sobota, 30 listopada 2013

Sypiając z Chanel

W zasadzie o tym, że książek o Gabrielle Chanel mamy sporo (prawie) każdy wie. Z 15 lat temu zetknąłem się z książką Alex Madsen Coco Chanel kobieta niezwykła (wyd. 1992). Później w moje ręce trafiła Coco Chanel Henry’ego Gidela (wyd. przez Bertelsmanna).  No i wymienić trzeba koniecznie dwie w zasadzie nowe książki, o których pisałem na blogu (tutaj) Jedna wydana przez wydawnictwo Znak, druga przez Rebis. Zupełnie niedawno trafiłem też na Frances Kennett, Coco. Życie i miłości Gabrielle Chanel, wydaną w 1994 roku (tutaj). Zastanawiałem się wówczas nad fenomenem tej postaci. Przecież Chanel pojawiała się także na ekranie i tym kinowym (m. in. tu i tu) i telewizyjnym (tu i tu). Ba, nawet na scenie:


No i jakby tego było mało ostatnio została wydana książka Hala Vaughana Sypiając z wrogiem (wyd. Marginesy).

(fot. ze strony wydawnictwa)

Od momentu kiedy dowiedziałem się o tej książce wiedziałem, że będę chciał ją przeczytać (tak jak i wszystkie wyżej wymienione przeczytałem). Zastanawiałem się, co może wnieść kolejna pozycja do mojej wiedzy o Chanel (nie żebym wszystko wiedział – to po prostu taki zwrot :). Dzięki uprzejmości wydawnictwa mogłem się zabrać się do czytania. Od razu rzuciło mi się w oczy, że autor pobieżnie opisuje początkową działalność Chanel – jej dzieciństwo, romanse, założenie sklepu itd. Czy to wada? Absolutnie nie – w końcu tyle razy można było o tym przeczytać, że nie ma sensu tego powtarzać. Kiedy zbliżamy się jednak do II wojny światowej akcja się wyraźnie zagęszcza. W zasadzie lata wojny stanowią clou tej książki. Zresztą tytuł Sypiając z wrogiem zobowiązuje. Owym wrogiem jest Spatz - Hans Günther von Dincklage, który był kochankiem Chanel podczas II wojny światowej i później. Mogę się domyślić, jakie pytanie ciśnie się Wam teraz na usta – Co nas to obchodzi? I to jest kluczowe pytanie.
Bardzo się cieszę, że sięgnąłem po tę książkę, bo gdyby nie ona, nie ułożyłoby mi się wszystko w głowie. Oczywiście nie jest to jedyny powód, dla którego warto zajrzeć do książki. Są tam chociażby unikatowe zdjęcia, które warto poznać. Jednak największą wartością dla mnie jest właśnie zrozumienie fenomenu Chanel. Oczywiście jest to moje rozumienie :) 

