czwartek, 31 maja 2012

Po pierwsze chronić


Podróże kształcą. Wiem, banał, ale czasem słowo się staje faktem. Przez ostatni tydzień byłem w Stambule. Niestety generalnie sztuki tego regionu nie rozumiem, ograniczyłem się więc do estetycznego podziwiania. Kiedy odstałem już swoje w kolejce do sułtańskiego Pałacu Topkapi i zniechęcony obijałem się o ludzi (a może oni obijali się o mnie?) stwierdziłem, że tylko obejrzenie zawartości sułtańskiej garderoby może poprawić mi humor. Kiedy wszedłem do odpowiedniej części Pałacu dowiedziałem się najpierw, że fotografowanie jest absolutnie zabronione. Niestety wartownik miał dobry słuch, bo nawet kiedy robiłem zdjęcie ukradkiem, oczywiście bez flesza, usłyszał on charakterystyczny odgłos migawki i pogroził palcem. Generalnie byłoby ok, gdyby można było kupić jakiś katalog tych ubiorów (później się okazało, że mają odpowiednie wydawnictwo o sułtańskich szatach z Pałacu – niestety w cenie dla sułtana – 1,500 tureckich lir, czyli ok. 3000 PLN. To nie pomyłka. Oczywiście książka jest oprawiona w jedwab, w konkretnym formacie itd, ale zadowoliłbym się wersją dla turysty....)
Ok, wróćmy do eksponatów.  Wśród prezentowanych tam głównie kaftanów, jeden wyjątkowo przykuł moją uwagę. Kształt miał tradycyjny, wywodzący się jeszcze z czasów starożytnych, ale zamiast tkaniny w piękne, malownicze wzory, zobaczyć można było namalowane coś na kształt wzorów matematycznych. 
Niestety, okazało się, że po angielsku nie ma wyczerpujących informacji na jego temat, ale udało mi się ustalić kilka najistotniejszych faktów. Otóż, jest to jedna z wielu tzw. „talismanic shirt”. Nawet jak już się ktoś domyśla o co może chodzić, to i tak czeka go (ją) kilka "nieoczywistości". Większość z nas wie, że ubiór może pełnić także funkcje symboliczne. I ten ubiór miał właśnie chronić sułtana (lub innego noszącego, bo nie tylko władcy pozwalali zamawiali takie "koszule"). Powierzchnia takich „talismanic shirt” pokryta jest m. in. wersami z Koranu. Generalnie każda forma, kształt, kolor znajdujące się na niej mają niebagatelne znaczenie. Ale jakby tego było mało, pokrywanie ubioru tymi zdobieniami (jeśli w ogóle można to tak nazwać) musiało odbywać się w określonym, uzależnionym od pozycji gwiazd, terminie. No i towarzyszył temu odpowiedni rytuał. 
Takie koszule wkładano przed walką pod zbroję. Rozumiem, że warto na pole bitwy zabrać, coś, co przynosi szczęście, ale taka koszula, to szczyt ekstrawagancji. Trudno dziś bowiem sobie wyobrazić, by tak niezwykły i piękny ubiór można było włożyć i narazić na przepocenie, nie daj Boże zniszczenie.
A może wypisane na niej treści chroniły także samą koszulę? Kto wie...

Źródło ilustracji:

środa, 16 maja 2012

Jeszcze o deformacji…


Zacznijmy od sukni:
To project Rei Kawakubo dla Comme des Garçons z kolekcji “Lumps and Bumps” na wiosnę-lato 1997.  Trudno nie zauważyć deformujących ją poduszek. Projekt  ten, jak się domyślam, nie znajdzie wielu amatorek, bo któraż chciałaby mieć garba na plecach. To ubiór dla prawdziwych fashion victims.
Czy istnieje więc sens tworzenie takiego ubrania? A jeśli tak, to jaki?
W odpowiedzi na to może pomóc ta osiemnastowieczna suknia ze zbiorów Metropolitan Museum:
Dół sukni jest niezwykle poszerzony, by nie powiedzieć zdeformowany. A jednak założę się, że wiele osób będzie nią zachwyconych. Moda europejska na przestrzeni wieków nieustannie kształtowała ludzkie ciało nadając mu różne kształty. By trzymać się kobiecej sylwetki, moda wyolbrzymiała ramiona czy biodra, często ściskając nienaturanie talię czy biust. Wszystko związane było z pożądanym i obowiązującym kanonem piękna. Ale czy kiedykolwiek w historii kanon ten wprowadził do mody garb na plecach podobny do tego, jaki widzimy u Kawakubo? Raczej opowieść o pewnym dzwonniku z paryskiej katedry utwierdziła nas w brzydocie tak zdeformowanej sylwetki.
Dlaczego zatem poduszki – garby pojawiły się u tej projektantki? Myślę, że można to potraktować jako wypowiedź krytyczną wobec właśnie takiej roli ubrania – czegoś, co deformuje sylwetkę nadając jej nowy, nienaturalny kształt. Warto też zwrócić uwagę na to, że w ogóle projektanci japońskiego pochodzenia wnieśli od paryskiej mody (od początku lat 80. XX w.) zupełnie nową estetykę. Jedną z jej charakterystycznych cech  był brak podkreślania seksualności człowieka - nie było zaakcentowanych piersi, talii czy bioder. Oczywiście minęło nieco czasu zanim ich propozycje przebiły się do masowego odbiorcy. Ale do dziś amatorki podkreślania swoich kobiecych sylwetek raczej omijają propozycje Japończyków.
Tu właśnie widzę sens tworzenia takiego projektu. Traktuję go oczywiście bardziej jako wypowiedź projektanta – artysty, niż użytkowy ubiór. Chodzi o to, by się zastanowić nad tym, że pewne części ciała uznajemy za warte podkreślenia, nawet kosztem zdeformowania, a inne niekoniecznie. Na naszą obronę pozostaje to, że jesteśmy mocno warunkowani przez naszą kulturę. Dzięki projektowi Kawakubo możemy zobaczyć jak bardzo.

Źródło ilustracji
 Art&Fashion. Between Skin and clothing, katalog wystawy, Kunstmuseum Wolfsburg, Kreber Art, 2011

czwartek, 10 maja 2012

Fontanna Schiaparelli

Chciałem napisać o czymś innym, ale otwarcie wystawy poświęconej relacjom pomiędzy projektami tworzonymi przez dwie Włoszki – Schiaparelli i Pradę, spowodowały, że jednak zdecydowałem się wspomnieć pierwszą z nich.  
Jej niezwykłe projekty będące często owocem współpracy z surrealistami z pewnością mogłyby wypełniać bloga przez pół roku, albo i dłużej. Na dziś wybrałem ten wspaniały płaszcz:

Na aksamicie możemy zobaczyć skrzącą się złotem Fontannę Apolla z ogrodów Wersalu. Inne ujęcie tu.
Fontanna poświęcona Bogowi Słońca, Apollowi, znakomicie wpisywała się w program siedziby króla Słońce, Ludwika XIV. Ale bardziej interesujący jest fakt, że zamawiająca ten płaszcz, Lady Mendl (właśc. Elsie de Wolfe (1865–1950) mieszkała w Villi Trianon w Wersalu. Jakby tego było mało, to ta amerykańska ekscentryczka i jednocześnie pierwsza dekoratorka wnętrz inspirowała się w swoich projektach wzornictwem i atmosferą osiemnastego wieku (tak, wiem, że fontanna jest XVII wieczna). Płaszcz został więc stworzony specjalnie dla niej, uwzględniając jej upodobania. Było w na przełomie 1938 i 1939 roku, kiedy Lady Mendl miała ok. 70 lat!!! Ubrana w ten płaszcz trafiła by dziś bez wątpienia na bloga Advanced Style.
I jeszcze jeden kontekst, by dopełnić temat. Z jednej strony bowiem mamy osobiste, unikatowe zamówienie, ale nie możemy zapomnieć, że właśnie przed II wojną światową motyw fontanny pojawiał się dość często we wzornictwie (np. tu). Szczególnie popularny był po wystawie sztuki dekoracyjnej w Paryżu, w 1925 roku. Na pocztówce z tej wystawy można zobaczyć jedną z wielu fontann, jakie na tę okazję zainstalowano.
Zapewne dlatego tak ciekawy jest projekt Elsy Schiaparelli – odwołuje się on do tradycji, ale też nie jest oderwany od obowiązującej mody. Jakości wykonania już nie trzeba komentować...

