sobota, 7 września 2013

Po prostu Drezno


Wobec oczekiwań, jakie się pojawiły, postanowiłem zrelacjonować swoją wycieczkę do Drezna, jaka miała miejsce w miniony weekend. Od razu ostrzegam, że tym razem będzie niewiele o modzie. Czy zatem warto było jechać? Aż tak monotematyczny nie jestem (i jak się dowiedziałem, część z Was także), żeby jeździć tylko w miejsca atrakcyjne pod względem modowym. Drezno większości z Was zapewne kojarzy się z dwoma polskimi królami: Augustem II i jego synem Augustem III. To jak najbardziej dobre skojarzenie, tym bardziej, że właśnie wówczas Drezno przeżywało lata swojej największej świetności. Zatem jeśli ktoś lubi czasy nieco odleglejsze niż XX wiek, to jest to miasto idealne na weekendowy wyjazd. Oczywiście „weekendowy” dotyczy mieszkańców zachodniej części Polski. Dla reszty to nieco dłuższa wyprawa, jak najbardziej jednak warta zachodu ;)Jak łatwo się domyślić najlepiej najwięcej atrakcji czeka w tym mieście miłośników XVIII wieku i wcześniejszych stuleci. W zasadzie są dwa główne punkty do zwiedzania to Zamek i Zwinger. Zacznę, od tego, co faktycznie oglądałem jako pierwsze, czyli Galerię Starych Mistrzów w Zwingerze. Choć największym „hitem” tamtejszej Galerii jest Madonna Sykstyńska Rafaela Santi, to ja mam swoich faworytów. Należy do nich bez wątpienia Dziewczyna z czekoladą Jean-Étienne Liotarda, z ok. 1744 roku.
Fot. Wikipedia
Powodem jest nie tylko to, że artysta znakomicie uchwycił młodą kobietę (jej ubiór, urodę itd.), ale sama technika, w jakiej wykonana jest praca. To pastel! Tak, pastel. Z resztą dla miłośników tej dyscypliny znajdzie się tam wiele innych, równie zajmujących prac głównie rokokowych tutaj. Drezdeńska Galeria nie jest wielka, więc z pewnością po jej zwiadzeniu będziecie mieli siły i ochotę na więcej. Koniecznie muszę dodać, że nieduży rozmiar Galerii nie oznacza, że nie ma tam co oglądać. Z najważniejszymi obiektami możecie zapoznać się (i to z bardzo bliska) tutaj. Kiedy już wypijecie kawę w muzealnej  kawiarence, warto, choćby na chwilę zajrzeć, do innych, mieszczących się w Zwingerze muzeów: porcelany oraz ogólnie mówiąc przyrządów matematycznych i fizycznych. Niech Was czasem nie zwiodą nazwy. Choćby z czystej ciekawości powinniście tam iść. W Muzeum Porcelany, nawet jeśli nie docenicie jednych z najważniejszych w Europie zbiorów porcelany dalekowschodniej, to gwarantuję, że otworzycie buzię z zachwytu nad porcelanowymi zwierzętami, dekoracjami stołów czy bukietem suszonych kwiatów właśnie z porcelany. To cudo jest tak znakomicie zrobione, że istnieje ryzyko przejścia obok tego bez zwrócenia uwagi (łatwo pomyśleć, że to właśnie kwiaty i nic więcej). Nie omińcie więc tego.
Natomiast Muzeum Przyrządów Matematycznych i Fizycznych kryje w sobie chociażby kolekcję wspaniałych zegarów, nie zawsze zresztą super wyrafinowanych i stworzonych z drogocennych materiałów. Znajdziecie tam np. takie dziwo ;)

Koniecznie pochodźcie po samym obiekcie, tzn. po Zwingerze. Wspaniałe widoki murowane. Żeby już nie męczyć zbytnio głowy i oczu można zafundować sobie mały spacer po mieście i zrobić rozpoznanie na kolejny dzień :) 
 
 
 
Fot. autor
Ja zwiedziłem jeszcze Galerię „Nowych Mistrzów”, gdzie bardzo spodobała mi się sama przestrzeń muzeum, a i kolekcja obrazów jest niezła. Znajdziemy tam prace Gaugina, Degasa, Moneta i znanego ze wszystkich podręczników Friedrich’a
 


