środa, 16 października 2013

Laurka dla Versace

Wydawnictwo Rebis wydało w ubiegłym miesiącu książkę poświęconą Gianniemu Versace (tutaj).
 
Okładka, przynajmniej mi, wydaje się niezwykle zachęcająca – śmiałe kolory przyciągają wzrok z daleka. Trudno przeoczyć tę książkę w księgarni. No i do tego wyraziste spojrzenie samego bohatera książki. Nic tylko brać do ręki i czytać :) Mój egzemplarz dotarł do mnie pocztą, za co wydawnictwu serdecznie dziękuję.Cóż nas czeka po wzięciu książki do ręki? Więcej przyjemności...
Książka jest ładnie zaprojektowana, złożona; czcionka dobrze się czyta. Ilustracje umieszczone są w dwóch blokach – jeden poświęcony jest prywatnemu życiu Gianniego, drugi jego pracy. Zamiast tradycyjnych zdjęć z wybiegów mamy ilustracje artystki i ilustratorki współpracującej z Giannim od 1981, a następnie pracującej dla Versace aż do 2009 roku. Jest OK, choć wybór autora (wydawnictwo umieściło wszystkie ilustracje i zdjęcia zgodnie z oryginałem) mógłby być nieco inny. Są np. tylko damskie ubiory, a przecież w modzie męskiej Versace sprawdzał się z równym powodzeniem. Na końcu książki znajduje się kalendarium, gdzie możemy zapoznać się w łatwy i przejrzysty sposób nie tylko z najważniejszymi wydarzeniami z życia Gianniego, ale też z wypowiedziami jego samego na temat tych momentów. To jest bardzo dobry pomysł, porządkujący przeczytaną wcześniej wiedzę.
Teraz pora na treść – ta przyswaja się tempie ekspresowym. Kiedy mkniemy przez książkę z przyjemnością, tuż przed połową orientujemy się – OK – ja zauważyłem, że owa gładkość wynika z tego, że autor śliska się po powierzchni. Nie zgłębia żadnego problemu. Po prostu opisuje życie Gianniego jako nieustające pasmo sukcesów. Nie tylko nie analizuje wyrywkowych danych, jakie przytacza w związku z działalnością firmy, ale milczy także na temat kłopotliwych kwestii. Nie przeczytamy więc w książce o kłótniach pomiędzy Donatellą a Giannim, ani tym bardziej o poważnym nałogu narkotykowym Donatelli. Na temat niemal chorobliwego wydawania pieniędzy przez Gianniego i kłótni z bratem o to także autor milczy. Podobnie zachowuje się wobec zapisu testamentowego Gianniego. Tony di Corcia wspomina tylko o tym fakcie i przytacza słowa Santa, że trzeba uszanować wolę brata. Ani słowa więc o tym jak fatalnie wpłynęło to na firmę; także nic o niechęci rodzeństwa Versace wobec partnera Gianniego. Mógłbym wymienić jeszcze kilka takich sytuacji. Autor kończy swoją opowieść iście romantycznie, że duch Gianniego żyje. Zapomina o fatalnych pierwszych kolekcjach Donatelli. A wszystko dlatego, że jak się okazuje autor przyjaźni się z Santem Versace i niezwykle go szanuje. Dzięki temu zapewne możemy w książce oglądać m. in. urocze zdjęcia z dzieciństwa i młodości Gianniego. Również tej przyjaźni zawdzięczamy fakt, że mamy doczynienia nie z biografią projektanta, a laurką dla niego. Nie chciałbym jednak definitywnie przekreślać książki. Ona świetnie się nadaje jako pozycja dla początkujących oraz dla fanów Gianniego, którzy także chcą go postrzegać jako człowieka i projektanta bez skazy. 
Poza wspomnianymi uwagami dotyczącymi samej treści niestety muszę też wspomnieć,  drobne może, ale jednak potknięcia. Problem pierwszy to Yves Saint Laurent, który 3 razy jest Ives’em (s. 25, 49, 105), w pozostałych zaś miejscach już prawidłowo Yves’em lub po prostu Saint Laurent’em. Kolejne uchybienie dotyczy Lanvin. Tutaj chciałbym powiedzieć, że Lanvin była kobietą. Miała na imię Jeanne. W książce natomiast pojawiają się zdania, które wyraźnie sugerują, że to mężczyzna. Do tego Lanvin nie pojawia się z jakiegoś powodu w indeksie nazwisk. Żeby nie było – cytuję zdania, żebyście sami mogli ocenić czy jest OK, czy może mam rację. Versace był niezwykle podekscytowany tym, że interpretatorem jego mody będzie to samo oko, które fotografowało stroje Diora i Lanvina i sprawiało,  że modelki unosiły się nad ziemią jak puch, wyłaniały się z paryskich bulwarów lub zaprzeczały sile grawitacji. (s. 58)  Migotliwy Christian Lacroix, Karl Lagerfeld wnoszący nową jakość do języka mody Coco Chanel, Maurizio Galante, jawiący się jako idealny spadkobierca Cappuciego (mimo, że nie stronił od nowoczesności); couture Lanvina, który po odejściu Armaniego swymi ubiorami o formach wybiegających w przyszłość, asymetrycznych, połyskliwych zbliżył się do stylu  Claude’a Montany. (s. 105) Nawiasem mówiąc – coś mi chyba umknęło, bo nie słyszałem, by Armani projektował dla Lanvin... Chyba, że źle zrozumiałem to zdanie. 
Z tłumaczenia chyba zrodził się też inny błąd, bo na stronie 25 możemy przeczytać, że YSL zaprojektował dla Diora w 1958 roku spódnicę trapezową. To oczywiście były suknie, wręcz całe sylwetki. Okładka odpowiedniego Paris Match poniżej.




