niedziela, 24 listopada 2013

W cieniu Wortha



Tak, to tytuł pierwszego tym sezonie wykładu w Domu Bretanii. Dla tych którzy byli tam wówczas obecni nie będzie tutaj nic nowego. Ale zdecydowana większość odwiedzających tę stronę nie miała szansy się na nim pojawić. Stąd ten wpis. Będąc precyzyjnym – stąd pomysł na ten wpis. Natomiast samo pojawienie się jego wynika z wysiłku, jaki postanowiłem podjąć, licząc na... w zasadzie nie wiem na co...
Może po prostu przejdę szybko do pisania, zanim wróci ta beznadzieja i znów niemal do reszty mnie ogarnie... Kiedy Worth wraz z Bobergh’em otworzyli swój dom mody na przełomie 1857 i 1858 roku nie byli jedynymi mężczyznami działającymi w branży kobiecej mody. Jednak role jakie odgrywała płeć męska do tej pory były dalekie od tego, co zaproponował Worth. Za jakiś zwiastun tego uznać można działalność Louisa Hippolyta Leroy szyjącego dla Cesarzowej Józefiny (i nie tylko). Jednak skala była nieporównywalna. Sukces Wortha był bezprecedensowy, to wiedzą wszyscy. Ale ile osób zastanawiało się nad tym, że nie tylko pomysły projektanta, ale i jego płeć miała znaczenie? Nie ujmując nic jego projektom, trzeba postawić pytanie, czy jakaś kobieta wówczas, w II połowie XIX wieku, była w stanie prowadzić biznes na taką, w zasadzie światową, skalę? Oczywiście, że Worth dysponował też fantastycznymi tkaninami, które były niedostępne dla innych domów mody. Ale znów, czy kobiety były wówczas równie atrakcyjnym partnerem biznesowym dla lyońskich (i nie tylko) tkaczy?
Kiedy zatem pojawiają się domy mody prowadzone przez kobiety (nie mam tu na myśli mniejszych pracowni, bo te istniały zanim pojawił się Worth i Bobergh)? Dopiero w 1891 roku został założony pierwszy z nich - dom mody Jeanne Paquin. Śmierć Charlesa Wortha spowodowała, że wiele jego klientek przeszło m. in. własnie do Paquin. Jeszcze przed I wojną światową prowadziły z sukcesami swoją działalność siostry Callot, Jeanne Lanvin, Madeleine Chéruit, Jeanne Hallée czy Mme. Agnés i Mme. Havet. A to i tak nie wszystkie projektantki. I to nie jest tak, ze teraz wyciągam jakieś drugo- i trzecioligowe postacie. Po prostu przyzwyczailiśmy się wyznaczać rytm zmian w modzie kolejnymi nazwiskami – męskimi nazwiskami – Worth, Doucet, Poiret. Po nim dopiero jest miejsce na Chanel. Przynajmniej w powszechnej świadomości. A przecież poza Paryżem kobiety także odnosiły sukcesy – choćby dom mody Lucille... Oczywiście rozumiem, że w ogólnym rysie musimy skupiać się na najistotniejszych zjawiskach, nazwiskach – sam to robię. Ale nie może to zwalniać z wchodzenia wgłąb zjawiska.
Jeśli starczy mi zacięcia to jeszcze w najbliższym tygodniu coś wrzucę na ten temat... Jest szansa, że się znów zepnę.

2 komentarze:

  1. Bardzo mi się podoba pomysł opisania mody z postaciami kobiet jako tematem przewodnim. Tworzy to ścieżkę równoległą do tej wyznaczanej przez najczęściej słyszane nazwiska, w głównej mierze męskie przecież, za to już dobrze zakorzenione w "powszechnej świadomości". Pomysł jest prosty i oryginalny jednocześnie i pozwala spojrzeć na to, co się już pozornie dobrze znało, z zupełnie innej strony.

    OdpowiedzUsuń