sobota, 2 marca 2013

Patrząc od tyłu...



Kontynuując wątek z ostatniego wpisu, dziś także chciałbym poprzyglądać się sukniom z II połowy XIX wieku. Nie będę się jednak zastanawiał nad tym, która ich strona jest najatrakcyjniejsza. Od razu mogę odpowiedzieć, że najważniejszy jest tył. Z resztą sami możecie porównać kilka przykładów. Pierwszą jest suknia „obiadowa”, czyli przekładając na nasze „kolacyjna” o ile są takie słowa (1878 – 80, zbiory MET).
Patrząc z przodu widzimy „klasykę” – lekko zaokrąglone, łagodne ramiona, wcięcie w  talii, zaokrąglone biodra i rozszerzająca się ku dołowi spódnica. Delikatny prążek w deseniu tkaniny przełamany jest ciemniejszymi riuszami i to one nadają sukni wyrazu, wprowadzając czytelne podziały.  Przebiegające przez spódnicę zakładki  (plisy) przełamują symetrię. I tak naprawdę przygotowują nas na to, co może nas czekać z tyłu... A tam... styl dowolny, no może raczej swobodny, a tak naprawdę kunsztownie ułożona draperia aż prosząca się o namalowanie. Podobna sytuacja ma miejsce w kolejnym przykładzie (ok. 1880 także MET). 
Patrzą na na motyw zdobiący przód, do głowy od razu przychodzi porównanie z klepsydrą.  Tak, ten kształt świetnie podkreśla pożądaną sylwetkę. Nasza uwaga dzięki temu koncentruje się na górnej części sukni.  Dolną zaś organizują błękitne, poziome pasy w tym samym kolorze, co „klepsydra”. U samego dołu pojawiają się krótkie, ukośne, grube linie, które musiały dawać ciekawy efekt przy poruszaniu się. A co z tyłem?  Nasz wzrok przyciąga wyraźnie zaznaczona talia. Wraz z kołnierzem i pasami na wysokości łokci stanowi ona najsilniejszy akcent. Pasy użytej na spódnicę tkaniny krzyżują się ze sobą pod różnymi kątami tworząc dynamiczną kompozycję. 
To wszystko, jak łatwo się domyślić, z łatwością mogło przykuć uwagę malarza. Tym bardziej, że tyły sukni mogły wyglądać jeszcze bardziej malowniczo niż na pokazanych wyżej przykładach. Jednym z naprawdę wielu artystów dostrzegających tę modę, był salonowy malarz francuski, James Tissot (1836 – 1902), działający także w Wielkiej Brytanii. Oto jeden z najczęściej przywoływanych jego obrazów, Bal (Wieczór) z ok. 1878 roku. 
Przedstawia on nieco inną sylwetkę, ale, co dla nas istotne, malarz wybiera taki punkt widzenia, który pozwala mu pokazać tył. Nawet nie próbuję się zastanawiać, co go uwiodło – te kaskady falban, falbanek i koronek mówią same za siebie. Tren na obrazie zdaje się ciągnąć w nieskończoność, a na pewno wychodzi poza obraz. No i uzupełniający to wachlarz! Choć scena wydaje się być podejrzana na balu i szybko zanotowana, to z pewnością tak nie było. Tzn. w taki  sposób mógł powstać szkic, ale nie gotowe płótno, który jest bardzo przemyślane w kompozycji, a także wypracowane malarsko. Drugi z wybranych przeze mnie obrazów tego malarza, The Gallery of H.M.S. 'Calcutta' (Portsmouth) z 1877 ma podobne cechy. Cokolwiek by jednak nie mówić, także od razu widać, co urzekło malującego. 
Zostawiam Was w tym odczuciu zachwytu, bo wydaje mi się, że ten obraz właśnie tak działa. Przyjemności!

Źródło ilustracji:
A. Hollander, Fabric of vision, Londyn 2002 

3 komentarze:

  1. Zawsze mnie zastanawiało, jak to możliwe, że kobiety się w takich sukniach poruszały, zwłaszcza podczas tańca (bale ;D).

    OdpowiedzUsuń
  2. Już niebawem pojawi się post o poruszaniu... :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. To poczekam :)

    OdpowiedzUsuń