Źródło ilustracji:
http://metmuseum.org/collections/search-the-collections/80002288?img=0
http://www.chateauversailles.fr/decouvrir-domaine/jardins/la-nature-disciplinee/les-bassins

http://kultura.wp.pl/title,Klucz-do-fontanny,wid,12877841,wiadomosc.html?ticaid=1e6b5 
Art Deco 1910 – 1939, Zysk i s-ka, 2010

wtorek, 1 maja 2012

Deformowanie klasyka


Malarstwo Jeana Augusta Dominique’a Ingres’a, choć cieszyło się uznaniem, podobnie jak i on sam, miało też swoich zaciekłych wrogów. Zarzucali mu oni przede wszystkim zbytnią sztywność i suchość dla porównania wskazując malowane szerokim gestem płótna Delacroix. Rzeczywiście, kiedy patrzymy np. na jedną z bardziej znanych prac Ingres’a, zatytułowaną „Źródło” (zbiory Musée d'Orsay) dostrzegamy zdecydowanie bardziej rysunek, formę, a nie efekty malarskie.
Obraz ten powstawał wiele lat (od 1820 do 1856) i można powiedzieć, że stanowi kwintesencję stylu mistrza. Istotne było poszukiwanie formalnego piękna, ideału, który, rzecz jasna, realnie nie istnieje. No i w pewnym sensie aż się prosi by dyskutować z takim podejściem do malarstwa...
Z dzisiejszej perspektywy jednak zarówno Ingres jak i Delacroix to klasycy. Zwłaszcza dla współczesnych artystów, którzy czasem odwołują się w swojej twórczości do dawnych mistrzów, to składając im hołd, to kpiąc. Japoński artysta Yasumasa Morimura urodzony w 1951 roku jest znany właśnie z tego, że siebie, bądź swoją twarz umieszcza „w dziełach” uznanych za klasyki. Między 1986 a 1990 rokiem powstały prace, których punktem wyjścia był właśnie obraz Ingresa, „Źródło”


Yasumasa Morimura posługuje się wielkoformatowym, czarno-białym wydrukiem, który wykorzystuje na różne sposoby: to je przenika, to się nim staje...
Jedna z tych prac, tak ingerujących w ideał Ingresa została wykorzystana w projekcie Issey’a Miyake. Obiektem tej „międzyartystycznej” współpracy była seria „Pleats Please”, którą projektant tworzy od 1993 roku. Niezwykłość jej polega na sposobie produkcji. Materiał – wysokiej jakości poliester jest najpierw wykrawany w jednej części i to z dużym naddatkiem - ubrania są średnio 2,5 razy większe niż powinny być. Następnie umieszczane są one w papierowym rękawie i poddawane naciskowi. Dodajmy, że w tradycyjnym krawiectwie proces ten przebiega dokładnie odwrotnie – najpierw plisy, później zszywanie. No, ale najważniejszy jest efekt - supertrwałe plisy (przebiegające nie tylko pionowo, ale w różnych kierunkach), sprawiające, że ubiór nosi się łatwo i przyjemnie. W 1996 roku Miyake postanowił uatrakcyjnić tę serię i zaczął zapraszać artystów. Pierwszym z nich był właśnie Yasumasa Morimura ('Guest Artist' series No.1 Autumn/Winter 1996)
Najciekawsze w tej sukni jest jednak to, że przeniesiona na splisowaną tkaninę „idealna” kobieta stworzona przez akademika, już raz zakłócona przez Morimurę, podlega teraz poprzez splisowanie nieustającym deformacjom, symbolicznie niwecząc tym samym europejski ideał o antycznych korzeniach.
Choć z drugiej strony, czy Miyake kiedykolwiek ten ideał wyznawał?

Źródło ilustracji:
Fashion. A history from the 18th to the 20th Century. The collection of the Kyoto Costume Institute, Taschen, 2002;