poniedziałek, 2 kwietnia 2012

„Barwy wojenne”

Po przeczytaniu dwóch biografii Gabrielle Chanel pod rząd, niespodziewanie poczułem głód na czytanie biografii. Najpierw chciałem wziąć się za Gucci’ch, ale ręka przesunęła się nieco dalej i złapała różową, twardą oprawę. Ta książka autorstwa Lindy Woodhead to biografia dwóch niezwykłych kobiet – Heleny Rubinstein i Elizabeth Arden. Wydawnictwo Świat książki wypuściło ją na rynek w 2004. Tak, tyle właśnie czekała w mojej biblioteczce na przeczytanie... Może trochę wstyd, ale lepiej późno niż wcale.
Dopiero zacząłem ją czytać, a już we wstępie znalazłem ciekawe rzeczy:
Od lat trzydziestych do pięćdziesiątych XX wieku określenia „barwy wojenne” [to tytuł książki] używano w amerykańskiej odmianie angielskiego w znaczeniu „makijaż”. Nakładanie przez kobietę „barw wojennych” było przygotowaniem się do walki na polu osobistym, to znaczy uwodzeniem upatrzonego mężczyzny. Tekst jednej z popularnych w latach pięćdziesiątych piosenek brzmiał: „Nie potrzebujesz barw wojennych, nie musisz ruszać do walki, wychodzisz tylko z chłopcem z sąsiedztwa”. To wyrażenie nie zyskało popularności we wcześniejszym okresie, ponieważ wówczas tylko nieliczne kobiety w społeczeństwach zachodnich pojawiały się w miejscach publicznych w makijażu. A i wtedy był on bardzo dyskretny. Kolorowe kosmetyki, zwłaszcza do oczu, były domeną aktorek - i prostytutek. Ten stygmat społeczny pod hasłem „Twarz: pomalowana” czytamy: „Patrz również: dziwka. (Str. 16)
A wracając do głównych bohaterek, to okazuje się, że były wyrazistymi postaciami, konkurującymi ze sobą i jednocześnie nie znoszącymi się nawzajem. Oczywiście, kiedy tylko skończę czytać zdam relację, a do tego czasu proponuję obejrzeć fragment filmu dokumentalnego powstałego na podstawie książki.

Kiedy słucham tych mężczyzn, odnoszę wrażenie, że opowiadają scenę z filmu Diabeł ubiera się u Prady.


Miłego oglądania, a ja wracam do lektury...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz