środa, 31 października 2012

Turniura i XVII wiek



O tym, ze moda z Wersalu wciąż inspiruje, pisałem niedawno (tu). Trudno też sobie wyobrazić, by taki projektant, jak Charles Frederick Worth, inspirujący się ubiorami z dawnych portretów  ominął czasy Ludwika XIV.
Pewnych kwestii z historii mody nie da się nigdy wyjaśnić, co nie przeszkadza im funkcjonować  z przyzwoitym skutkiem. Właśnie jedna z takich opowieści dotyczy Worth’a, który podobno przy „tworzeniu” słynnej turniury, ściśle mówiąc, w poszukiwaniach nowej sylwetki wykorzystał modę sprzed dwóch stuleci, czyli z końca XVII wieku. Faktycznie, kiedy porówna się dwie suknie ze wspomnianych okresów, trzeba przyznać, że coś jest na rzeczy. Z resztą każdy może sam zerknąć.
 
 Z lewej strony to Anne de Souvré, markiza Louvois, a w zasadzie jej portret namalowany przez Simona Dequoy w 1695 roku, z prawej zaś, jak głosi podpis, Księżna de Portales  w 1869 roku. Sylwetki obu pań są do siebie bardzo zbliżone, choć odmienne w szczegółach (m.in. sposób, w jaki je osiągano). Z resztą polecam samodzielne obserwacje, bo wtedy i więcej satysfakcji i efekt dłużej się w pamięci utrzymuje :)))

Źródła Ilustracji:
Jean-Philippe Worth, A century of Fashion
Fastes de cour et ceremonies royales (katalog wystawy)

Co czyni królem?



W przyszłym tygodniu już kolejny wykład w Domu Bretanii, a ja jeszcze nie opisałem na blogu choćby kilku kwestii związanych z czasami Ludwika XIV.  Jakoś ostatnio czas uciekał mi w zastraszającym tempie. Najpierw był Londyn, a później się niestety pochorowałem. Stąd taka długa przerwa. Bywa...
Tym bardziej nie ma co przedłużać wstępu. Portret Ludwika XIV namalowany przez Hiacynta Rigaud jest dość dobrze znany.
Przedstawia on 63-letniego monarchę w stroju koronacyjnym. Uwagę przykuwa wspaniały płaszcz haftowany w burbońskie lilie, podszyty futrem z gronostajów. Dostojeństwo pozujacego podkreśla także udrapowana kotara. Nie bez znaczenia jest też sama poza monarchy. Jednak najbardziej interesujące elementy, choć dobrze widoczne, nie rzucają się w oczy.  To przede wszystkim podwiązki. Pamiętam, jakim zaskoczeniem było dla mnie zobaczenie ich.  Zdarzyło się to wiele lat temu, kiedy widziałem ten portret na żywo w Luwrze. Wcześniej nie dostrzegłem ich na reprodukcji. Od tej pory są pierwszym elementem, jaki widzę na tym obrazie :)))   Są oczywiście tuż pod królewskim kolanami.
Kiedy zaś wzrok przesunie się nieco w dół, zauważymy średniej wysokości czerwony obcas – gustowny, w miarę zgrabny słupek. To historia znana, więc nie zamierzam się na ten temat rozpisywać (z reguły wspomina się o tym w kontekście czerwonych podeszw w butach od Loubutina).
Taki strój uczyniłby monarchę niemal z każdego. Tak przynajmniej możemy zinterpretować karykaturę z 1840 roku.
W zasadzie wniosek z tego taki, że ubiór czyni króla – wystarczy jedynie go przywdziać. Czy  jednak na pewno? Jest w tym rysunku i odrobina krytyki. Kogo? Tego, który przywdziewając strój Wielkiego Ludwika XIV liczy na to, że będzie władcą takim jak on. Nic bardziej mylnego zdaje się mówić autor karykatury, William Makepeace Thackeray. Możesz przebrać się za króla, ale jeśli nim nie jesteś, nie będziesz nim naprawdę.

