niedziela, 3 listopada 2013

Balenciaga – uwagi wokół książki Mary Blume



Kryzys widoczny jest gołym okiem. Oczywiście mój kryzys. Trudno nawet mi powiedzieć, co go wywołało. Po prostu nastąpił zbitek wielu drobiazgów, połączony ze zmęczeniem i tym, że za oknem coraz ciemniej. Ożywiłem się nieco, kiedy dotarła do mnie przesyłka z Wydawnictwa Bukowy Las. Jak łatwo się domyślić, była to książka Mary Blume poświęcona Balenciadze (tutaj), za którą bardzo dziękuję.

Przeczytałem ją w zasadzie w jeden wieczór. Ma niecałe 200 stron, więc nie było to trudne. Książka miała swoją premierę w tym roku, więc Wydawnictwo zadziałało w tym przypadku bardzo szybko, co się oczywiście chwali. Jednak wydanie właśnie tej książki bezlitośnie obnaża nie tylko nasz skromny rynek wydawniczy, ale i to, że na polu historii mody w sumie niewiele się u nas dzieje.

Autorka nie ukrywa, że wiele już o Balenciadze napisano, wspomina także wiele wystaw poświęconych temu projektantowi (w tym te najnowsze). Efektem tego jest powstanie książki, która uzupełnia obraz legendarnego projektanta, dopowiada, wyjaśnia, prostuje. Dzieje się to głównie za sprawą Florette, „pierwszej” sprzedawczyni u Balenciagi. Autorka poznała ją właśnie tam, co oznacza, że relacja między tymi kobietami nie była powierzchowna i nie ograniczyła się jedynie do pojedynczego wywiadu. To właśnie opowieści vendeuse nie dość, że nadają książce osobistego charakteru, to zbliżają nas do lepszego poznania Balenciagi – bardziej otwartego, ciepłego niż zazwyczaj się opowiada. Dzięki Florette Mary Blume miała też szanse na przestrzeni wielu lat poznać innych byłych pracowników domu mody z 10. Avenue George V. To się naprawdę miło czyta, ale już w trakcie lektury czytelnik może zadać sobie pytanie o obecność samego mistrza. Według mnie bohaterką książki jest bowiem wspomniana Florette. Z punktu widzenia autorki, która ma świadomość wcześniej wydanych pozycji to raczej dobry wybór. W końcu o to chodzi, by powiedzieć coś nowego. Jednak obawiam się, że polski czytelnik ma zupełnie inny punkt wyjścia. U nas wiedza na temat historii mody jest znikoma. Lepiej jest z historią ubiorów (bo to nie jest to samo), ale do zawartości księgarń i bibliotek zachodnich wciąż nam daleko.  Podejrzewam więc, że będzie brakowało oparcia naszym czytelnikom w wiedzy ogólnej o projektancie. Tak jak ostatnio pisałem o książce o Versace, że jest dla początkujących (tutaj), co wcale nie było zarzutem, tak pozycja Mary Blume wydaje się być dla bardziej zaawansowanych. Autorka bowiem z oczywistych względów odsyła do wcześniejszej literatury. Nie zrozumcie mnie źle – książka mi się podobała, ale to już szósta pozycja w moim księgozbiorze poświęcona Balenciadze. Tu bynajmniej nie chodzi o chwalenie się, ale o punkt odniesienia. Wspominam o tym, gdyż mam wrażenie, że właśnie z tą książką o Versace doszło do nieporozumienia i niechciałbym powtórzyć tego błędu. To, że książkę uznałem za dobrą dla początkująch nie oznacza, że jest zła, czy nie warto jej kupować. Podobnie jest z Balenciagą. To książka moim zdaniem dla bardziej zaawansowanych, a to oznacza tylko tyle, że im więcej wiemy o tym projektancie, tym więcej skorzystamy na lekturze. Jeśli nie wiemy nic, coś i tak zostanie w głowie, a i zachęci być może do własnych poszukiwań.

Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Książka Mary Blume nieco odbrązawia nie tylko kilka postaci (np. Givenchy), ale też to, co związane z haute couture – sprzedaż, pokazy, szycie sukni itd. I tu znów się powtórzę - ale według mnie to ważne - jeśli czytelnik zacznie poznawać świat paryskiej mody od tego, może się zdarzyć, że właśnie w ten sposób będzie go postrzegał. Tymczasem, żeby pozwolić sobie na takie podejście, trzeba najpierw znać (według mnie) to co najlepsze i z czasem dochodzić do wyważonego poglądu, tak jak w przypadku autorki. Jeśli ktoś zacznie właśnie od tego odbrązowionego wizerunku couture, możliwe, że nigdy później nie przekona się już do innego spojrzenia, a to byłaby szkoda, bo warto też zwyczajnie zachwycać się tym i czerpać, to co najlepsze.

Wracając do książki... Są w niej zarówno ilustracje i czarno-białe, jak i kolorowe, prezentujące ubiory projektanta. Charakterystyczny sposób ujęcia tych ostatnich od razu zdradził mi pochodzenie obiektów. Takie manekiny ma Muzeum Balenciagi w Getarii. Tutaj możecie przejrzeć część ich kolekcji. Wśród nich jest ta suknia,
źródło tutaj

która z niewiadomych dla mnie powodów stała się w książce „Falbaniastą [!] suknią wieczorową z gazaru”.

Została jednak jeszcze jedna grubsza rzecz. W wstępie znajdziecie wyznanie Mary Blume, że musiała się pozbyć z czasem wielu ubrań od Balenciagi, a że muzea nie były zainteresowane takimi „zwykłymi” egzemplarzami, jakie ona posiadała, więc trafiły one do sklepów z używaną odzieżą. No i w tym momencie morale trochę mi spadły. My naprawdę pod względem modowym słabiutko wypadamy. W którym polskim muzeum jest Balenciaga, albo Vionnet? Nawet takie "zwykłe". Jest jeden kostium Chanel w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, dwie suknie Wortha w Muzeum Narodowym w Krakowie (dawajcie znak, jeśli jeszcze o czymś wiecie - mam na myśli publiczne kolekcje). Możecie powiedzieć, że to nie ma większego znaczenia. Owszem, MA. I to ogromne. I nawet nie tylko dla historyków mody, ale i dla projektantów. W książce Mary Blume możecie przeczytać, że Balenciaga miał kolekcję ubiorów z której się uczył. Nawiasem mówiąc była niedawno w Paryżu wystawa poświęcona temu zagadnieniu (tutaj). Na podobnej zasadzie wspomniany jest w książce Alaïa, który kupował ubiory przede wszystkim Vionnet i Balenciagi właśnie po to, żeby się uczyć od nich kroju. Wiemy też, ale to już z innych źródeł, że Galliano, McQueen czy Westwood podglądali ubiory z Victorii & Alberta – tam szukali inspiracji i uczyli się kroju.  A młodzi projektanci w Polsce na czym mają się uczyć? Nie dość, że zbiory mamy raczej marne, to jeszcze najczęściej są poukrywane, nie ma ich na stałych ekspozycjach. A z książek wszystkiego nie da się nauczyć... Sam z resztą doskonale to wiem, bo przygotowując wystawę Elegancja-Francja miałem okazję pooglądać dokładnie naprawdę przyzwoite obiekty. Wśród nich z resztą był żakiet Balenciagi, tzn. z jego hiszpańskiej firmy EISA. Choć wyglądał skromnie, to mógł dać solidną lekcję kroju. Oczywiście marzę, by mieć wieczorową suknię – jeśli znacie kogoś, kto posiada takową – dajcie znać, pokażę ją na kolejnej wystawie w przyszłym roku.
Ale znów – ile osób jest tak naprawdę zainteresowanych wystawami mody? Moim zdaniem nie aż tak dużo, jak wynikałoby to z deklaracji. Poza tym z doświadczenia wiem, że mimo popularności tematu na świecie, i wydawać mogłoby się w Polsce także, nie jest wcale łatwo namówić instytucje, na takie wystawy. Wciąż brakuje zrozumienia dla istotności takich ekspozycji. Zazwyczaj widzi się tylko to, że pokazywane są suknie. Kropka. Wiem, co mówię.  Oczywiście zdarzają się odstępstwa od takiego sposobu myślenia. Na szczęście. 

