niedziela, 29 lipca 2012

Tradycja couture


Patrząc na ostatnią kolekcję couture przygotowaną przez Jean Paul Gaultier’a, łatwo dostrzec inspirację Paryżem (ukochanym z resztą przez JPG) i minioną modą...

 
Oczywiście można to uznać, za coś normalnego i pozostawić bez szerszego komentarza, skwitować wyrażeniem „no fajne” i już. Ja natomiast chciałbym uświadomić, że nie jest przypadek, że za JPG stoi cała tradycja francuskiego Haute Couture przekazywana przez kolejne pokolenia.
Za początek tej tradycji uznajemy, co wszystkim znane, pojawienie się na paryskiej mapie mody domu „Worth & Bobergh”. To właśnie tam, w zasadzie już u synów założyciela, pojawił się młody Paul Poiret, który terminował w latach (1901 – 1903), po czym odszedł z firmy, by założyć własną, co jak wiemy udało mu się zrobić z dużym sukcesem. I tam właśnie zjawił się któregoś dnia Robert Piguet (dziś niemal nieznany).
Po pewnym czasie odszedł od Poiret'a i także założył własną firmę (w 1933 przy Rue de Cirque). I on cieszył się uznaniem Paryżanek. Cztery lata później, w 1937 roku, zjawił się tam nie kto inny, jak Christian Dior. Wytrwał dwa lata, po czym odszedł do Lucien'a Lelong'a, gdzie także nie zagrzał miejsca na długo i w 1946 roku spróbował sił pod własnym nazwiskiem. W początkowym okresie (od 1950 roku) pomagał mu młody pracownik z nazwiskiem Pierre Cardin, którego ambicja doprowadziła do otwarcia własnego domu mody.
Jak już można się domyślić, do jego drzwi zapukał Jean Paul Gaultier (w 1970 roku), który, co też już łatwo odgadnąć, po krótkim okresie zaczął projektować pod własnym nazwiskiem....
I tak doszliśmy do początku, czyli kolekcji JPG. Wobec powyższego, w żaden sposób dziwić nie może nazywanie go spadkobiercą francuskich mistrzów...

Źródło ilustracji

czwartek, 26 lipca 2012

“Na Rafaela”


Carl Wilhelm Wach, Portret Anny Elżbiety hr. Raczyńskiej 1827
Wł. Fundacji im. Raczyńskich przy MNP
Portret ten podoba mi się od momentu, kiedy zobaczyłem go w Pałacu w Rogalinie kilka lata temu. W chwili obecnej wisi w gmachu głównym Muzeum Narodowego w Poznaniu. Przedstawia żonę kolekcjonera i znawcy sztuki, Atanazego hr. Raczyńskiego – Annę Elżbietę z Radziwiłłów. W chwili portretowania miała ona 34 lata. Można śmiało powiedzieć, że prezentuje się znakomicie. Uwagę przykuwa oczywiście wspaniała suknia z czerwonego aksamitu. Ogromne ramiona i podwyższona nieznacznie talia może nam kojarzyć się z biedermeierowską modą. Jednak to nie wszystko. Najwięcej ten portret zawdzięcza żyjącemu kilka stuleci wcześniej Rafaelowi Santi. Zwłaszcza jednemu z jego obrazów.
 
Dona Isabel de Requesens, Vice królowa Neapolu 1518, Luwr, Paryż
Podobieństwa (inspiracji) nie da się ukryć. Suknie nie są jednak identyczne. Warto poświęcić chwilę, by prześledzić szczegóły – zwłaszcza rękawy i dekolt. One właśnie zdradzają, która z suknia jest z XVI, a która z XIX wieku. Warto zwrócić uwagę także na to, że nie tylko Atanazemu Raczyńskiemu przyszło do głowy zainspirować się Rafaelem. Kilka lat wcześniej, w 1820 roku, także niemiecki malarz (Julius Schnorr von Carolsfeld) stworzył portret Clary Bianci von Quandt (dziś w Alte Nationalgalerie w Berlinie).
 