Źródło ilustracji:
http://pl.wikipedia.org

sobota, 20 października 2012

Z historii Londynu



Domyślam się, że jeśli już ktoś zagląda tu do mnie, jest nawet jeśli nie fanem historii, to z pewnością nie uważa jej za nudną. Podczas wyjazdu bowiem odkryłem nowe muzeum - a takie odkrycia bardzo lubię - Museum of London,  czyli miejsce, gdzie można poznać historię tego niesamowitego miasta. Można bez przesady powiedzieć, że przeszłość spotyka się tam z teraźniejszością.  Ekspozycja jest tak pomyślana, by przedmioty dawno nie używane zestawiać z dzisiejszymi, przez co łatwiej zapamiętać ich funkcję i też przyjemniej się zwiedza, wzmaga to czujność, zainteresowanie itp. Oczywiście im bliżej naszych czasów, ten ciekawy zabieg jest rzadziej stosowany. Ogólnie ekspozycja składa się z kilku zupełnie odmiennych części, które są niejako poszczególnymi rozdziałami historii. Mnie szczególnie urzekł Londyn wiktoriański. Ta część muzeum to wąskie ciemne uliczki, z których można zaglądać przez witryny do wnętrz i w ten sposób oglądać liczne przedmioty. Kropkę nad i stanowi ścieżka dźwiękowa – słyszymy odgłosy ulicy: rżenie koni, stukot kół dorożek o bruk, rozmowy, nawoływania sprzedawców, itd. Dałem się wciągnąć w to i oczarować.
Ale nie piszę tego ot tak. Otóż muzeum to posiada naprawdę niezłą kolekcję ubiorów. Mało tego, jej część prezentowana jest na stałej ekspozycji.  Tak jak ubiór towarzyszy człowiekowi od zawsze tak i jego elementy pojawiają w każdym z „rozdziałów”. Oczywiście czasem są to tylko fragmenty pochodzące z wykopalisk, innym razem fragmenty tkanin, ale są też i takie cuda:
Dla nieprzekonanych, bądź dla tych, którzy wolą mniej odległe czasy, specjalność Londynu – mini Mary Quant.
Dodam na zachęte, że nie jest to jedyna jej sukienka na ekspozycji. Dla bardziej wnikliwych polecam bazę muzeum.
Mam nadzieję, że to wystarcza, by zachęcić do wizyty w tym miejscu. Dodam jeszcze, że jest położone kilka kroków od Katedry Świętego Pawła.

Źródło ilustracji - strona muzeum

Z wizytą u Victorii i Alberta



Co prawda wróciłem z Londynu kilka dni temu, ale jak się okazało tamtejsza pogoda nie przepuściła mi i zgotowała przeziębienie.  W żaden sposób nie psuje to pozytywnego wspominania wyjazdu, jedynie opóźnia o kilka dni relację.  Tytuł postu od razu zdradza o czym będzie. I w sumie dobrze, bo to był główny cel mojej podróży. Od dawna nastawiałem się na wystawę poświęconą brytyjskiej modzie wieczorowej (balowej). Stąd też moja ucieszona mina ;)))
Wystawa nie jest duża. Zawiera się w przestrzeni przeznaczonej na ekspozycję ubioru (o czym za chwilę).  Ma dwa poziomy; pierwszy dotyczący dawniejszych bali oraz dworskich i królewskich toalet, natomiast drugi poziom przeznaczony był na zupełnie współczesne suknie. Suknie podziwiałem zdecydowanie chłodnym okiem, zwracałem też uwagę na sposób ich pokazywania, co jest dla mnie także interesujące (kiedyś to bardziej wyjaśnię). Dlaczego to podkreślam? Bo byłem jedynym mężczyzną na tej wystawie!!! Nie licząc jednego starszego pana ciągniętego przez swoją żonę (!) Muszę się nad tym solidnie zastanowić... Myślę, że trochę tak właśnie jest  - nie należę do targetu tej wystawy. Nie roztkliwiałem się przed gablotami (no, może nie w taki sposób, jak moje sąsiadki), nie wzdychałem, nie marzyłem żeby się wbić w jedną bądź drugą kieckę ;))) Piszę to w ten sposób, bo nie poruszyła mnie ta wystawa. Mimo tych wspaniałych sukni, czegoś mi zabrakło. Jakiegoś takiego czaru, lekkości. Może dlatego, że aranżacja wystawy była nieco surowa? A może po prostu jestem przywiązany do francuskiej mody? Możliwe. Tak czy inaczej na pewno warto zobaczyć wystawę, bez dwóch zdań.
Inną, równie ciekawą ekspozycją – szczerze mówiąc dla mnie znacznie ciekawszą, jest stała prezentacja zmieniającej się mody poczynając od połowy XVIII wieku do dziś. Jest ona dokładnie w tej samej przestrzeni, co wystawa „balowa”. Co warto zaznaczyć, jest to nowa ekspozycja – dwa lata temu, kiedy tam ostatnio byłem wyglądała zupełnie inaczej. I ta wystawa mnie powaliła. Wybrano na nią same perełki. Mało tego, starano się także pokazać kontekst, co nie zawsze ma miejsce. Ubiory uzupełniają nie tylko, co naturalne, akcesoria, ale też materiały ikonograficzne – plakaty, grafiki, magazyny mody itp. A wszystko to wybrane idealnie, w punkt. 
No nie ma szans, by się nie podobało komuś. Moja ulubiona gablota zawierała couture z lat 50.; drugą, do której wracałem najczęściej, była z modą orientalną z początku XX wieku. 
 

