poniedziałek, 24 grudnia 2012

Paryżanki


Jeśli Paryż to stolica mody, logika podpowiada nam, że mieszkanki Paryża są najmodniejszymi kobietami. A co podpowiada nam intuicja? Jeśli ktoś był we francuskiej stolicy może dorzucić jeszcze swoje obserwacje. No i  jak zebrać to w jedną całość? Przecież logika bez problemu może przeczyć intuicji, a ta nie musi znaleźć potwierdzenia w obserwacjach… Zdecydowanie łatwiej jest zacząć od tego, co było. A byli na przykład impresjoniści malujący paryskie ulice. Próbowali, z powodzeniem, notować otaczający świat, rzeczywistość paryskich ulic, a na nich oczywiście Paryżanki. Czy wyróżniały się czymś szczególnym? Spójrzmy na obraz Edouarda Maneta z 1874 roku zatytułowany właśnie tak – Paryżanka (Muzeum Narodowe w Sztokholmie)
Widzimy młodą, jasnowłosą kobietę (Ellen Andrée). Czy jest szczególnie piękna? Moim zdaniem nie. Ale jest w niej coś przykuwającego uwagę. Chyba najbardziej interesująca jest postawa; niby statyczna, a jednak energiczna, pulsująca życiem. Znakomicie uchwycone są gesty, zwłaszcza lewa ręka podtrzymująca suknię. Trudno uznać ten ubiór za strojny – mało twarzowa czerń, niemal żadnych ozdób. Ośmielam się nawet stwierdzić, że jest wiele elementów „męskich” w jej stroju, jak chociażby zegarek widoczny po prawej stronie talii. Oprócz tego, że kobieta ta jest współczesna Manetowi, nowoczesna w swojej postawie i praktyczności  ubioru, dostrzegam w jej sukni także elementy historyczne.
Przedstawiona na płótnie kobieta wydaje się być sumą wszystkich Paryżanek i jednocześnie tylko sobą - nowoczesną i tradycyjną zarazem. To odczucie wzmaga umieszczenie postaci na neutralnym tle. Nie na ulicy, w kawiarni czy wnętrzu… Jednym słowem Paryżanka Maneta jest posągowa. To jakby pomnik i jednocześnie hołd dla wszystkich Paryżanek. (Ciekawa jest też wąska gama kolorów; podobnie, jak z samą postacią - im dłużej się przyglądamy, tym więcej kolorystycznych niuansów dostrzegamy).
A jednak wciąż kołacze się wątpliwość czy ktoś spoza Paryża jest w stanie dostrzec „to coś” w tamtejszych kobietach… może ich czar nie działa na „przyjezdnych”?
W Lwowskiej Galerii Obrazów znalazłem taki obraz (prawdę mówiąc to wówczas narodził się pomysł na ten wpis, ale jak widać potrzebował czasu na zaistnienie).

Jego autorem jest nieznany mi polski malarz, Kajetan Stefanowicz. Tytuł brzmi znajomo: Paryżanka. Tym razem AD 1912. Inna moda, inne kolory, inny styl. Postać wydaje się bardziej krucha, delikatna. Na pewno mniej realna, do czego przyczynia się niesamowite tło. A jednak dostrzegam coś podobnego. To gesty. Jest w nich większa delikatność, brak tej „konkretności” Maneta, ale jednak… Patrząc na te dwa obrazy uderzające jest dla mnie to, że obserwator z zewnątrz, polski artysta, wbrew podejrzeniom, bardziej idealizuje paryską kobietą niż tamtejszy malarz. W obrazie Stefanowicza kobieta wygląda niemal jak egzotyczny, rajski ptak, Manet zaś pokazuje Paryżankę z krwi i kości; może przeciętnej urody, na pewno nie idealizowaną, ale jednak przykuwającą uwagę całą swoją postacią.
Czyżby wychodziło na to, że bycie Paryżanką to określone cechy, tak nieuchwytne i trudne do zdefiniowania, jak szyk czy elegancja nieobce nawet kobietom z półświatka jak w przypadku modelki Maneta? Jak mocne i trwałe jest wyobrażenie o szyku paryskich kobiet może świadczyć portret tej elegantki.