Czy ktoś z Was się zastanawiał dlaczego Francuzi robiąc naprawdę przyjemny film o Chanel zatrzymali się w zasadzie na samym początku (Coco przed Chanel) i nie pokazali jej największych modowych sukcesów, skupiając się na niezbyt chlubnych początkach? Zobaczyliśmy na ekranie, że Coco była w zasadzie nikim i nic nie miała... Musiała się więc natrudzić, by osiągnąć szczyty. Czyż nie jest to inspirujące?  Brzmi jak idealne spełnienie amerykańskiego mitu od pucybuta do milionera. Dlatego też w Stanach ją uwielbiają. Jej praktyczny styl również. Czy to nie głównie dzięki amerykańskim dziennikarkom udało się zabłysnąć Chanel po raz drugi i odrodzić się jak feniks z popiołów? Czy to także nie zasługuje na film, książkę, serial? Oczywiście! To właśnie pomogła mi zrozumieć książka Sypiając z wrogiem – że znamy głównie poza-francuski punkt widzenia. Żadna z wymienionych przeze mnie na początku książek nie była francuskojęzyczna. Teraz stąpam po kruchym lodzie, bo to terytorium obce dla mnie, ale na tyle intrygujące, że się odważę. Czy w ogóle może mieć znaczenie z jakiego kręgu pochodzi biografia Chanel? Moim zdaniem właśnie tak jest. Interesujący jest w tym kontekście stosunek autora Sypiając z wrogiem do swojej bohaterki. Jest on krótko mówiąc ambiwalentny. Uznanie miesza się tam z niechęcią, ciekawość z odrzuceniem. Hal Vaughan urodził się w 1928 roku (zmarł zupełnie niedawno – w ubiegłym miesiącu), a więc II wojna światowa nie była dla niego czymś abstrakcyjnym. Trudno się dziwić, że ewentualna współpraca Chanel z III Rzeszą miała dla niego specjalne znaczenie i w związku z tym poświęcił swój czas i doświadczenie, by to wykazać i ogłosić światu. I odtąd niestety moja niewiedza pozwala mi jedynie snuć domysły... tzn. ciekawi mnie w jaki sposób Francuzi poradzili sobie z II wojną światową. To przecież moim zdaniem bezpośrednio może wpływać na to, jak odbierają oni postać Chanel. Podejrzewam, że im, w przeciwieństwie do Amerykanów trudniej się skupić na niezwykłej karierze Chanel. Dla mieszkańców Stanów w zasadzie nie ma wielkiego znaczenia czy Chanel szpiegowała czy nie. Skupiają się na historii jej życia, na ubraniach itd... No i tu wracam do tego, że w zasadzie my (Polacy czytający polskie tłumaczenia) poznajemy Coco głównie tą drogą. Poza tym, to właśnie dzięki kulturze amerykańskiej, a nie francuskiej stała się ona postacią popkultury. Oczywiście trzeba uczciwie dodać, że na jej konto pracuje także Karl Lagerfeld, zwłaszcza ostatnio...
No i znów wypada mi się przyznać do słabości, czyli do nieznajomości francuskiego. Wciąż nie zapisuję się na kurs, mimo, że myślę o tym od lat. Mam jednak nadzieję, że w nadchodzącym roku w końcu uda mi się to zrobić i dzięki temu będę mógł pogłębiać swoją wiedzę nie tylko z historii mody, ale i z historii historii mody (nie tylko z anglosaskiego punktu widzenia). Moim zdaniem bez tego trudno formułować naprawdę wartościowe sądy. W tym wpisie widać dokładnie, jak rozbijam się o własną niewiedzę. Być może jednak dzięki temu i ja kiedyś napiszę coś o Chanel, ale nie o jej życiu, a o tym jak jest różnie postrzegana i przezentowana w zależności od tego w jakim kraju się znajdujemy.
Tak czy inaczej warto czytać książki, nawet jeśli dotyczą postaci, o której wydaje się nam, że wszystko wiemy. Nigdy nie wiadomo, gdzie to nas zaprowadzi.
Oj, teraz to chyba nawet optymizmem powiało :))

PS Możecie też posłuchać audycji radiowej poświęconej książce Sypiając z wrogiem Hala Vaughana (tutaj).

czwartek, 28 listopada 2013

Obraz Jeanne Paquin



Jak mówi przysłowie: trzeba kuć żelazo, póki gorące. Oznacza to tyle, że jak już się zebrałem za robienie wpisów, to najlepiej od razu napisać kolejny, zanim znów przejdzie ochota.
Kontynuując ostatnio podjęty wątek, chciałbym nieco przybliżyć dom mody Paquin. A w zasadzie, pokazać, że nie była to jakaś marginalizowana projektantka, którą tylko z racji swoich fanaberii chciałbym dowartościować. Otóż Jeanne Paquin (1869–1936) wielkorotnie już za swojego życia była doceniana, odznaczana i wyróżniana. Nie wspominając o uznaniu klientek. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jej sukces wynikał z tego, że nigdy w swoich projektach nie była tak radykalna, śmiała, jak np. Paul Poiret. Faktycznie niejako zgodnie z powiedzeniem, że prawdziwe damy podążają o krok (pół kroku) za modą, Paquin szyła właśnie takie suknie – modne, ale nie wyprzedzające mody. Jest to pewnie jeden z powodów, dla których jest dziś mniej znana niż wymieniony już Poiret lub nawet Doucet. Jednak nowość sama w sobie nie jest przecież jedyną wartością. Liczą się też inne...

Jako znaczące uznanie dla osoby Paquin możemy uznać jej wybór na Présidente de la Chambre Syndicale de la Couture (funkcję tę sprawowała w latach 1917 – 1919). Istotną rolę odgrywała także podczas Wystawy Światowej w 1900, w Paryżu, nie wspominając już o odznaczeniu Legią Honorową. To nie są sprawy bez znaczenia.

Maison Paquin, podobnie jak salon Douceta (tutaj) został uwieczniony na obrazie Jean Béraud około 1902 roku.

