium. Zaręczyli się już po dwóch miesiącach znajomości, mimo, że ich pochodzenie było bardzo różne. Ona była nieślubnym dzieckiem i rozwódką, on zaś pochodził z zamożnej rodziny protestanckiej i był wdowcem. Była też wyraźnie młodsza od swojego drugiego męża – on miał 47 lat, ona 32. Trudno się więc dziwić, że nie podobało się to rodzinie męża uważającej, że epatowanie swoim bogactwem – wydawanie hucznych przyjęć, zwracanie uwagi swoim ubiorem  jest w złym guście. A to właśnie czyniła São.
Jej życie nie było jedynie pasmem niekończących się przyjęć. Zajmowała się również powiększaniem kolekcji sztuki swojego męża. To ona zdecydowała, by poszerzyć ją o dzieła współczesnych artystów: Marka Rothko, Ad’a Reinhardta czy Roy’a Lichtensteina. Zamówiła także swoje portrety u Dalego i u Warhola. Jej wykształcenie w połączeniu kontaktami z artystami (i pozycją) sprawiły, że zasiadała w muzealnych gremiach i radach (Centrum Pompidou i MoMA). Niestety nie była tak aktywna w roli matki, mimo, że posiadała dwójkę dzieci z Pierre’em (Paul-Albert, ur. 1962, i Victoire, ur. 1968). Jak sama mówiła, nie czuła rodzicielskiego powołania.
Oczywiście São była stałą bywalczynią pokazów haute couture i znakomitą klientką. Jej nazwisko można znaleźć wielokrotnie na listach najlepiej ubranych kobiet na świecie. Givenchy mówi, że jej mąż w zasadzie niczego nie odmawiał. Prosił, by projektant zrobił dla niej wszystko, co najlepsze. Podobno zwrócił się on pewnego razu do żony pytając: „Czy nie miałaś na sobie tej sukienki trzy tygodnie temu? Nie rób tego więcej, proszę.”  Pierre Bergé także potwierdza, że São była niezwykle przyjazną osobą, bez sztywności charakterystycznej dla bardzo zamożnych ludzi. Podkreśla, że miała świetne wyczucie stylu.
Życie São Schlumberger nie zawsze było kolorowe. Śmierć męża w 1986 roku była dla mniej przykrym momentem, m. in. dlatego, że większość majątku została zapisana dzieciom, nie jej. Niestety styl życia São niewiele się zmienił, więc w ciągu kilku lat stanęła w obliczu bankructwa. Pomogły jej wówczas aukcje wspaniałej biżuterii, jaką posiadała. Choć jak łatwo się domyślić, nie na długo rozwiązało to sprawę. Na początku lat 90. zdiagnozowano u niej chorobę Parkinsona. Na kilka lat przed śmiercią (2007) nie pozwalała się fotografować i nie pokazywał się publicznie. Na jej pogrzebie pojawiło się zaledwie 6 osób.
O jej barwnym życiu możecie poczytać w bardzo obszernym artykule w Vanity Fair
Niedawno nazwisko São Schlumberger znów pojawiło się na pierwszych stronach gazet za sprawą aukcji, jaka miała miejsce w listopadzie tego roku (tutaj). Z tej okazji Sotheby’s nagrało krótkie filmy przybliżające kolekcję oraz kolekcjonerów.