Mimo, że podobieństwo do renesansowego portretu jest bardzo wyraźne, to jednak modelka nie prezentuje się tak oficjalnie. Obraz ten ma w sobie wiele poetyckiej atmosfery, przywołującej czasy rycerzy i dam.
Dzięki takiemu zestawieniu jeszcze wyraźniej możemy dostrzec znakomitość i wyrafinowanie poznańskiego obrazu – jest on jednocześnie hołdem złożonym Rafaelowi i urodzie Anny Elżbiety; jest świadectwem i mody wąsko rozumianej jako ubiór i tej szeroko pojętej, charakteryzującej epokę.
Oczywiście moda „na Rafaela” nie minęła zupełnie, czego dowodem może być ta fotografia z 1900 roku przedstawiająca balowy kostium Marii Lubomirskiej.
 Z resztą i dziś portret Rafaela może inspirować....

Źródło ilustracji:
M.Piotr Michałowski (red.), Galeria Atanazego Raczyńskiego, Muzeum Narodowe w Poznaniu

Małgorzata Możdżyńska - Nawotka, Od zmierzchu do świtu. Historia mody balowej, Wrocław 2007

sobota, 21 lipca 2012

Podążanie za modą


Jak ostatnio wspominałem – wracam do historii. Skok dość znaczny, bo do pierwszej połowy XVII wieku. Przenieśmy się do Holandii i spójrzmy na rodzinny portret z 1647 roku namalowany przez znanego wówczas portrecistę Bartholomeusa van der Helsta (1613 – 1670)
 Portret rodziny, 1647 Ermitaż, St. Petersburg
Przedstawiona scena dzieje się w podmiejskiej posiadłości. Młody mężczyzna ukazany po lewej stronie wprowadza do rodziny (domu) narzeczoną/żonę. Kobieta zdecydowanie wyróżnia się strojem, który stanowi jednocześnie akcent kolorystyczny w obrazie. Pozostałe postacie ubrane są jedynie w czerń i biel. Lecz nie tylko o barwy tu chodzi. Zwróćmy uwagę na różnice w sukniach obydwu kobiet. Starsza z nich nosi ubiór, który już dawno przestał być mody. Szczególnie anachroniczny jest kołnierz – dużej średnicy kreza oraz czepek. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby ten sam problem nie dotyczył mężczyzn, choć tu różnice są subtelniejsze i nie tak łatwe do zauważenia (też zerkamy na głowę i szyję). Ciekawe jest też to, że kroczący  przed młodą kobietą pokojowy piesek jest przeciwstawiony myśliwskim psom starszej pary. Młode pokolenie zatem nie tylko jest ubrane według obowiązującej mody, ale w ogóle hołduje najnowszym szeroko pojętym modom. Nie wynika to bynajmniej z różnicy w zamożności. Prowadzenie życia w podmiejskiej posiadłości i oddawanie się myślistwu, do czego znajdujemy aluzję na portrecie wymagało znacznych środków finansowych.
Spójrzmy jeszcze na inny, nieco wcześniejszy, zbiorowy portret tego samego artysty. Przestawia on regentów (zarządców) sierocińca.

Regents of the Walloon Orphanage, 1637 Maison Descartes, Amsterdam
Tu mamy podobną sytuację. Ich status i wiek zdradzają tak widoczne kołnierze. Mężczyzna siedzący w lewym rogu jest najstarszy i nosi kołnierz także według najstarszej, minionej już mody. Następnie modne były miękkie krezy, takie, jak widać u mężczyzny pośrodku, piszącego coś w księdze. Najmodniejsze zaś kołnierze, leżące płasko na ramionach i ozdobione koronką mają dwaj mężczyźni. Fascynujące jest, że te w sumie niewielkie różnice są aż tak znaczące. Skromy w sumie czarny ubiór z białymi dodatkami także potrafił mówić o zamożności i statusie.
I jak się okazuje nie wszyscy podążali za najnowszą modą...