Dość daleko odszedłem od książki, ale tak jak wspomniałem na początku, ukazuje ona sobą (według mnie) mizerię naszej modowej sceny. Nie znaczy to, że nie ma wyjątków – są, ale one raczej potwierdzają regułę, niż jej zaprzeczają. Wyszedłem jednak do Balenciagi Mary Blume i na niej chciałbym skończyć. Mimo wszystko cieszę się, że jest wydana właśnie ta biografia, choć przygnębia mnie ogólna refleksja, jaka pojawiła się po jej przeczytaniu. Jestem jednak  bardzo ciekawy tego, jak Wy ją odbieracie. Piszcie śmiało!

PS.

Na zakładce dołączonej do książki możecie znaleźć informację, że w przyszłym roku wydana zostanie biografia Yves Saint Laurenta – jednego z moich najbardziej ulubionych projektantów. Cieszę się więc niezmiernie. I mimo, że mam już o nim 8 książek, to z radością powitam kolejną :))

21 komentarzy:

  1. Ja jestem na razie na etapie radości z zakładki z zapowiedzią biografii YSL, ale zabieram się za Balenciagę w przyszłym tygodniu. Choć - jak zwykle - pewnie będę czytać trochę przez pryzmat Twojej recenzji, na to nie ma rady, a nie mogę się powstrzymać i nie czytać tego, co napisałeś zanim sama nie przeczytam biografii Balenciagi. Jakoś tak to działa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja szczerze mówiąc tę zakładkę na samym końcu przeczytałem! O mało nie umknęła mojej uwadze :))
      A w książce na pewno zobaczysz inne kwestie - na szczęście tak to działa :))

      Usuń
  2. Ja sobie powiedziałam stop, z kupowaniem polskich tłumaczeń książek o modzie. Chyba, że będą w ofercie za 10 zł. Z książkami o historii ubioru w Polsce też dobrze nie jest. Jeśli się wydaje to w małej ilości egzemplarzy i zazwyczaj te lepsze jak wydawnictwa uniwersyteckie nie reklamują się z takimi tytułami. Mnie strasznie zraziła tłumaczka Diora - kapeluszami - kotletami i takimi dziwami, że za tę cenę a ja zapłaciłam 50 zł, czuje się oszukana. Byle jakości mówię zdecydowanie nie. Czy tłumacze naprawdę nie mogą poszukać osób które bym im w tym pomogły (klarownym, tłumaczeniu terminologii kostiumologicznej).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co tu dużo mówić, jeszcze pewnie upłynie trochę czasu, zanim dojdziemy do etapu profesjonalizacji wiedzy o modzie. Ale niestety cierpliwość jest wskazana, choć rozumiem też Twoje podejście :)

      Usuń
    2. To, że państwo nigdy nie słyszeli o słynnym kapeluszy le chapeau côtelette d'agneau" - czyli kapelusz kotlet jagnięcy - nie znaczy, że on nie istniał. Tłumaczenie jest jak najbardziej poprawne. I nie ma to nic wspólnego z terminologią. Zamiast zarzucać innym brak kompetencji, trzeba całe życie się uczyć.

      Usuń
    3. A suknia jest falbaniasta, bo posiada corsage à grand volant froncé. Może jednak znajomość języka francuskiego by się przydała? Zwłaszcza w takim temacie jak moda.
      http://cristobalbalenciagamuseoa.com/index.php?seccion=386&idioma=3&m=vc&idn=69

      Usuń
    4. Tak, może by się przydała znajomość francuskiego, ale nawet to nie zmieniło by faktu, że słowo falbaniasta mi się nie podoba i poszukałby innego.

      I proszę mi wierzyć, całe życie się uczę. I mam zamiar się uczyć. A i tak wiem, że nie da się wiedzieć wszystkiego, bo to nie jest możliwe.
      Poza tym jeżeli w trzech znanych mi książkach o Schiaparelli nie pojawia się kapelusz kotlet, to może jednak nie jest on tak słynny....