Podsumowując, jest to książka dla początkujących, choć i ci zaawansowani znajdą np. uporządkowane, przejrzyste kalendarium, które może ich zainteresować. Niemniej, jak zawsze polecam przekonać się o jej treści samodzielnie.
Zdjęcie okładki książki ze strony wydawnictwa. Paris Match z archiwum autora.

sobota, 12 października 2013

Moda Art Nouveau, czyli jak nie robić wystaw



Szczerze mówiąc, wystawa ta była głównym powodem mojego jednodniowego wyjazdu do Wilna. Kiedy przeczytałem, że będą pokazane suknie Wortha, Douceta, Poireta, Fortuny’ego oraz zobaczyłem zdjęcia na muzealnej stronie (tutaj) wiedziałem, że nie będę mógł się oprzeć. No więc pojechałem, by móc na żywo i w kolorze podziwiać 100 sukni oraz dziesiątki dodatków.
Muszę Wam przyznać, że po obejrzeniu mam ogromny problem z tą wystawą. Krótka wersja brzmi: suknie mi się podobały bardzo, ale wystawę uważam za słabą. Dłuższa wersja z konieczności poruszyć musi sam problem wystawy. Tutaj leży według mnie istota problemu. Czym się bowiem różni wystawa od zwykłej prezentacji czy pokazu? Czy znaczenie tych pojęć jest aż tak rozbieżne? Dla mnie jest. Wystawa zawiera według mnie intelektualny naddatek, myśl, która łączy pokazywane elementy i tworzy nową jakość. Może być nowy, dotychczas nie wykorzystywany kontekst, który pozwala na nowe spojrzenie na dane obiekty; może nowa opowieść, której do tej pory nikt nie prezentował; może zwrócenie uwagi na aspekty do tej pory nie poruszane? Pomysłów na wystawę z pewnością można znaleźć wiele. Natomiast żeby zorganizować pokaz, prezentację, wystarczy miejsce i to, co chcemy pokazać. Jak bardzo jest to prawdziwe, w praktyce miałem okazję zobaczyć właśnie w Wilnie, na wystawie Moda Art Nouveau. W opisie wystawy dostępnym na stronie (tutaj) można przeczytać m. in. o tym, jak różne oblicza przyjmowała Art Nouveau w europejskich krajach. Tak więc oprócz tego, że zobaczę ładne suknie, spodziewałem się także ułożyć sobie w głowie secesyjną modę. Jeśli ktoś choć raz spróbował ogarnąć ten temat wie, że nie jest to tak łatwe, jak by się można spodziewać.
No i niestety okazało się na miejscu, że wystawa w żaden sposób tej różnorodności nie prezentuje. Więcej – poza wstępnym tekstem w zasadzie zostawia widza sam na sam z dziesiątkami obiektów, które sam musi zinterpretować. Wystawa na pewno nie zaczyna się chronologicznie, co być może nie byłoby odkrywcze, ale za to porządkujące. Na wejściu dostajemy „na twarz” fantastyczną suknię Poireta w otoczeniu m. in. Fortuny’ego, ale także i sukni nawiązujących do estetyki Baletów Rosyjskich.
 
