sobota, 9 lutego 2013

Gianni



W tym tygodniu, w księgarni mijanej przez mnie każdego dnia zobaczyłem nowość – książkę o Versace (tu). 
Nie jest to opowieść tylko o Giannim, ale również, co oczywiste w przypadku rodzinnego biznesu, o jego rodzeństwie Santo i Donatelli. Jak łatwo się domyślić, książkę kupiłem i zacząłem czytać. Pierwszy rozdział zawiera moment postrzelenia projektanta (tzn. reakcje na ten fakt) oraz opis jego pogrzebu. I od razu mam małe zastrzeżenia. Głównie co do sposobu pisania. Pojawiają się tam na przykład zdania takie jak te: W gruncie rzeczy, jeśli pominąć supermodelki, wiele modelek bez makijażu prezentuje się zaskakująco zwyczajnie. To istne kameleony, które projektanci potrafią przekształcić  w dokładnie taki typ kobiety, jaki w danym sezonie umyślili sobie promować(s.9). Podobnych zdań jest niestety jeszcze kilka. Mam poczucie, jakby autorka obserwowała świat mody ze swojego domowego fotela, czytając średniej jakości prasę kobiecą. Nie chcę przez to powiedzieć, że pisarka nie ma żadnej wiedzy, bo tak nie jest, ale gdy tylko odrywa się od konkretnych informacji, razi banałem. Nieco lepiej jest w późniejszych rozdziałach, ale też i więcej faktów, cytatów autorka przywołuje. Być może związane to jest z tym, że Deborah Ball to dziennikarka specjalizująca się w tematyce biznesowej. Nie brak jej umiejętności łączenia faktów, analizowania ich, ale nie ma pisarskiego talentu. Cóż, nie każdy musi być alfą i omegą. 
Drugim, chyba znacznie ważniejszym uchybieniem jest całkowity niemal brak ilustracji. Jest ich zaledwie kilka na 300 stronicową książkę. Do tego wszystkie one są czarno-białe. I na pewno nie dlatego, że są archiwalne, ale dlatego, że podjęto taką decyzję. Mimo to książka nie jest tania - kosztuje 50 zł (49,90). I na pewno nie rekompensuje mi tego twarda, solidna oprawa. Autorka pisze o blichtrze, bogactwie, ale sama książka zdaje się tego nie potwierdzać. Ale OK, daję szansę i czytam dalej (jestem w ¼).

I jeszcze jedna kwestia. Czytając o zabójstwie Gianniego, uświadomiłem sobie, że przecież pamiętam doskonale ten moment. W 1997 roku byłem już na studiach i uważnie śledziłem, co się dzieje w modzie. Pamiętam ten szok i niedowierzanie, liczne relacje w wiadomościach / informacjach.To spowodowało, że trochę poszperałem na swoich półkach i możecie się wkrótce spodziewać mini-powrotu lat 90.
A do książki oczywiście wrócę, gdy tylko skończę czytanie.
Zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa.

PS. Druga część recenzji TU

3 komentarze:

  1. To ja juz jej nie chce, zreszta nie cenie Donatelli jako projektanta, niestety tylko Gianni byl 100% artysta. Reszta to tylko wspomnienia. Za to polecam biografie Heleny Rubinstein, jest wspaniale napisana pieknym jezykiem, szkoda ze Rubinstein nie jest doceniana w swoim kraju... tu sie dobrze wpisuje "cudze chwalicie swego nieznacie"

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja niestety też tak mam, tzn. uważam, że Donatella to zdecydowanie już nie to samo, co jej brat... Brak jej tej wizji, tej odrobiny geniuszu, który on posiadał...
    A postać Rubinstein znam i faktycznie warta jest większej uwagi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Donatella mnie przeraża. Chyba nie mam innego słowa. Cóż, może książka kierowana jest do "zwykłych ludzi" i miało to brzmieć swojsko i banalnie właśnie? A może pisze tak dlatego, że nie jest częścią takiego świata i trochę ją to ubodło? Co oczywiście nie zmienia faktu, że takie wstawki potrafią popsuć lekturę...

    OdpowiedzUsuń