      I raz jeszcze to napiszę - chętnie poznam Twoją pracę i Twój sposób widzenia i rozumienia historii mody

      Usuń
    5. Historia mody nie jest ani moją pasją i moja praca nie jest z nią związana. Znam za to bardzo dobrze Francję, jej historię, kulturę i sztukę. Znam doskonale język, mieszkam tutaj od dwudziestu lat, jestem romanistką i jestem bardzo, ale to bardzo wyczulona na angielskie, a zwłaszcza amerykańskie spojrzenie na wszystko, co francuskie. Niestety przeważnie przebija w nim uwielbienie wymieszane z ignorancją. Większość książek na temat francuskiej kultury, sztuki czy mody napisanych przez cudzoziemców jest opartych na schematach, na tym, co ogólnie znane i opowiadane po raz setny. Brak w nich dobrego researchu. Co więcej: wielu autorów nie zna francuskiego i korzysta ze źródeł angielskojęzycznych, co prowadzi do nawarstwiania się ignorancji. Językiem mody jest francuski i tyle. W tym języku się ona rodziła i on ją najlepiej określa.

      Ja czytałam cztery książki, w których pojawia się chapeau cotelette. Niestety wszystkie po francusku:

      La Mode Gilles'a Foucharda
      Marcel Duchamp: biographie, Judith Housez
      Paris-couture années trente, Guillaume'a Garniera
      La Mode, Marie-Christine Natta

      Podejrzewam, że współpraca Elsy z surrealistami była już dla cudzoziemców, zwłaszcza Anglosasów, sprawą zbyt dziwaczną i komplikowaną, by drążyć temat, ale dla historii mody francuskiej nie jest to temat do zamknięcia w kilku zdaniach. To były wspaniałe lata współpracy artystów: malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy i poetów z ludźmi ze świata mody, a Elsa była jedną z najodważniejszych i najbardziej ekstrawaganckich artystek łączących te dwa światy. W przeciwieństwie do Chanel, która zawsze uważała modę za rzemiosło w służbie kobiecie, a nie za sztukę samą w sobie.

      Usuń
    6. Postanowiłam jednak poszukać angielskiej wersji kapelusza - kotleta jagnięcego (lamb-cutlet hat, Lamb Chop hat) i pojawia się on nawet w Wikipedii, więc naprawdę nie trzeba daleko szukać.
      http://en.wikipedia.org/wiki/Elsa_Schiaparelli
      Wystarczy wrzucić w google lamb chop hat Schiaparelli i wyskakują setki artykułów na ten temat.

      Sprawdziłam też, że pojawia się on w autobiografii Elsy "Shocking Life" (po angielsku). Najwyraźniej książki, które pan czytał na jej temat były po prostu słabe.

      Usuń
    7. Po kolei:
      Zacznijmy od kotleta. Proszę mi wierzyć (albo i nie), że zanim napisałem tu swoją opinię (a w zasadzie przy recenzji Diora) o tym, iż nie słyszałem o kapeluszu kotlecie, sprawdziłem książki a także internet. Nie wiem na czym polega problem z moimi googlami, ale setek wyników to ja nie widzę, a to co się pojawia, to nic innego, jak kapelusz w kształcie odwróconego buta - z obcasem wzniesionym ku górze. Ja z angielskiej literatury kojarzę to bardzo dobrze, ale jako SHOE HAT.
      Link, który podała Pani do wikipedii też sprawdziłem zanim napisałem to w recenzji... i akurat tę książkę mam i wówczas, jak i przed chwilą sprawdzałem jej zawartość. I nie ma tam nic innego jak właśnie SHOE HAT. Jeśli chodzi o autobiografię, to nie mam w tej chwili czasu się przez nią ponownie przekopywać. Czytałem ją jakieś 3 lata temu i raczej pod innym kątem, więc o kapeluszu - kotlecie się nie wypowiem w kontekście tej książki.
      Wiem, ze wszystkiego nie jestem w stanie sprawdzić, ale proszę mi wierzyć sprawdzam podstawowe kwestie. Więcej na temat kapelusza - kotleta już się nie wypowiem, bo w zasadzie nie wiem, co jeszcze miałbym dodać.

      Francuski - angielski
      Doskonale rozumiem Pani zamiłowanie do francuskiej kultury. W końcu z jakiegoś powodu interesuje mnie właśnie historia haute couture, ale niestety nie mogę się zgodzić na przekreślanie innej literatury niż francuska (co oczywiście nie wyklucza masy kiepskich książek, które trzeba przekreślać), no i moda rodziła się także poza Paryżem - chociażby Wielka Brytania ma w tej kwestii świetne tradycje.