Źródło ilustracji:

poniedziałek, 16 lipca 2012

Dior raz jeszcze


Generalnie unikam pisania o najnowszych kolekcjach. Zostawiam te pracę innym, ale do napisania po raz kolejny o ostatniej kolekcji couture Diora skłonił mnie poniższy filmik:
Dla tego domu mody kwiaty są niezwykle istotne. W końcu już tytuł pierwszej kolekcji z 1947 roku się do nich odwoływał. Nie może więc dziwić ich użycie. Zastanawia mnie jednak taki kontrast pomiędzy scenografią, a tym, co na wybiegu. Ściany z kwiatów zdecydowanie dominują we wnętrzach. Zapach zapewne dopełnił to odczucie. Na takim tle kolekcja Rafa Simonsa wygląda jeszcze skromniej.
Dla porównania chcę pokazać kolekcję Galliano sprzed dwóch lat, gdzie też mamy do czynienia z ogromnymi kwiatami w tle. Jednak zaprojektowane przez niego suknie nie schodzą w żadnym momencie na drugi plan.
 
 
To nie chodzi o to, by pokazać, że Galliano był lepszy. Bardziej zastanawiam się nad tym, że to w sumie nie jest takie proste wpisać się w tradycję i styl konkretnego domu mody.
OK, dość. Od następnego razu wracam do historii.

Źródło ilustracji:

czwartek, 12 lipca 2012

Wsiadajcie Madonny...


Na początek fragment wiersza Mirona Białoszewskiego Karuzela z Madonnami:
 
Wsiadajcie madonny
madonny
Do bryk sześciokonnych
...ściokonnych!
[...]
A w każdej bryce vis-a-vis
Madonna i madonna
W nieodmiennej pozie tkwi
[...]
A one w Leonardach min,
W obrazach Rafaela
W okrągłych ogniach, w klatkach lin
W przedmieściach i niedzielach.
 
Domyślam się, że część z czytelników od razu pomyśli o piosence śpiewanej przez Ewę Demarczyk (tu). Ale ma być przecież o modzie. W najbardziej zachwycającej mnie odsłonie pokazał Madonny Jean Paul Gaultier w kolekcji couture na wiosnę – lato 2007 roku. Wszystkie modelki przystrojone były w aureole, a ich twarze przypominały oblicza woskowych figurek dewocyjnych. Niektóre z nich miały nawet namalowane łzy. Po wybiegu przemaszerowała cała plejada rozmaitych Madonn – skromne, proste młode dziewczyny, cierpiąca matka, tronującą królowa. Projektant przywołał także rozmaite formy maryjnych obrazów. Widać było inspirację witrażem, cudownymi obrazami czy przesłodzonymi świętymi obrazkami. Kolorystyka ograniczała się do błękitu, bieli, złota, écru, choć nie zabrakło ani dramatycznej czerni, ani czerwieni krwawiącego maryjnego serca. Gaultier stworzył bardzo kobiece suknie, które mimo głębokich dekoltów czy odsłoniętych nóg trudno określić jako prowokujące lub niestosowne. Uzupełnieniem były oczywiście aureole, których bogactwo form zachwycało – można było zobaczyć „zwykłe”, niewielkie koła, korony wysadzane kamieniami, wachlarze z piór, metalowe promienie. 
 

 

Osobiście kolekcja podoba mi się, bo kiedy odłożymy na bok maryjną stylistykę, pozostaną znakomite suknie. Jeśli jednak pozostaniemy przy niej, możemy kolekcję traktować jako wypowiedź projektanta – artysty na temat kobiecości, ról kobiety itd... Generalnie jest o czym myśleć.

Piszę to wszystko, bo ostatnio natknąłem się na kolekcję dla mężczyzn zaprojektowana przez Riccardo Tisci dla Givenchy na sezon wiosna-lato 2013. 
 