Koniec wystawy zaś to suknie z lat 20. XX wieku w niewielkiej odległości od fantastycznej balowej sukni od Wortha z końca XIX wieku... 


To miał być rodzaj klamry? Kluczem nie okazały się także kraje, z których pochodziły stroje, ani domy mody (twórcy). Pojawiały się za to sekwencji kolorystyczne: przybrudzone róże, zgaszona pistacja, kość słoniowa, czernie... W gablotach ewidentnie dodatki były zgromadzone właśnie według kolorów.






Generalnie nawet ciekawy pomysł na wystawę (kolory secesji) ale to trochę mało, by przybliżyć modę Art Nouveau, poza tym nie potrzeba do tego dziesiąt manekinów. Tak czy inaczej nie był to klucz do tej wystawy. Idąc dalej, chciałbym zauważyć, że było małe zróżnicowanie tych sukni. Zdecydowana większość z pokazywanych noszona była przez arystokracje lub burżuazję. Ubiorów dziennych było jak na lekarstwo. Można by pomyśleć, że wystawa ma głównie pokazywać splendor secesyjnej mody bez przyglądania się codziennemu życiu (też dobry pomysł na wystawę). Zastanawiała mnie także oprócz ilości sukni i dodatków masa materiału ikonograficznego i to często w takich formatach, że stanowiły konkurencję dla sukni, jednocześnie niewiele wnosząc. Na przykład w sekcjach kolorystycznych pojawiają się czarno-białe zdjęcia. Znów pytanie: po co? Albo też źle odczytałem intencję autora i kluczem nie był kolor?
Nie zrozumcie mnie źle – naoglądałem się tyle sukni (i to nie byle jakich), że wychodząc stamtąd miałem poczucie niemal przesytu. Wystawa ta pokazuje jednak całą sobą, że ”lepsze jest wrogiem dobrego” lub też „co za dużo to nie zdrowo”. Pomijając już tytuł, który bym zmienił po prostu na prezentację kolekcji Alexandra Vasilieva, zabrał bym także stamtąd chociaż co dziesiątą suknią. Sąsiadująca z niniejszą wystawą Moda dwóch stuleci jest czytelna, klarowna i mimo wspominanych przeze mnie wad (tutaj) o niebo ciekawsza i zachęcająca.
Podkreślam jeszcze raz – absolutnie nie żałuję, że obejrzałem tę wystawę. Jednak z całą mocą twierdzę, że pokazuje ona to, iż wystawienie nawet tak wielu fantastycznych obiektów nie jest tożsame ze stworzeniem wystawy. Do tego potrzebny jest pomysł. Tutaj moim zdaniem go zabrakło. Wiem, można powiedzieć, że takie eksponaty bronią się same. Ok, niech się bronią – napiszmy, że to po prostu prezentacja i już. Będzie i uczciwie i do tego na pewno znajdą się osoby, które będzie to ciekawić. Wśród nich mnie znajdziecie na pewno.
Fot. z archiwum autora.

środa, 9 października 2013

Dwa wieki mody w Wilnie – relacja



Jak już wiecie zapewne mój (przyspieszony) urodzinowy wyjazd do Wilna się udał. Naoglądałem się – zgodnie z planem – naprawdę dużo sukni. Zapewne starczy mi już do końca tego roku, a później trzeba się będzie rozejrzeć za kolejną wystawą. Ale nie wybiegajmy myślami tak daleko.

