poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Arbitrzy elegancji ?


Kiedy moda była silnie związana z dworem, łatwo było o ocenę konkretnego ubioru, tym bardziej, że z pomocą przychodziła jeszcze jasno określona i ściśle przestrzegana etykieta. Nie trzeba było być arbitrem elegancji, by wychwycić czyjąś gafę. Nie zmieniło wiele w tym zakresie pojawienie się mody na ulicy, co czym pisałem ostatnio (tutaj). Wciąż te same zasady obowiązywały wszystkich, których moda dotyczyła. Czasopisma w tym pomagały i jasno określały, co należy nosić.  Okres dwudziestolecia międzywojennego też rewolucji w kwestii podporządkowywania się trendom nie uczynił, mimo wprowadzenia „na scenę” chłopczycy. Ostatnim momentem w historii, kiedy „reguły gry” były jasno określone były lata pięćdziesiąte, a w zasadzie ich początek, kiedy Christian Dior, mimo ostrej konkurencji królował niepodzielnie (zobacz np. tutaj). Jego decyzje były niemal jak wyroki...
W połowie lat pięćdziesiątych (1954), powróciła na łono mody ponad siedemdziesięcioletnia Chanel. Także Balenciaga w tym czasie zaczął iść własną ścieżką tworząc oddalające się od wizji Diora kreacje. Kobiety zaczynały mieć realny wybór. Ale prawdziwa rewolucja miała dopiero nadejść. Tak, wiem, myślicie o latach 60., ale tak naprawdę to dopiero lata siedemdziesiąte pokazały, że mogą obowiązywać na raz aż trzy długości spódnicy – mini, midi i maxi, że można WYBRAĆ, co na siebie włożyć. Pojawiły się także alternatywne propozycje, jak chociażby butik Let it rock Westwood i McLarena. Ulice zaczęły wypełniać postaci wyznające różne zasady ubierania się.
Myśląc o dzisiejszej modzie, niektórzy powiedzą, że brak w niej zasad. Ja bym powiedział, że one są, tyle, że jest ich wiele. W zasadzie każda większa grupa społeczna może mieć swoje zasady ubierania się. Problem w tym, że większość z tych grup spotyka się ze sobą na ulicy, która jest przestrzenią publiczną dostępną, przynajmniej teoretycznie, dla wszystkich. Czy to jakiś problem? Okazuje się, że jednak tak, ponieważ reguły tych grup często są ze sobą sprzeczne. Co wówczas zrobić?
Dlaczego w ogóle o tym wszystkim piszę... Potraktujcie to, proszę, jako przydługi wstęp do właściwego tematu, którym jest ocenianie ludzi chodzących naszymi ulicami. Mam tu głównie na myśli stronę internetową, z której Twórczynią niedawno na łamach Wysokich Obcasów rozmawiała pani Joanna Bojańczyk. Tak, to Faszyn from Raszyn. A wywiad możecie przeczytać tutaj.
Rozumiem, że nawet, jeśli nie jest to do końca uświadomione, to Autorka strony wchodzi w rolę arbitra elegancji. Moim zdaniem, wobec tego, co napisałem powyżej, jest to z góry skazane na porażkę. Nie ma bowiem jednej obowiązującej reguły, według której można by wszystkich oceniać. Dla jednych legginsy w panterkę będą szykiem, dla innych nie. Tak samo jak szara garsonka może być przez jednych podziwiana jako elegancka, dla kogoś innego może być szczytem nudziarstwa. Nie lepiej więc sobie odpuścić? Przecież takie wskazywanie palcem nic nie daje, poza poprawieniem humoru ludziom o przeciwstawnych gustach...
Poza tym, jeśli ponownie zajrzymy do historii ubioru, to zobaczymy, że dopiero artyści - futuryści w swoich manifestach wygłaszali hasła mówiące o tym, że ubiór miałby wyrażać humor, nastrój czy osobowość noszącej go osoby! Dopiero XX wiek to przyniósł! Wcześniej ubiór był przede wszystkim związany z wyrażaniem, a może raczej z zaznaczaniem swojej pozycji w społeczeństwie. Ba, sam „udział w modzie” już określał, w którym jest się miejscu drabiny społecznej. Żyjemy więc w czasach, kiedy możemy za pomocą ubioru podkreślić swoje upodobania, indywidualność. Dlaczego więc tego nie robić?
Ostatnio, po raz kolejny obejrzałem film Małgorzaty Goliszewskiej Ubierz mnie (pisałem już kiedyś o nim – tutaj), ale dopiero teraz do mnie dotarło to, co jest takie oczywiste – to jak się ubieramy wynika z naszego bagażu życiowego, tego w jakim otoczeniu żyjemy, co robimy, ja mamy urządzone mieszanie, itd. Krytykowanie więc czyjegoś sposobu ubierania się jest jednoczesnym krytykowaniem jego stylu życia. Czy tego chcemy czy nie, czy sobie to uświadamiamy czy nie.
I ostatni argument przeciwko takim stronom jak Faszyn from Raszyn bądź im podobnym. Wskazywanie palcem (zdjęciem) osób, które wyglądają inaczej niż my, nawet radykalnie inaczej, jest czymś, co może mieć zupełnie odwrotne skutki do zamierzonych. To znaczy ludzie mogą przestać mieć odwagę, by włożyć coś innego, kolorowego, dziwnego nawet. Jeśli miałbym wybierać to naprawdę wolę „dziwactwa” na ulicy niż otoczenie szarych/ czarnych/ beżowych minimalistycznych mundurków. Krótko mówiąc jesteśmy różni i ubieramy się różnie.
Czy jednak jest jakaś granica w tej dowolności w ubiorze? Czy powinna być jakaś granica?  Czy jest nią nagość czy może coś innego? Wypowiedzcie się proszę : )

