sobota, 20 października 2012

Z wizytą u Victorii i Alberta



Co prawda wróciłem z Londynu kilka dni temu, ale jak się okazało tamtejsza pogoda nie przepuściła mi i zgotowała przeziębienie.  W żaden sposób nie psuje to pozytywnego wspominania wyjazdu, jedynie opóźnia o kilka dni relację.  Tytuł postu od razu zdradza o czym będzie. I w sumie dobrze, bo to był główny cel mojej podróży. Od dawna nastawiałem się na wystawę poświęconą brytyjskiej modzie wieczorowej (balowej). Stąd też moja ucieszona mina ;)))
Wystawa nie jest duża. Zawiera się w przestrzeni przeznaczonej na ekspozycję ubioru (o czym za chwilę).  Ma dwa poziomy; pierwszy dotyczący dawniejszych bali oraz dworskich i królewskich toalet, natomiast drugi poziom przeznaczony był na zupełnie współczesne suknie. Suknie podziwiałem zdecydowanie chłodnym okiem, zwracałem też uwagę na sposób ich pokazywania, co jest dla mnie także interesujące (kiedyś to bardziej wyjaśnię). Dlaczego to podkreślam? Bo byłem jedynym mężczyzną na tej wystawie!!! Nie licząc jednego starszego pana ciągniętego przez swoją żonę (!) Muszę się nad tym solidnie zastanowić... Myślę, że trochę tak właśnie jest  - nie należę do targetu tej wystawy. Nie roztkliwiałem się przed gablotami (no, może nie w taki sposób, jak moje sąsiadki), nie wzdychałem, nie marzyłem żeby się wbić w jedną bądź drugą kieckę ;))) Piszę to w ten sposób, bo nie poruszyła mnie ta wystawa. Mimo tych wspaniałych sukni, czegoś mi zabrakło. Jakiegoś takiego czaru, lekkości. Może dlatego, że aranżacja wystawy była nieco surowa? A może po prostu jestem przywiązany do francuskiej mody? Możliwe. Tak czy inaczej na pewno warto zobaczyć wystawę, bez dwóch zdań.
Inną, równie ciekawą ekspozycją – szczerze mówiąc dla mnie znacznie ciekawszą, jest stała prezentacja zmieniającej się mody poczynając od połowy XVIII wieku do dziś. Jest ona dokładnie w tej samej przestrzeni, co wystawa „balowa”. Co warto zaznaczyć, jest to nowa ekspozycja – dwa lata temu, kiedy tam ostatnio byłem wyglądała zupełnie inaczej. I ta wystawa mnie powaliła. Wybrano na nią same perełki. Mało tego, starano się także pokazać kontekst, co nie zawsze ma miejsce. Ubiory uzupełniają nie tylko, co naturalne, akcesoria, ale też materiały ikonograficzne – plakaty, grafiki, magazyny mody itp. A wszystko to wybrane idealnie, w punkt. 
No nie ma szans, by się nie podobało komuś. Moja ulubiona gablota zawierała couture z lat 50.; drugą, do której wracałem najczęściej, była z modą orientalną z początku XX wieku. 
 

Jakby tego było mało warto, można się też pokręcić po innych galeriach – sztuki japońskiej, islamskiej, środkowego wschodu. Wszędzie natrafimy na suknie. Szczególnie polecam galerię sztuki brytyjskiej; zachwyty gwarantowane. Jeśli ktoś jednak uważa, że ubiór to nie wszystko, wystarczy, by odwiedził dział z biżuterią. Stamtąd nikt jeszcze nie wrócił niezadowolony – pełen przekrój stylów, kamieni, szlifów czy kształtów.
Na koniec – o ile starczy komuś jeszcze sił – można zajrzeć do pobliskiej galerii z kostiumem. Tam także wiele przyjemnych niespodzianek.
Nie będzie za to niespodzianką, jeśli powiem, że na wizytę tam warto poświęcić minimum 1 cały dzień, a najlepiej 2 ;)

3 komentarze:

  1. A czy galeria ubioru jest juz po remoncie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak :) W zasadzie w samym układzie nic się nie zmieniło, gabloty są te same co były, ale aranżacja nie dość, że z nowych (tzn. innych) sukni, to jeszcze jest to uzupełnione dodatkami, które wspominałem. Ja pamiętam, że były tam same suknie i do tego tylko z XX wieku. Teraz jest przekrój. Ciekawe na jak długo.... W końcu za jakiś czas znów coś muszą zmienić. Bardzo lubię takie stałe ekspozycje :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Dział z biżuterią - jedno zdjęcie i już wiem, żę bym się tam "zgubiła". Odwiedzić Londyn planuję już od dawna, pewnie dopiero w wakacje mi się to uda, ale na pewno skonsultuję miejsca warte odwiedzenia, zanim wyjadę ;)

    OdpowiedzUsuń