Zacznę o zrelacjonowania tego, co widziałem ostatnio. Z racji tego, że, jak wspomniałem, sukni z kolekcji Aleksandra Vasilieva było naprawdę dużo, opiszę każdą z wystaw oddzielnie. Z resztą jest to uzasadnione także tym, że Dwa stulecia mody i Moda Secesji to wystawy o różnym charakterze.
Dwa stulecia mody (tutaj) to niemal wystawa stała – trwa od dwóch lat i zakończy się za kilka tygodni. W zasadzie jest tam niemal wszystko, czego można by spodziewać się po tego rodzaju ekspozycji. Mamy więc duże gabloty, w których chronologicznie umieszczone są suknie wieczorowe, dzienne i wizytowe oraz portrety, zdjęcia i dodatki: kapelusze, buty, szale, parasole, laski itd. Przykładowe gabloty wyglądają tak:


 
Oprócz nich możemy podziwiać także dodatki – naprawdę spore ilości - w oddzielnych, mniejszych gablotach, które uzupełniają zawartość tych wielkich, na przykład:
 
Zwiedzanie zaczynamy mniej więcej około 1820 roku i możemy prześledzić zmiany mody w miarę precyzyjnie aż do roku ok. 1940. Okazuje się zatem, że tytułowe dwa stulecia nie są pełnymi setkami. Tzn. na wystawie możemy podziwiać 120 lat mody z dwóch stuleci. Tak to dokładnie wygląda. Mamy więc fantastyczne, bardzo typowe suknie biedermeierowskie, mamy krynolinę, pierwszą i drugą turniurę, suknie secesyjne i to nie po jednym przykładzie – na te 12 dziesięcioleci mamy na wystawie spokojnie 20 sukni. Poza tym jest też spory materiał ikonograficzny, złożony głównie w obrazów, ale są zdjęcia czy ryciny. Naprawdę jest co oglądać. Mimo włożenia ubiorów do gablot, co jest zrozumiałe przy tak długim czasie ekspozycji,  sukniom można się dobrze przyjrzeć, no, chyba, że są czarne. Wówczas wzrok, a raczej oświetlenie zawodzi i zamiast sukni możemy sobaczyć swoją paszczę : ) 
Mnie zachwycił strój amazonki z połowy XIX wieku, suknie biedermeierowskie, których w sumie nie ma aż tak dużo na stałych ekspozycjach, piękna suknia na turniurze w kolorze zgaszonej pistacji, no i prawdziwie niebieska suknia z lat 30. XX wieku od Luciena Lelonga – rarytasik... Ach...
Można powiedzieć, że ukoronowaniem ekspozycji były zaprezentowane oddzielnie suknie ślubne II połowy XIX wiek i I poł. XX wieku tworząc także naprawdę ładny estetyczny akcent. Pomijając jednak suknie nie wszystko mi się podobało. Przede wszystkim nie podobały mi się ilości elementów w dużych gablotach. Dwie, często trzy, a w ostatnich gablotach po pięć sukni to dobra ilość. To o nie jednak mi chodzi. Otóż mając do dyspozycji mniejsze gabloty na dodatki plus osobną ściankę na tę najcenniejszą biżuterię nie widzę sensu umieszczania kolejnych dodatków obok sukni, tym bardziej, że towarzyszy im już materiał ikonograficzny. Czasem wygląda to tak, że portrety anajdują się na wysokości „nóg” manekina... Co mnie jednak najbardziej ruszyło, to małe, XIX wieczne zdjęcia znajdujące się na „podłodze” gablot.
 
 
Po co, na co? Nie wiem. Kolejną niewiadomą dla mnie pozostaje gablota z akcesoriami dla mężczyzn, która pojawia się znikąd. Nie ma tam bowiem męskich ubiorów. Po co więc męskie akcesoria? Także nie wiem. Oczywiście nie są to jakieś ogromne uchybienia, ale moim zdaniem obniża to nieco czytelność narracji. Można by się jeszcze przyczepić oświetlenia, ale rozumiem, że nie zawsze daje się to przeskoczyć, więc nie biorę tego pod uwagę.