      Tak czy inaczej dziękuje za interesujący głos oraz za dociekliwość.
      Rozumiem też problem braku znajomości francuskiego (którą zresztą zmierzam nadrobić, gdy wreszcie się obronię), ale nie zmienia to faktu, że dalej będę robił swoje, tzn. czytał, czytał i jeszcze raz czytał. Nawet jeśli to będą w znacznej części angielskie książki. Poza tym nie mogę nie wspomnieć jeszcze jednego aspektu z tym związanego. Kupowanie książek o modzie wiąże się z zamawianiem ich z Wlk Brytanii lub Stanów. Przelicznik obcej waluty na polskie złotówki stawia nas w Polsce na z góry, może nie przegranej, ale odległej pozycji w wyścigu po wiedzę. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się ich tyle zdobyć i przeczytać.
      Pozdrawiam
      P.S.

      Usuń
    8. Ręce opadają naprawdę. Szkoda, że mi pan nie wierzy, bo tak się składa, że jestem specjalistką od surrealizmu i Schiaparelli oraz jej współpraca z artystami, zwłaszcza z Dalim to mój konik nie tylko prywatnie, ale i zawodowo. Kapelusz powstał z inspiracji obrazem Dalego, na którym sportretował Galę, swoją żonę z kotletami jagnięcymi.

      Bywam w Polsce w okresie świątecznym i tak sobie przypomniałam o tej dyskusji sprzed roku, ale widać nic to nie dało. Proszę tylko nie negować czyjejś pracy, tak jak to pan zrobił z tłumaczką w tym wypadku, w oparciu o wiedzę, którą pan posiada, bo chce pan w to wierzyć czy nie, nie ma pan racji w tym wypadku.


      Zdjęcie z wystawy poświęconej Schiaparelli i Pradzie
      http://ironingboardcollective.wordpress.com/2012/06/07/impossible-conversation-dispatches-from-the-mets-prada-and-shiaparelli-exhibit/

      https://www.pinterest.com/pin/479351954061263831/

      Tu są rysunki z kapeluszami w stylu lamb chop

      http://www.parisvoice.com/voicearchives/04/mar/html/art/style.html


      Książki angielskojęzyczne z lam chop hat (to nie to samo, co Shoe hat) ten drugi pojawia się w wyszukiwaniu grafiki google, bo zawsze towarzyszy artykułom o Schiaparelli, a lamb chop hat nie zachował się do naszych czasów.
      https://www.google.pl/search?q=lamb+chop+hat+schiaparelli&hl=pl&biw=1366&bih=600&tbm=bks&source=lnms&sa=X&ei=aFioVIH6LMP9UpGAg6gL&ved=0CAsQ_AUoAQ&dpr=1

      Usuń
    9. :))
      Dziękuję za komentarz, ale proszę się nie martwić ani nie denerwować - wszystko to zostało już wyjaśnione. Pod wpisem poświęconym innej książce toczyła się ta sama dyskusja. Tutaj link, gdzie się sprawa wyjaśnia :) http://muzealnemody.blogspot.com/2013/09/po-prostu-dior-recenzja-biografii.html#comment-form

      Ręce nie muszą opadać. Uczę się cały czas - serio :)
      Pozdrawiam serdecznie - bez ironii czy złośliwości

      Usuń
    10. A na marginesie...
      Przyjmuję krytykę - jak najbardziej, ale o wiele łatwiej by się dyskutowało, gdybym miał namiary do Pani - wówczas nie byłoby kwestii czekania roku na sprawdzenie odpowiedzi. Można byłby to wyjaśnić od razu :)
      Jeszcze raz pozdrawiam.
      PS