Swój dom mody Paquin miała niedaleko Wortha, a więc w najlepszym z możliwych wówczas miejsc w Paryżu – na rue de la Paix 3 (o randze tej ulicy pisałem tutaj). Warto też wbić sobie do głowy, jak Paquin wyglądała:

Wracając jednak do pokazanego wyżej obrazu prezentującego wejście do Paquin, to warto powiedzieć, że jest on obecnie prezentowany w Musee Carnavalet w Paryżu na czasowej wystawie poświęconej modzie Belle epoque – szczegóły tutaj.

Na razie tyle. Muszę się znów rozkręcić,  by tworzyć dłuższe wpisy.
arch. autora

niedziela, 24 listopada 2013

W cieniu Wortha



Tak, to tytuł pierwszego tym sezonie wykładu w Domu Bretanii. Dla tych którzy byli tam wówczas obecni nie będzie tutaj nic nowego. Ale zdecydowana większość odwiedzających tę stronę nie miała szansy się na nim pojawić. Stąd ten wpis. Będąc precyzyjnym – stąd pomysł na ten wpis. Natomiast samo pojawienie się jego wynika z wysiłku, jaki postanowiłem podjąć, licząc na... w zasadzie nie wiem na co...
Może po prostu przejdę szybko do pisania, zanim wróci ta beznadzieja i znów niemal do reszty mnie ogarnie... Kiedy Worth wraz z Bobergh’em otworzyli swój dom mody na przełomie 1857 i 1858 roku nie byli jedynymi mężczyznami działającymi w branży kobiecej mody. Jednak role jakie odgrywała płeć męska do tej pory były dalekie od tego, co zaproponował Worth. Za jakiś zwiastun tego uznać można działalność Louisa Hippolyta Leroy szyjącego dla Cesarzowej Józefiny (i nie tylko). Jednak skala była nieporównywalna. Sukces Wortha był bezprecedensowy, to wiedzą wszyscy. Ale ile osób zastanawiało się nad tym, że nie tylko pomysły projektanta, ale i jego płeć miała znaczenie? Nie ujmując nic jego projektom, trzeba postawić pytanie, czy jakaś kobieta wówczas, w II połowie XIX wieku, była w stanie prowadzić biznes na taką, w zasadzie światową, skalę? Oczywiście, że Worth dysponował też fantastycznymi tkaninami, które były niedostępne dla innych domów mody. Ale znów, czy kobiety były wówczas równie atrakcyjnym partnerem biznesowym dla lyońskich (i nie tylko) tkaczy?
Kiedy zatem pojawiają się domy mody prowadzone przez kobiety (nie mam tu na myśli mniejszych pracowni, bo te istniały zanim pojawił się Worth i Bobergh)? Dopiero w 1891 roku został założony pierwszy z nich - dom mody Jeanne Paquin. Śmierć Charlesa Wortha spowodowała, że wiele jego klientek przeszło m. in. własnie do Paquin. Jeszcze przed I wojną światową prowadziły z sukcesami swoją działalność siostry Callot, Jeanne Lanvin, Madeleine Chéruit, Jeanne Hallée czy Mme. Agnés i Mme. Havet. A to i tak nie wszystkie projektantki. I to nie jest tak, ze teraz wyciągam jakieś drugo- i trzecioligowe postacie. Po prostu przyzwyczailiśmy się wyznaczać rytm zmian w modzie kolejnymi nazwiskami – męskimi nazwiskami – Worth, Doucet, Poiret. Po nim dopiero jest miejsce na Chanel. Przynajmniej w powszechnej świadomości. A przecież poza Paryżem kobiety także odnosiły sukcesy – choćby dom mody Lucille... Oczywiście rozumiem, że w ogólnym rysie musimy skupiać się na najistotniejszych zjawiskach, nazwiskach – sam to robię. Ale nie może to zwalniać z wchodzenia wgłąb zjawiska.
Jeśli starczy mi zacięcia to jeszcze w najbliższym tygodniu coś wrzucę na ten temat... Jest szansa, że się znów zepnę.

niedziela, 3 listopada 2013

Balenciaga – uwagi wokół książki Mary Blume



Kryzys widoczny jest gołym okiem. Oczywiście mój kryzys. Trudno nawet mi powiedzieć, co go wywołało. Po prostu nastąpił zbitek wielu drobiazgów, połączony ze zmęczeniem i tym, że za oknem coraz ciemniej. Ożywiłem się nieco, kiedy dotarła do mnie przesyłka z Wydawnictwa Bukowy Las. Jak łatwo się domyślić, była to książka Mary Blume poświęcona Balenciadze (tutaj), za którą bardzo dziękuję.