Generalnie, podsumowując, chciałbym, by choć w trzech, czterech muzeach w Polsce były tak zaopatrzone gabloty, które jako stałe ekspozycje można by było oglądać i uczyć się z nich.
Wszystkie zdjęcia z archiwum autora.

czwartek, 3 października 2013

Kolekcjonerzy i kolekcje



Ci, którzy śledzą Muzealne Mody na Facebook, wiedzą, że w najbliższą sobotę będę w Wilnie, żeby zobaczyć wystawę secesyjnej mody z prywatnej kolekcji Alexandra Vasilieva (tutaj).



Równocześnie, w tym samym Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Wilnie prezentowana jest wystawa, także ze zbiorów Vasilieva, zatytułowana Dwa wieki mody (tutaj). Pierwsza z nich trwa od roku, drugą można tam oglądać od 2011 roku! Piszę o tym przede wszystkim, by bardzo krótko, ale jednak przedstawić osobę, która jest uznawana za najważniejszego prywatnego kolekcjonera mody na świecie. W swojej kolekcji posiada obiekty od XVIII do II połowy XX wieku. Łącznie ok. 10000 sztuk. Początkowo skoncentrowany na modzie rosyjskiej, rozszerzył swoje zainteresowania o resztę Europy, m. in. paryskie couture. Jego kolekcję można było oglądać – bez przesady – niemal na całym świecie. W ostatnich latach kilka wystaw z jego zbiorów można było oglądać w Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Rydze. Na przykład modę lat 60 (tutaj) czy modę Art Deco (tutaj). Z końcem września tego roku zaś zamknięto wystawę poświęconą latom 40. i 50. (tutaj informacja, a tutaj świetne zdjęcia). Dla odmiany w Moskwie, jeszcze przez kilka dni także można zobaczyć jego suknie na wystawie Moda w zwierciadle historii (tutaj) dla tych co wolą angielski i więcej obrazków (tutaj).

Nie widzę sensu przepisywania wywiadów czy wypowiedzi samego kolekcjonera, więc odsyłam Was do źródeł: tutaj, i tutaj. O nim samym możecie przeczytać tutaj i tutaj.

Warto też pamiętać o innej kolekcjonerce, której kolekcja ma odmienny charakter, a też jest znaną osobą. Mowa o Daphne Guinness. Kilka ubiorów można było w zeszłym roku kupić (tutaj) ona zaś sama była bohaterką wystaw w nowojorskim Fashion Institute of Technology tutaj.

W przypadku Polski na pierwszy plan wysuwa się Adam Leja, który szerszej publiczności dał się poznać głównie dzięki książce poświęconej Modzie w przedwojennej Polsce Anny Sieradzkiej (o książce pisałem tutaj. Tam właśnie możemy znaleźć ilustracje prezentujące obiekty z jego kolekcji. Na żywo można je było oglądać m. in. przy spotkaniu z autorką tejże książki (relacja i zdjęcia tutaj). Wreszcie możecie posłuchać Adama Leja w radiowej audycji (tutaj) no i przeczytać w ostatnim, październikowym numerze Harper’s Bazaar Polska.

Na koniec wypada mi dodać, że oprócz jego kolekcji, słyszałem jeszcze o dwóch prywatnych zbiorach w Polsce, z czego jeden widziałem, a drugi znam właśnie tylko ze słuchu.
I już jako uzupełnienie tylko chciałbym przypomnieć, że dzięki wystawie Elegancja-Francja. Z historii mody XX wieku, pozostało ze mną wiele z prezentowanych sukni. Część z nich możecie oglądać tutaj. Myślę, że z czasem będzie ich więcej. Do poziomu Vassilieva pewnie nigdy nie dobiję, ale mam nadzieję będzie mi dane kiedyś cieszyć się nie za dużą, ale przyzwoitą kolekcją.