wtorek, 24 kwietnia 2012

Teatr mody Alexandra McQueena

Sprawą oczywistą wydaje się to, że pokazy Alexandra McQueena były rodzajem teatralnych spektakli. Ale dziś nie o takie rozumienie teatru mody mi chodzi. Mam na myśli Théâtre de la Mode, niezwykłą wystawę paryskich projektantów couture, jaka miała miejsce w 1945 roku, w budynku dzisiejszego Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu
Ta prezentacja w dużej mierze miała złożenie propagandowe; chodziło o to, by pokazać paryską modę, mimo wojennej zawieruchy) jako wciąż mocną, wyraźną i przodującą. A pokazano ją nie tylko w samej stolicy mody, ale także w Londynie, Leeds, Barcelonie, Kopenhadze, Sztokholmie i Wiedniu, Następnie zaś, po wymianie części strojów, prezentowanych na specjalnie skonstruowanych lalkach, paryską modę zobaczyć mieli Amerykanie.
Każdą z 12 scenografii, które były tłem dla modeli Haute Couture zaprojektował inny artysta (całość pod kierunkiem Christiana Bérard’a). Niektóre z nich odwoływały się do paryskiej rzeczywistości wprost, np. pokazywały Rue de la Paix i Place Vendôme (Louis Touchagues), ale inne były zdecydowanie odważniejsze, surrealistyczne, np. autorstwa Jean'a Cocteau Ma Femme est une Sorcière (Moja żona jest wiedźmą) - hołd dla René Clair’a.
Dziś Théâtre de la Mode oglądać można w Muzeum w Maryhill w stanie Waszyngton, w zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Odtworzone zostały tam niemal wszystkie scenografie. Poniższa jednak stanowi wyjątek.
Jak widać scenerię dla „modelek” stanowiła karuzela.  Wygląda to nieco surrealistycznie, głównie ze względu na zachwiane proporcje postaci i elementów karuzeli. Ale nie tylko. Uważne przyjrzenie się (wiem, że fotografia nie jest znakomitej jakości) powoduje, że zamiast tradycyjnych „karuzelowych” wykorzystano centaury. Kiedy zobaczyłem to po raz pierwszy, od razu pomyślałem, że gdzieś już to widziałem.... Zajęło mi chwilę, by odnaleźć to:
To pokaz kolekcji Alexandra McQueena na jesień zimę 2001. Podczas pokazu istotną rolę odgrywała karuzela z surrealistycznymi końmi, które w tej wersji są dmuchane i tworzą nastrój raczej z koszmaru sennego niż niewinnej zabawy. Charakter „koszmaru” podkreślają makijaże i fryzury modelek, jakby wzięte z horroru. Prezentowane na pokazie suknie, także wpisuję się tę makabryczną, ale i surrealistyczną estetykę.
Nie twierdzę, oczywiście, że McQueen znał Théâtre de la Mode (choć nie jest to wykluczone), ale wraz z jedną z jego scenografii tworzy znakomite połączenie.

A na marginesie chciałbym tylko napisać, że właśnie niepostrzeżenie minęły dwa lata Muzealnych Mód. Oczywiście jest we mnie z tego powodu dużo radości. Z sentymentu przypominam swój pierwszy wpis... 



Źródło ilustracji...
Théâtre de la Mode, Fashion Dolls: The Survival of Haute Couture, Maryhill Museum of Art, 2002
Fashion on the edge, Caroline Evans, Yale University Press, 2003
www.style.com

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Moda na centymetry

Ostatnio w moje ręce wpadł Paris Match z sierpnia 1953 roku, a więc czasu, kiedy paryskiej modzie bezapelacyjnie królował Christian Dior we własnej osobie. I to właśnie on jest bohaterem okładki tego pisma.Zwraca on czytelnikom (bo nie tylko czytelniczkom) uwagę nie na ogólną sylwetkę, nie talie, ramiona, czy biust... Otóż najważniejsza jest długość spódnicy (sukni) i wynosi ona – UWAGA – równe 42 centymetry od ziemi. Jakby tego było mało, w środku, na czarno-białych zdjęciach możemy zobaczyć jaką modę proponują inne domy couture. A w zasadzie jaką proponują długość spódnicy (warto zerknąć na pończochy ze szwem!)
A wszystko to uszeregowane od najdłuższej, Serge’a Kogan’a (25 cm) do najkrótszej, diorowskiej, wynoszącej 42 cm. Nic tylko wybierać w całym wachlarzu możliwości....
Ale jeśli nic z tego nie przypadnie do gustu, można zerknąć okiem na suknię którą proponuje Dior, idealną do wysiadania... czyli w sam raz dla nowoczesnej kobiety, która przecież wsiada i wysiada kilka razy dziennie...Mówiąc szczerze, tą suknią (i radą Diora) mogłyby zainteresować się i dzisiejsze celebrytki, które ubierając się na wszelakie gale, często zapominają, że będą wysiadać z limuzyny w blasku fleszy i dobrze, jeśli zrobione zdjęcia ujawnią „jedynie” bieliznę, a nie jej brak...

Źródło ilustracji:
Paris Match, archiwum autora

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

„Barwy wojenne”

Po przeczytaniu dwóch biografii Gabrielle Chanel pod rząd, niespodziewanie poczułem głód na czytanie biografii. Najpierw chciałem wziąć się za Gucci’ch, ale ręka przesunęła się nieco dalej i złapała różową, twardą oprawę. Ta książka autorstwa Lindy Woodhead to biografia dwóch niezwykłych kobiet – Heleny Rubinstein i Elizabeth Arden. Wydawnictwo Świat książki wypuściło ją na rynek w 2004. Tak, tyle właśnie czekała w mojej biblioteczce na przeczytanie... Może trochę wstyd, ale lepiej późno niż wcale.
Dopiero zacząłem ją czytać, a już we wstępie znalazłem ciekawe rzeczy:
Od lat trzydziestych do pięćdziesiątych XX wieku określenia „barwy wojenne” [to tytuł książki] używano w amerykańskiej odmianie angielskiego w znaczeniu „makijaż”. Nakładanie przez kobietę „barw wojennych” było przygotowaniem się do walki na polu osobistym, to znaczy uwodzeniem upatrzonego mężczyzny. Tekst jednej z popularnych w latach pięćdziesiątych piosenek brzmiał: „Nie potrzebujesz barw wojennych, nie musisz ruszać do walki, wychodzisz tylko z chłopcem z sąsiedztwa”. To wyrażenie nie zyskało popularności we wcześniejszym okresie, ponieważ wówczas tylko nieliczne kobiety w społeczeństwach zachodnich pojawiały się w miejscach publicznych w makijażu. A i wtedy był on bardzo dyskretny. Kolorowe kosmetyki, zwłaszcza do oczu, były domeną aktorek - i prostytutek. Ten stygmat społeczny pod hasłem „Twarz: pomalowana” czytamy: „Patrz również: dziwka. (Str. 16)
A wracając do głównych bohaterek, to okazuje się, że były wyrazistymi postaciami, konkurującymi ze sobą i jednocześnie nie znoszącymi się nawzajem. Oczywiście, kiedy tylko skończę czytać zdam relację, a do tego czasu proponuję obejrzeć fragment filmu dokumentalnego powstałego na podstawie książki.

Kiedy słucham tych mężczyzn, odnoszę wrażenie, że opowiadają scenę z filmu Diabeł ubiera się u Prady.


Miłego oglądania, a ja wracam do lektury...