Mnie osobiście zaskoczył obraz, który już pokazałem na facebooku, ale z przyjemnością pokażę go jeszcze raz:
 
Weźcie pod uwagę to, że ja naprawdę sporo wystaw i muzeów oglądam, nie każdy będzie więc w stanie w jednym dniu zafundować sobie tyle wrażeń, tym bardziej, że kolejny dzień nie zapowiada się leniwie ;)
No właśnie – drugi dzień. Ja zacząłem od Zamku. Tam, podobnie jak w Zwingerze znajduje się kilka muzeów. Skarbiec, który koniecznie powinniście zobaczyć podzielony jest na dwie ekspozycje. Pierwszy z nich to „historyczny skarbiec” i zwiedzać go można tylko o określonych godzinach w niewielkich grupach. Najlepiej kupić sobie bilet on-line. Jeśli tego nie zrobicie, to zwiedzanie też jest możliwe, ale na przykład może się okazać, że na pierwszy wolny wstęp trzeba czekać godzinę lub więcej. Ja niestety nie byłem tam. Jeszcze przed wyjazdem odpuściłem wejście tam z wielu powodów, ale powtarzam sobie, że do trzech razy sztuka (teraz był drugi raz). Następnym razem już na pewno go zwiedzę. Został mi więc do zobaczenia skarbiec w postaci ekspozycji w gablotach, tzw. nowy skarbiec. Ale, ale  - w żadnym razie nie myślcie o tym jako o nagrodzie pocieszenia. To jest jedna z najlepszych kolekcji tego typu w Europie. Do oglądania jest więc nie tylko sporo, ale i jakość tych obiektów potrafi nieźle człowiekiem wstrząsnąć. Cóż zatem takiego tam można zobaczyć? Przede wszystkim znakomite wyroby złotników i nie mam tu na myśli jedynie biżuterii, chociaż i tą można tam pooglądać (także renesansową, co nie jest takie częste). Rozmaite wyroby ze złota, srebra, szkła, kości słoniowej. Baaardzo wyszukane wzornictwo i do tego świetnej jakości. Na pewno zwróci Waszą uwagę porcelanowy serwis do kawy...

... i egzotyczna scena, której Wam nie pokażę, żeby nie psuć niespodzianki. Zwiedzanie tego muzeum kończymy prawdziwą „kropką nad i” czyli 41-karatowym zielonym diamentem w oprawie – otoczonym 24 diamentami 6-karatowymi i 411 (tak, jest ich czterysta jedenaście) mniejszymi. Na zdjęciu wygląda to tak:
 


Jednak uwierzcie mi, żadna fotografia nie odda blasku tych klejnotów. ŻADNA. To tak, jakby się patrzyło niemal w słońce. I nawet dziś w dobie internetów i różnych cudów techniki robi to niesamowite wrażenie. Jeśli się komuś wydaje, że to nic takiego, to śmiem twierdzić, że po wizycie tam zmieni zdanie.
Nie wychodząc z Zamku możemy zobaczyć jeszcze Zbrojownię i jej „turecki oddział”. Obydwie zachwycają jednakowo. Tu powtórzę się zapewne, ale jeśli uważacie, że broń, zbroje czy strzelby to nic dla Was, to patrząc na te zdjęcie zastanówcie się ponownie.
 
 
 
fot. strony muzeum
O czym koniecznie trzeba wspomnieć, bo tego niestety nie widać, to fakt, że drezdeńska Zbrojownia przechowuje jedną z najwspanialszych na świece kolekcji męskich XVII i XVIII wiecznych ubiorów. Wśród niech takie białe kruki jak ten:

Czy inne tutaj. Wśród skarbów z metalu, w Zbrojowni znajdziecie (niestety nie na ekspozycji) także taką perłę:


Krótko mówiąc, zwiedzanie Zamku zajmie Wam spokojnie pół dnia. Biorąc pod uwagę, że trzeba jeszcze coś zjeść, zanim ruszy się w powrotną podróż, niewiele zdołacie zobaczyć ponad to. Oczywiście na tym nie kończą się muzealne atrakcje. Na pewno ciekawe są Muzeum Higieny, Muzeum Transportu. Tam oczywiście czekają na Was emocje innej natury, ale warte, by je przeżyć. Dla tych, którzy wybiorą inny sposób zwiedzania Drezna mogę z czystym sumieniem wskazać Pilnitz.Ja w drodze powrotnej zatrzymałem się w niezwykle malowniczym Moritzburgu.