Przeczytałem ją w zasadzie w jeden wieczór. Ma niecałe 200 stron, więc nie było to trudne. Książka miała swoją premierę w tym roku, więc Wydawnictwo zadziałało w tym przypadku bardzo szybko, co się oczywiście chwali. Jednak wydanie właśnie tej książki bezlitośnie obnaża nie tylko nasz skromny rynek wydawniczy, ale i to, że na polu historii mody w sumie niewiele się u nas dzieje.

Autorka nie ukrywa, że wiele już o Balenciadze napisano, wspomina także wiele wystaw poświęconych temu projektantowi (w tym te najnowsze). Efektem tego jest powstanie książki, która uzupełnia obraz legendarnego projektanta, dopowiada, wyjaśnia, prostuje. Dzieje się to głównie za sprawą Florette, „pierwszej” sprzedawczyni u Balenciagi. Autorka poznała ją właśnie tam, co oznacza, że relacja między tymi kobietami nie była powierzchowna i nie ograniczyła się jedynie do pojedynczego wywiadu. To właśnie opowieści vendeuse nie dość, że nadają książce osobistego charakteru, to zbliżają nas do lepszego poznania Balenciagi – bardziej otwartego, ciepłego niż zazwyczaj się opowiada. Dzięki Florette Mary Blume miała też szanse na przestrzeni wielu lat poznać innych byłych pracowników domu mody z 10. Avenue George V. To się naprawdę miło czyta, ale już w trakcie lektury czytelnik może zadać sobie pytanie o obecność samego mistrza. Według mnie bohaterką książki jest bowiem wspomniana Florette. Z punktu widzenia autorki, która ma świadomość wcześniej wydanych pozycji to raczej dobry wybór. W końcu o to chodzi, by powiedzieć coś nowego. Jednak obawiam się, że polski czytelnik ma zupełnie inny punkt wyjścia. U nas wiedza na temat historii mody jest znikoma. Lepiej jest z historią ubiorów (bo to nie jest to samo), ale do zawartości księgarń i bibliotek zachodnich wciąż nam daleko.  Podejrzewam więc, że będzie brakowało oparcia naszym czytelnikom w wiedzy ogólnej o projektancie. Tak jak ostatnio pisałem o książce o Versace, że jest dla początkujących (tutaj), co wcale nie było zarzutem, tak pozycja Mary Blume wydaje się być dla bardziej zaawansowanych. Autorka bowiem z oczywistych względów odsyła do wcześniejszej literatury. Nie zrozumcie mnie źle – książka mi się podobała, ale to już szósta pozycja w moim księgozbiorze poświęcona Balenciadze. Tu bynajmniej nie chodzi o chwalenie się, ale o punkt odniesienia. Wspominam o tym, gdyż mam wrażenie, że właśnie z tą książką o Versace doszło do nieporozumienia i niechciałbym powtórzyć tego błędu. To, że książkę uznałem za dobrą dla początkująch nie oznacza, że jest zła, czy nie warto jej kupować. Podobnie jest z Balenciagą. To książka moim zdaniem dla bardziej zaawansowanych, a to oznacza tylko tyle, że im więcej wiemy o tym projektancie, tym więcej skorzystamy na lekturze. Jeśli nie wiemy nic, coś i tak zostanie w głowie, a i zachęci być może do własnych poszukiwań.

Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Książka Mary Blume nieco odbrązawia nie tylko kilka postaci (np. Givenchy), ale też to, co związane z haute couture – sprzedaż, pokazy, szycie sukni itd. I tu znów się powtórzę - ale według mnie to ważne - jeśli czytelnik zacznie poznawać świat paryskiej mody od tego, może się zdarzyć, że właśnie w ten sposób będzie go postrzegał. Tymczasem, żeby pozwolić sobie na takie podejście, trzeba najpierw znać (według mnie) to co najlepsze i z czasem dochodzić do wyważonego poglądu, tak jak w przypadku autorki. Jeśli ktoś zacznie właśnie od tego odbrązowionego wizerunku couture, możliwe, że nigdy później nie przekona się już do innego spojrzenia, a to byłaby szkoda, bo warto też zwyczajnie zachwycać się tym i czerpać, to co najlepsze.