Jakby tego było mało warto, można się też pokręcić po innych galeriach – sztuki japońskiej, islamskiej, środkowego wschodu. Wszędzie natrafimy na suknie. Szczególnie polecam galerię sztuki brytyjskiej; zachwyty gwarantowane. Jeśli ktoś jednak uważa, że ubiór to nie wszystko, wystarczy, by odwiedził dział z biżuterią. Stamtąd nikt jeszcze nie wrócił niezadowolony – pełen przekrój stylów, kamieni, szlifów czy kształtów.
Na koniec – o ile starczy komuś jeszcze sił – można zajrzeć do pobliskiej galerii z kostiumem. Tam także wiele przyjemnych niespodzianek.
Nie będzie za to niespodzianką, jeśli powiem, że na wizytę tam warto poświęcić minimum 1 cały dzień, a najlepiej 2 ;)

poniedziałek, 8 października 2012

Moda na Wersal



W miniony czwartek, w Domu Bretanii opowiadałem o modzie, jaka panowała na dworze Ludwika XIV. O tasiemkach, koronkach czy wstążkach ozdabiających męskie i damskie ubiory. O braku umiaru w tym względzie także. Dla przykładu poniżej obraz przedstawiający samego Króla – Słońce przyjmującego poselstwo trzynastu kantonów szwajcarskich (obraz Adama Fransa van der Meulen’a z 1663 roku, zbiory Wersalu).
Kolory królewskie także istotne – biel, złoto czerwień. Piszę o tym skrótowo, by jak najszybciej dojść do meritum. Po tej czwartkowej opowieści o przepychu mającym potwierdzać i wspierać królewski autorytet i pozycję, wróciłem do domu myśląc, że takie ubiory to już przeszłość. Jakież było moje zdziwienie, gdy przypadkowo znalazłem w internecie zdjęcia z pewnego pokazu na wiosnę i lato przyszłego roku w ramach London Fashion Week.  Autorzy tej nietypowej kolekcji to brytyjsko – francuski duet projektantów, Edward Meadham i Benjamin Kirchhoff (w skrócie Meadham Kirchhoff). I z całą pewnością nie są minimalistami. Zresztą wystarczy spojrzeć:

Mnie ujmują oczywiście tak typowe dla wersalskiej mody kokardki. Są nawet na butach, jak u Ludwika! I te kolory! Jak tylko trochę ochłonę, z pewnością jeszcze coś napiszę o tym intrygującym duecie. Cóż, moda "na Wersal" trwa ;)

Źródło ilustracji:
F. Boucher, Historia mody, wydawnictwo Arkady