PS
Jeśli już koniecznie chcielibyśmy wpłynąć na kogoś, by zmienił swój sposób ubierania się, to czy nie lepsze byłoby pokazanie mu (jej) tego, co nam się podoba? Wówczas ktoś sam mógłby dokonać wyboru. A może to my się mylimy i to nasz styl wymaga korekty? Czy ktoś z Was o tym pomyślał?

21 komentarzy:

  1. Każdy ma prawo kreować swój indywidualny styl, film "Ubierz mnie" wg. mnie genialnie pokazuje różne sposoby postrzegania mody i to co trafnie zostało zauważone w artykule "to jak się ubieramy wynika z naszego bagażu życiowego". Potępianie innych nie do końca jest właściwe, jednakże to taki charakter dziś usłyszałam: "polaczkostwo", tak jest i nic tego nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kreowanie własnego stylu.... Jak jeździłem do Berlina jeszcze kilka ładnych lat temu, to zastanawiałem się skąd Ci ludzie biorą te świetne ciuchy... później pochodziłem jeszcze trochę, powchodziłem do kilku sklepów i już wiedziałem skąd je biorą. Po prostu oferta jest tak a nie inna. To co ludzi noszą jest w jakiejś części ofertą sklepów.
      I u nas jest podobnie. Jest sporo "bylejakości" w sklepach, to nie dziwne, że widzimy to na ulicach. Powiedzmy też sobie szczerze - ile ludzi ma pieniądze i czas (tak, czas) na to by pobuszować i znaleźć coś fajnego za przyzwoitą cenę.
      Piszę o tym dlatego, że właśnie w krytykowaniu wyglądu widzę w jakimś sensie niemoc w zmianie tej sytuacji... Może za mocno psychologizuję (a to nie moja działka), ale być może ktoś myśli, że jak pokrytykuje, to tym samym zmusi do zmian lub je przyspieszy?
      Jak już napisałem gdzieś indziej... Jestem zwolennikiem marchewki, a nie kija. Czyli edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja :) (np. więcej zajęć plastycznych, warsztatów, kursów, szkoleń itd...