Fot. autor
I tyle z mojej relacji. Celowo wielu rzeczy nie omawiam szczegółowo, żeby zostawić Wam frajdę samodzielnego odkrywania miasta. Mam nadzieję, że czytając ją nie żałujecie, że mnie na nią namawialiście. To był naprawdę intensywny weekend. Do tego chwilami było dość chłodno. Może to był powód, że niestety, nieco się rozchorowałem po powrocie. Stąd też i ta przygługa przerwa na blogu. Ale bez obaw – wracam do formy.

9 komentarzy:

  1. Bardzo pozytywny tekst. Może ciekawe w malarstwie jest połączenie realistycznego chłodu z tajemnicą chwili: "Dziewczyna z czekoladą" przypomina mi nieco dzieła-portrety Johannesa Vermeera. Pozdrawiam, A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo i wyjazd był pozytywny ;)) Tak, jest w niej coś z Vermeera :)
      A propos Vermeera, to w Dreźnie znajdują się aż dwa jego obrazy.

      Usuń
  2. To z pewnością warto tym bardziej odwiedzić tak kulturalne miasto. Moją ulubienicą pozostaje "Dziewczyna z koronką", akurat z innego miejsca, ale dzieła sztuki jak ludzie podróżują, może kiedyś Johannes Vermeer odwiedzi Poznań... A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) To ciekawe, bo Koronczarka mnie rozczarowała szczerze mówiąc. A może po prostu za dużo oczekiwałem....

      Usuń
  3. Nie widziałam jej wprost, 'oko w oko', ale na zdjęciach prezentuje się moim zdaniem bardzo ciekawie. Może efekt na żywo jest skromniejszy, ale pozostaje chyba niezwykła precyzja i urok detali, gra kolorów... oraz idea: młodość i benedyktyńska praca mogą się łączyć. Efekt - budujący. A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to jednak bardziej kwestia moich oczekiwań niż staranności i precyzji Vermeera :)

      Usuń
  4. O gustach się nie dyskutuje... Chociaż nie do końca tak jest faktycznie, a właściwie - jest odwrotnie... Chyba trudno stwierdzić, czy to dobrze, czy źle. A.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś czytałam, że August II i August III częściowo finansowali zakupy do swoich kolekcji środkami ze skarbu państwa polskiego.
    Jeżeli chodzi o wrażenia estetyczne - ostatnim moim wielkim rozczarowaniem był Sfinks (ten przy piramidach ;)). Nie mam pojęcia jak są robione te wszystkie zdjęcia, na których wygląda on tak majestatycznie na tle piramid.Na żywo jest jakiś taki mniejszy i w ogóle ;D. Z kolei ogromnie pozytywną niespodzianką był dla mnie Homer Rembrandta w Mauritshius Muzeum w Hadze. Żadne zdjęcia i reprodukcje nie są w stanie oddać faktury i świetlistości tego obrazu. Podobnie zachwyciła mnie jedna z najsłynniejszych ikon Chrystusa Pantokratora, z Klasztoru św. Katarzyny na Synaju. Oglądając liczne reprodukcje spodziewałam się czegoś bardziej ponurego, ciemniejszego w kolorystyce. A ikona jest jasna, bardziej niebieska (kolor tła) i świetlista, w całkiem dobrym stanie. Szkoda tylko, że zwiedzający (na ile się zorientowałam), rzadko zaglądają do tego maleńkiego muzeum, w którym jest ona prezentowana. Znajdują się tam też inne perełki sztuki sakralnej, ale nie tylko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... i właśnie dlatego dobrze jest jeździć i oglądać ;)

      Usuń