 
Tu też mamy do czynienia z Madonnami, ale w zdecydowanie innym wydaniu. W zasadzie to same nadruki (może malowanie na tkaninie) portretowych ujęć Madonn. Tak naprawdę 4 – 5 powtarzających się typów. Wiem, że dla tego projektanta sprawy religii mają znaczenie i elementy z nią związane pojawiały się w jego kolekcjach (np. na jesień-zimę 2010-11 pokazał modeli z koroną cierniową na szyi (tu). W tej wiosennej kolekcji wizerunki Madonn podkreślają sakralny (kościelny) charakter kolekcji. Wszystko jest ze sobą spójne. Ale czy przekonujące? 
Ja, jako potencjalny odbiorca nie czuję się przekonany. Zdecydowanie łatwiej przyszło mi polubienie kolekcji Gaultier. Przyznaję, że wobec prezentacji Givenchy jestem nieco bezradny.
I w każdej bryce vis-a-vis
Madonna i madonna
I nie wiadomo która śpi,
A która jest natchniona...


Źródło ilustracji: 

czwartek, 5 lipca 2012

Minimalizm u Diora?


Kiedy to się zaczęło? Wiadomo - 12 lutego 1947 roku. Wtedy Christian Dior pokazał swoją pierwszą kolekcję. Zazwyczaj wszyscy się koncentrują na podziwianiu jej. I słusznie, bo kolekcja jest tego warta – w końcu to „New look”. Ale nie było to wówczas powszechne. Istniała spora grupa ludzi, który nie byli zadowoleni z tego, że Dior zużywa ogromne ilość (jeszcze niedawno reglamentowanego) tkaniny na suknię. Ponadto, Dior odwoływał się w tej i kolejnych kolekcjach do XVIII i XIX wieku, a to była przecież przeszłość dawno przebrzmiała. Tym bardziej tuż po zakończeniu II wojny światowej wydawała się zamkniętym rozdziałem. A On – Dior próbuje ją wskrzeszać. Nie mogło się zatem obyć bez oburzenia..
 
Powyższe zdjęcie pokazuje gwałtowną reakcję kobiet na inną, ubraną według najnowszej – diorowskiej – mody. Dalekie to od podziwu i zachwytu. Nota bene – czy ktoś w Was wyobraża sobie taką reakcję dziś?  Tym starszym kobietom nie zwichnęło się poczucie estetyki. Robiły to raczej z patriotycznych powodów  – tak, tak – nie wypadało bowiem według nich , obnosić się tą obfitością, „bogactwem” wobec  niedawnych problemów z zaopatrzeniem (nie tylko tkanin – dosłownie wszystkiego). No właśnie – dom mody Diora był synonimem najwyższego luksusu. Ale nie przeszkadzało to jego wielbicielkom – wręcz przeciwnie (a więc jednak patriotycznie było kupować u Diora i napędzać powojenną gospodarkę).
Tę obfitość, niepraktyczność wręcz czasem (kobiety narzekały, że same nie mogą się ubrać w  suknie Diora), znakomicie potrafił interpretować Galliano, kiedy projektował dla tego domu mody. Wystarczy spojrzeć na te projekty:
 
Haute Couture, wiosna /lato 2007
 Haute Couture, jesień /zima 2009
Dlatego, kiedy obejrzałem wczoraj pierwszy pokaz Rafa Simonsa dla Diora byłem nieco zawiedziony. 
 
 Haute Couture, jesień /zima 2012
To nawet nie o to chodzi, że spodziewałem się drugiego Galliano... Ale piszę ten przydługi post, by przypomnieć, że marka ta to właśnie zalotność, nieco frywolności, niepraktyczności i obfitości. A tego właśnie w jego kolekcji nie zobaczyłem. Jest oczywiście interpretacja sylwetki lat pięćdziesiątych, ale to za mało – nie trzeba projektować dla Diora, by móc odwoływać się do tej dekady (patrz niedawny Marc Jacobs dla L. Vuitton). Stylizacje doskonale odszytych sukni były po prostu smutne... Nie zrozumcie mnie źle – lubię minimalizm – ale u Diora?
Czekam na więcej...

Źródło ilustracji:
Decades of fashion , Koenemann, 2000