      Poza tym nie jestem fanen tego "polaczkostwa", tzn. słowa "polaczkostwo". Wiem, ze mamy swoje wady i powinniśmy nad nimi pracować, ale wolałbym odrobinę więcej optymizmu :)))

      Usuń
  2. Mimo wszystko, pewne granice być powinny ... abstrahując już od stroju (choć o niego zahacza) uczesania w szkole podstawowej i gimnazjum. Nam nie wolno było nosić irokezów, farbować włosów, nosić asymetrycznych fryzur, to samo tyczyło się stroju - brzuchy i ramiona zakryte, spódnice nie krótsze niż do połowy uda, spodnie najkrótsze do kolan ... Ale dalej szukac? Studia, miasteczka uniwesyteckie, miejsca pracy! Panie w dekoltach jak na wystawnej imprezie, minispódniczki, które centymetr wyżej pokażą bieliznę, czy panowie w tak niskich spodniach ze ich bieliznę można podziwiać w całej okazałości.
    No błagam! Można się ubrać oryginalnie, we własnym stylu, czy nawet modnie, ale i tak, aby nie wzbudzać niezdrowych emocji w innych uczestnikach życia społecznego ...
    Bardzo mnie cieszy, że weszły papuzie połączenia kolorów, uwielbiam kolorowe ulice! ale właśnie na pełnych ubraniach - więcej pola manewru na materiale ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ja doskonale to pamiętam - załapałem się jeszcze na noszenie szkolnego fartuszka i przypiętej do niego tarczy :))) Ale te zasady się rozjechały i trudno winić o to ludzi, którzy chodzą ubrani w sposób nas irytujący. To nie oni to wymyślili :)) Oni są tego ofiarami poniekąd.
      Rozumiem i zgadzam się, ze jakieś zasady powinny obowiązywać na ulicy. Ale kto ma ich uczyć? No i najtrudniejsze - kto ma ja ustalić?
      Nie jestem żadnym socjologiem, ale wydaje mi się, że to co widzimy na ulicy jest po prostu wyrazem jakiegoś poziomu naszej własnej świadomości. Tak jak nasza demokracja musi jeszcze dojrzeć, tak i nasze podejście do ubierania się, do tego jak się zachowujemy w przestrzeni publicznej jeszcze się zmieni... To wymaga w dużej mierze czasu. Ale i edukacji. I tej na FfR nie widzę...

      Usuń
  3. Jeżeli nie ma granic w modzie, to granic w śmiechu tym bardziej. Jeżeli ktoś ma prawo nosić na ulicy dziurawe legginsy w panterkę, to ja mam prawo uśmiechnąć się pod nosem, zrobić zdjęcie, pośmiać się w domu, albo zastanowić się nad jakimś zjawiskiem społecznym. Podobnie jak z moich ciuchów ktoś może sobie robić jaja. Granice... No, śmieszność też nie ma granic...
    Autorka "Faszyn from Raszyn" sama mówi w wywiadzie, że nie poczuwa się do bycia arbitrem. Zauważmy, że do zdjęć właściwie nie ma komentarzy. I tak jak ona uważam, że często stajemy się ofiarami sieciówek, butików, pokazów mody, itd. Budowanie świadomości siebie, swojego ciała, a także mody, wydaje się dobrym celem - dla blogów takich jak FfR, czy ten.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ sam wielokrotnie uśmiechnę się pod nosem na ulicy, ale nie wpadłbym na to, by wrzucać do to netu. Poza tym na stronie FfR są nie tylko przypadki za małych rozmiarów czy kakofonii wzorów. Tam są np. zółte spodnie!! co zawiniły żółte spodnie, żeby znaleźć się na tej stronie?
      O to mi chodzi, że ktoś, nawet jeśli twierdzi, że nie, to jednak bawi się w arbitra elegancji. I to nawet bym zrozumiał, ale niech się ta osoba podpisze imieniem i nazwiskiem, niech wyjaśni swoje zasady. Niech one będą jasne dla tych, którzy tam wchodzą. Wtedy moim zdaniem FfR mógłby pomóc w, jak piszesz: "budowaniu świadomości siebie, swojego ciała a także mody". Dawało by to też możliwość dyskusji o tych zasadach i być może przyniosło by to coś dobrego. Ale wrzucenie zdjęcia raz żółtych spodni, raz wylewającego się spod bluzki ciała dezorientuje i według mnie nie wnosi wiele do znajomości mody i jej zasad.
      Jedynie poprawia humor jakiejś części osób....