      Usuń
  3. Niestety problem jakości tłumaczeń dotyczy większości książek zagranicznych, choć mam wrażenie, że w większości przypadków odnosi się do tłumaczeń z języka angielskiego. W zasadzie obnażają one brak znajomości języka ojczystego, nie wspominając o fachowej terminologii. Gorzej, że czytelnik nawet bezwiednie zaczyna powielać styl takich książek. Sama tego doświadczam :/. Przy okazji - w wydawnictwie, które towarzyszyło Pańskiej wystawie zabrakło mi zdjęć detali. Cieszę się, że już ma Pan pomysły na kolejną wystawę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Wydawnictwo, które towarzyszyło wystawie było z założenia skromne. Nie był to typowy katalog z obiektami, a nawet detalami, bo taki nie miał być. Do tego trzeba dobrego papieru, dobrych badań, a to nie takie proste już, a na pewno nie szybkie. Choć z pewnością jest to kwestia przyszłości. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś wydać taki katalog, ale raczej nie będzie on związany z konkretną wystawą. Na razie więcej planów nie będę zdradzał :)
      Jeśli chodzi o tłumaczenia, to nie mam wielkiego doświadczenia. Nie wiem czy to jest powszechne czy nie. Jeśli chodzi o książki o modzie to może to wynikać z założenia, że na modzie każdy się trochę zna lub też nie trzeba się znać na modzie... Myślę, że z czasem się to zmieni, że ustali się jakiś standard. Z drugiej strony nie są to wydawnictwa naukowe tylko popularne...

      Usuń
  4. Do jakich publikacji warto więc sięgnąć odnośnie Balenciagi i YSL? Pytam z perspektywy może nie laika (coś nie coś o projektantach wiem), ale z żadnym papierowym materiałem nie miałam do czynienia. Chciałabym uporządkować wiedzę, choć nowe informacje również zawsze są mile widziane. Pozycje nie muszą być w języku polskim. A pytam, bo chociaż znam Pana tylko z publikacji na blogu, wydaje się Pan być odpowiednim adresatem do tego pytania :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)
      Jeśli chodzi o porządkowanie wiedzy, to bardzo dobry jest w tym zakresie katalog wystawy Yves Saint Laurenta z Petit Palais z 2010 roku. Ma świetne kalendarium, kilka esejów, no i fantastyczne zdjęcia. Edytorsko również pierwsza klasa.
      W przypadku Balenciagi wiele uporządkuje publikacja V&A autorstw Lesley Ellis Miller.
      A nad swoimi publikacjami pozablogowymi popracuję mocniej kiedy skończę pisać doktorat. Na razie polecam tekst o projektantach - Kolekcjonerach w Wolę Oko, nr. 2, oraz tekst do wydawnictwa towarzyszącego wystawie Elegancja - Francja.
      W przyszłym roku powinny ukazać się minimum 2 większe teksty, ale na książkę jeszcze trzeba będzie trochę poczekać :p

      Usuń
    2. dziękuję bardzo za odpowiedź, tym bardziej, że zawiera mniej znane (przynajmniej przeze mnie) pozycje
      ;)

      Usuń
  5. Frapująca recenzja - trzeba będzie sięgnąć po tę książkę :) Bardzo spodobała mi się twoja refleksja odnośnie dydaktycznej wartości odzieży historycznej. W takich chwilach widzę przed oczami wieszak w jednym warszawskich ciucholandów, na którym wisiała niezwykła suknia z metką Jacques Heim Jeune Filles - nie kupiłam jej, bo była zbyt przykurzona. Kim był Heim dowiedziałam się potem z Konformisty Bertolucciego, i bardzo żałowałam swej nieroztropnej decyzji. Aż strach pomyśleć, co w Polsce ląduje w maszynach do produkcji czyściwa ;) Moda vintage cholernie dużo uczy - odkąd przewinęlo się przez moje wieszaki kilka marynarek z dobrych czasów Muglera, nie mogę przestać myśleć, jak nudna i schematyczna jest odzież, która otacza nas na co dzień. I jak wielką lekcję z historii mody on odrobił :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to wielka lekcja :) Mugler jest świetny, ale nie tylko on. Większość sukni od paryskich krawców, nawet jeśli dla nas nieznanych warta jest studiowania. Dopiero właśnie uważne przyglądanie się im uwidacznia masę detali, które składają się na jakość. A tej nigdy nie za dużo....
      A Jacques Heim to ważna postać dla francuskiej mody - stał nawet na czele haute couture przez kilka lat.

      Usuń
    2. Dziękuję ci za odpowiedź :) tym bardziej żałuję, że ta suknia nie wyszła ze mną ze sklepu. Zaś Mugler jest w mojej szafie - świetna sprawa mieć coś, co mogłoby się równie dobrze stać muzealnym obiektem, oby jak najwięcej takich skarbów!

      Usuń