Wracając do książki... Są w niej zarówno ilustracje i czarno-białe, jak i kolorowe, prezentujące ubiory projektanta. Charakterystyczny sposób ujęcia tych ostatnich od razu zdradził mi pochodzenie obiektów. Takie manekiny ma Muzeum Balenciagi w Getarii. Tutaj możecie przejrzeć część ich kolekcji. Wśród nich jest ta suknia,
źródło tutaj

która z niewiadomych dla mnie powodów stała się w książce „Falbaniastą [!] suknią wieczorową z gazaru”.

Została jednak jeszcze jedna grubsza rzecz. W wstępie znajdziecie wyznanie Mary Blume, że musiała się pozbyć z czasem wielu ubrań od Balenciagi, a że muzea nie były zainteresowane takimi „zwykłymi” egzemplarzami, jakie ona posiadała, więc trafiły one do sklepów z używaną odzieżą. No i w tym momencie morale trochę mi spadły. My naprawdę pod względem modowym słabiutko wypadamy. W którym polskim muzeum jest Balenciaga, albo Vionnet? Nawet takie "zwykłe". Jest jeden kostium Chanel w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, dwie suknie Wortha w Muzeum Narodowym w Krakowie (dawajcie znak, jeśli jeszcze o czymś wiecie - mam na myśli publiczne kolekcje). Możecie powiedzieć, że to nie ma większego znaczenia. Owszem, MA. I to ogromne. I nawet nie tylko dla historyków mody, ale i dla projektantów. W książce Mary Blume możecie przeczytać, że Balenciaga miał kolekcję ubiorów z której się uczył. Nawiasem mówiąc była niedawno w Paryżu wystawa poświęcona temu zagadnieniu (tutaj). Na podobnej zasadzie wspomniany jest w książce Alaïa, który kupował ubiory przede wszystkim Vionnet i Balenciagi właśnie po to, żeby się uczyć od nich kroju. Wiemy też, ale to już z innych źródeł, że Galliano, McQueen czy Westwood podglądali ubiory z Victorii & Alberta – tam szukali inspiracji i uczyli się kroju.  A młodzi projektanci w Polsce na czym mają się uczyć? Nie dość, że zbiory mamy raczej marne, to jeszcze najczęściej są poukrywane, nie ma ich na stałych ekspozycjach. A z książek wszystkiego nie da się nauczyć... Sam z resztą doskonale to wiem, bo przygotowując wystawę Elegancja-Francja miałem okazję pooglądać dokładnie naprawdę przyzwoite obiekty. Wśród nich z resztą był żakiet Balenciagi, tzn. z jego hiszpańskiej firmy EISA. Choć wyglądał skromnie, to mógł dać solidną lekcję kroju. Oczywiście marzę, by mieć wieczorową suknię – jeśli znacie kogoś, kto posiada takową – dajcie znać, pokażę ją na kolejnej wystawie w przyszłym roku.
Ale znów – ile osób jest tak naprawdę zainteresowanych wystawami mody? Moim zdaniem nie aż tak dużo, jak wynikałoby to z deklaracji. Poza tym z doświadczenia wiem, że mimo popularności tematu na świecie, i wydawać mogłoby się w Polsce także, nie jest wcale łatwo namówić instytucje, na takie wystawy. Wciąż brakuje zrozumienia dla istotności takich ekspozycji. Zazwyczaj widzi się tylko to, że pokazywane są suknie. Kropka. Wiem, co mówię.  Oczywiście zdarzają się odstępstwa od takiego sposobu myślenia. Na szczęście. 

Dość daleko odszedłem od książki, ale tak jak wspomniałem na początku, ukazuje ona sobą (według mnie) mizerię naszej modowej sceny. Nie znaczy to, że nie ma wyjątków – są, ale one raczej potwierdzają regułę, niż jej zaprzeczają. Wyszedłem jednak do Balenciagi Mary Blume i na niej chciałbym skończyć. Mimo wszystko cieszę się, że jest wydana właśnie ta biografia, choć przygnębia mnie ogólna refleksja, jaka pojawiła się po jej przeczytaniu. Jestem jednak  bardzo ciekawy tego, jak Wy ją odbieracie. Piszcie śmiało!

PS.

Na zakładce dołączonej do książki możecie znaleźć informację, że w przyszłym roku wydana zostanie biografia Yves Saint Laurenta – jednego z moich najbardziej ulubionych projektantów. Cieszę się więc niezmiernie. I mimo, że mam już o nim 8 książek, to z radością powitam kolejną :))