      Usuń
    2. Raczej leczy kompleksy jakiejś części osób....
      W pełni zgadzam się z Twoim felietonem i wszystkimi dodatkowymi komentarzami.
      Obejrzałem blog FFR (dwie pierwsze strony) oraz przeczytałem wywiad z autorką bloga z wyraźnym niesmakiem. Z pewnością nie wrócę tam nigdy więcej.
      Wybór zdjęć jest bardzo tendencyjny i według mnie służy wyłącznie obśmiewaniu innych.

      Dużo fotografuję i wiem doskonale, że każdą rzecz i każde miejsce można na fotografii pokazać w dowolnie wybranym klimacie.

      Jestem prawie przekonany, że jako paparazzi zakładając antyFFR mógłbym pokazać autorkę tego bloga, (gdyby nie była tak bardzo anonimowa)w niemniej "ciekawy" sposób. Tylko w jakim celu?

      pozdrowienia Vislav

      Usuń
    3. Dziękuję za Twoje uwagi o fotografowaniu :)
      Zgadzam się z Tobą...

      Usuń
  4. Wydaje mi się, że nie można ustalić jednoznacznie i obiektywnie, co można nosić, a co nie, a co za tym idzie- takie blogi, jak Ffr, są bezsensowne. Służą tylko wyśmianiu innych, a przecież dla wielu ludzi to może być "ciekawe", "pozytywnie odważne".
    Poza tym zgadzam się, że piętnowanie takich czy innych stylizacji ogranicza tych, którzy chcieliby ubierać się z fantazją, a po prostu po obejrzeniu takiego bloga nie będą już mieli na to odwagi.
    Oczywiście, że ubrania innych mogą się podobać bardziej lub mniej, ale to nie znaczy, żeby od razu piętnować ludzi w taki sposób.
    Bardzo ciekawy post, pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, jeden śledzi, co pokazuje Prada, drugi, co pokazuje Ewa Minge...

      Poza tym, jak już coś zmieniać to raczej w stylu jakim robią to np. Trinny i Susannah czy Gok Wan. Oni próbują zrozumieć, dlaczego ktoś się tak ubiera i dopiero proponują coś nowego. Oczywiście programy takie mają swoje mankamenty, ale mi głównie chodzi o zasadę "zmieniania" innych na zasadzie proponuję coś w zamian, a nie tylko krytykuję...

      Usuń
  5. Hm, dla mnie to o tyle ciężka kwestia, że z jednej strony sądzę, że dowolność i wolność w ubiorze jest świetna, z drugiej - sama łapię się na tym, że na ulicy coś mi... przeszkadza.
    Zawsze, kiedy wyjeżdżałam za granicę, podobało mi się to, że nikt nie zwraca uwagi na strój czy zachowanie innych. Masz ochotę chodzić po ulicy w wieńcu kwiatów i spódnicy w psychodeliczne wzory, połączonej z 20-cm obcasami? To sobie chodź - jakoś tam nie widać nawet spojrzeń czy komentarzy w stronę takich osób. Dla mnie było to cudowne uczucie (które zrozumieją szczególnie osoby pochodzące z mniejszych miejscowości, chociaż Poznań tolerancją nie grzeszy...).

