poniedziałek, 15 lipca 2013

Bohaterowie drugiego planu



W minioną środę w ramach seansów towarzyszących wystawie Elegancja-Francja wyświetlany był film: Yves Saint Laurent: L’amour fou.



Ten dokument zobaczyłem chyba po raz piąty. Nie muszę więc dodawać, że mnie on zachwyca. I YSL (tutaj) i film. Za każdym razem, gdy go oglądam zwracam uwagę na coś innego. Tym razem najuważniej słuchałem opowieści o tym, jak rodziła się kolekcja sztuki Saint Laurenta i Bergé. Ten ostatni wspomina w filmie, że pierwszym obiektem jaki nabyli i jaki dał początek kolejnym zakupom, był afrykański ptak. Kupili go w 1960 roku, kiedy jeszcze YSL projektował dla Diora.

Tak, uparłem się dziś na to ptaszysko, ale jaka wielka była moja radość, kiedy po dwóch dniach zatrybiłem i zobaczyłem, że na archiwalnym zdjęciu z jakiegoś francuskiego czasopisma jest dokładnie tak sama rzeźba!

Niestety posiadam tylko kilka pojedynczych kartek. Wiem jedynie, że pochodzą z 1961 roku. Widzimy na zdjęciu samego projektanta (prawy dolny róg) oraz cztery modelki w sukniach od Diora właśnie. A przy ścianie stoi nasz dzisiejszy bohater – afrykańskie ptaszysko. Jakże YSL musiał być z niego dumny i szczęśliwy, że zdecydował go umieścić w kadrze zdjęcia – o przypadku nie może być mowy. Fotografia miała zapewne pokazać projektanta od bardziej osobistej, nieformalnej strony. No i pokazuje nam on swój gust – nie tylko jako twórca sukni, ale także jako bardzo początkujący kolekcjoner.

I nie sposób tym samym nie wrócić do zdjęcia, które na blogu już kiedyś się pojawiło (tutaj).
Tu także mamy ptaka w tle, i podobnie jak w przypadku YSL, pochodzi on z kolekcji projektanta – Paula Poireta. Co jednak trzeba podkreślić, to fakt, że miał on mniej szczęścia niż jego następcy. Swoją kolekcję musiał sprzedać ze względów finansowych. Pierre'owi Bergé przyświecały inne motywy. Możecie się o tym dowiedzieć z filmu. Nie usłyszycie tam jednak tego (a może ja przegapiłem i wychwycę to dopiero za kolejnym razem), że ptak afrykański z ich kolekcji nie trafił na aukcje. Został ze swoim właścicielem. To też świadczy, że rzeźba ma ogromną wartość sentymentalną. Nie dziwię się zupełnie. Też pamiętam swoją pierwszą książkę o modzie (YSL!) czy pierwszą swoją suknię (to łatwe, bo jest ich zaledwie kilka. Oczywiście suknie nie do chodzenia ;))).


Wracając do tematu - uwielbiam takie znaleziska. Nie wiem czy Was także kręci znajdywanie kolejnych powiązań w dziejach mody, ale mnie tak. Przyjemności :)



Źródło ilustracji:

Kadr zfilmu, zdjęcie czasopisma z archiwum autora; oraz http://dome.mit.edu

2 komentarze:

  1. Gdy odkrywam takie powiązania w architekturze (monografia architekta jako temat doktoratu) to czuję się niczym Krzysztok Kolumb. Tak że potrafię zrozumieć towarzyszące temu emocje :) Pozdrawiam. Marta

    ps.
    Bardzo ciekawy blog. Dotychczas byłam biernym konsumentem wystaw "modowych", więc z dużą przyjemnością zaopatruję się pod tym adresem w wiedzę teoretyczną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))
      Zerknij sobie też tutaj:
      http://muzealnemody.blogspot.com/2012/06/ysl-spadkobierca.html
      Tu też o YSL w kontekście kolekcji J. Douceta.

      Usuń