    Z drugiej strony, kiedy spaceruję sobie po mieście i widzę przed sobą kobietę, która ma na sobie krótki top i tak obcisłe legginsy, że widzę jej bieliznę i pośladki, to zastanawiam się, czy na pewno chcę takiej wolności. Tak, jak napisałeś - to przecież sfera publiczna... problem w tym, że tak, jak mnie denerwują prześwitujące legginsy, to innych mogą denerwować moje różowe szpilki (sądząc po komentarzach - tak właśnie jest).

    Dla mnie jedyne rozwiązanie to po prostu nie ingerować w to, co widzimy u innych. Tak, jak mówisz - możemy promować to, co nam się podoba i ubierać się tak, jak chcemy - ale zwracanie uwagi jest pozbawione sensu... chociaż sama jakoś staram się mieć w pamięci, że istnieje coś takiego jak "sfera publiczna", ale czy ona posiada jeszcze jakiekolwiek granice, ciężko powiedzieć... można wrócić do tekstu (chyba też JB) odnośnie nadmorskiej "mody" na gołe torsy i tego, czy wypada, czy raczej nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam podobne wrażenia, jeśli chodzi o ulice zachodnioeuropejskie. Jeszcze bardziej czułem, to, kiedy byłem w Stanach. Ale to są dojrzalsze od nas społeczeństwa (zamożniejsze też)i ta dojrzałość również widoczna jest w ubiorze...
      Nie możemy jednak zapominać, że czasem tolerancja wobec inaczej ubranych osób kończy się wraz z wyjechaniem z dużego miasta.
      Poza tym mam jeszcze taką refleksję, że kiedy byłem w Stambule, to mimo mieszanki kulturowej, ogromnej ilości turystów, kolorów oraz, co tu dużo mówić przyjemnej temperatury, ciała pokazuje się tam w sumie mało. To było bardzo ciekawe doświadczenie...

      Usuń
  6. Panie Piotrze, a może jest tak, że po prostu nie potrafimy życzliwie krytykować innych i nie mamy dystansu do siebie w wielu - jeśli nie wszystkich - dziedzinach życia. Brakuje nam słów, aby ocenić kogoś lub coś szczerze,a zarazem bez złośliwości.

    Pozdrawiam,

    A.P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, myślę, że to jest też istotne. Choć wydaje mi się, że słowa w dużej mierze wypływają z intencji...

      Usuń
  7. Faktycznie, to w takim razie by trzeba chyba bardziej świadomie kształtować swoją postawę, a to jest trudne, chociaż nie niemożliwe... Skoro niektórym się udaje, to zawsze można do tego grona próbować dołączyć. Oczywiście łatwo się o tym pisze, ale od czegoś warto zacząć :-) Tak jak Pan napisał w jednym z tekstów: 'czy fakt, że lepiej się ubieramy oznacza, że jesteśmy lepszymi ludźmi?' To już zależy od nas. Ważne jest chyba, żeby nie czuć się przebranym, być niejako we własnej skórze... Wydaje mi się, że do tego też trzeba dojrzeć na swój sposób :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem, że łatwiej się piszę i dokładnie tak samo myślę - od czegoś trzeba zacząć :)

      Usuń
  8. A napisze Pan o pięknie i brzydocie? Niekoniecznie w romantyzmie, ale byłoby miło, bo romantycy są wieczni :-) Chyba dzięki nim także możemy stawać się kimś lepszym, próbować, dążyć, nie poddawać się i wierzyć, że ostatecznie wszystko będzie dobrze :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napiszę, tylko proszę o chwilę cierpliwości :)

      Usuń
  9. To czekam (nie)cierpliwie :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Niby nie chcemy być oceniani, ale publikujemy swoje zdjęcia, stroje, przebieranki. Sama to robię i ciągle się nad tym zastanawiam. Czy robie to tylko, bo chce być oceniana? Czy chce się tylko pokazać? no własnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie to nie wiem czy chcemy być oceniani czy nie... Większym chyba problemem jest ten brak solidnych narzędzi pozwalających na ocenę? Zostaje nam nasz gust - ale czy to wystarcza?

      Usuń