Nie pochodzi ona bynajmniej z Paryża, ale tak właśnie została przyporządkowana. To minojskie malowidło z ok. 1400 r. p.n.e. (w zasadzie jego fragment) jest na tyle sugestywne, że tę bezimienną damę powszechnie nazywa się właśnie Paryżanką. Czyżby chodziło o tę fryzurę? Może o podkreślone oko, czerwone usta? A może to rodzaj kokieterii, nawet frywolności? 
A jakie są Wasze skojarzenia z Paryżankami?

Źródło ilustracji:
Archiwum autora

(Przed)świątecznie


Jadąc do rodziców na Święta, nadłożyłem drogi i odwiedziłem Łódź. Po pierwsze mam tam zawsze dobre towarzystwo do rozmów o modzie, a po drugie miło jest odświeżyć sobie  ekspozycję z modą XX wieku w Centralnym Muzeum Włókiennictwa (tu), w zasadzie jedyna taką stałą wystawą w Polsce (chyba, że o czymś nie wiem). Oczywiście nie było rozczarowań, ani w pierwszym, anie w drugim przypadku. Ale uczucie niedosytu pojawiło się gdzie indziej. Przed wyjazdem sprawdziłem, że w Muzeum Miasta Łodzi mieszczącym się w Pałacu Poznańskiego jest wystawa o intrygującym tytule: Co kryją w sobie? Z historii damskiej torebki XIX-XX w.(tu). Jeśli ktoś wybiera się na zakupy do sąsiadującej Manufaktury i zechce się na chwilę oderwać od zakupowo-świątecznego szału, to wystawa jest w sam raz. Jednak jeśli ktoś się wybierze specjalnie na wystawę to może się rozczarować. Eksponatów mało, ale to mi nie przeszkadza. Generalnie na wystawie nie ma odpowiedzi na pytanie z tytułu wystawy.... Jedynie kilka torebek/ kuferków podróżnych jest otwartych, ale zdecydowana większość milczy w tym temacie. Domyślam się, że budżet nie był wygórowany, ale mimo to można było "zagrać z widzem" i umieścić rzeczy, które mogą być w damskiej torebce, co się mieści, co nie, może zawartość torebek przypadkowych, wybranych kobiet, albo chociaż zdjęcia wnętrz tych torebek..... Generalnie smutno i nieco przygnębiająco, mimo, że torebki ładne...
No cóż.... Nie wypada nic innego jak życzyć sobie i wszystkim czytającym Muzealne Mody, więcej mody w muzeach, więcej wystaw, prezentacji czy pokazów. Inne życzenia dostaniecie od bliskich, więc poprzestanę na "swojej działce".
Od siebie dokładam także dostęp do konta na Pinterest, gdzie postaram się wrzucać różne, inspirujące rzeczy.  

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Taniec w stylu Art Déco


Nawet jeśli  kogoś niespecjalnie interesuje styl Art Déco, to z pewnością i tak „obiła mu się o oczy” okładka książki, przewodnika po tym stylu.

Obraz zdobiący okładkę znajduje się w zbiorach poznańskiego Muzeum Narodowego. Namalował go Władysław Roguski.
Na pierwszy rzut oka to po prostu zwykły, staromodny dancing; pary niemal stoją w miejscu zamiast tańczyć. Ponadto na pierwszym planie widzimy stolik, przy którym siedzi rozmawiająca ze sobą para oraz młody mężczyzna pijący drinka. Ale są też kolory i to one wszystko tu zmieniają. One tworzą kolejne plany wprowadzając przestrzeń i jednocześnie dynamikę. Artysta krzyżując ze sobą kolory zignorował zasady mieszania barw – wprowadził swoje. Dzięki temu jesteśmy na nowoczesnym dancingu, gdzie światła się przenikają, to kryjąc, to wydobywając z cienia tańczące pary. Teraz widzimy ich zgeometryzowane kształty. Dostrzegamy także kobiece nogi. Tak... zdecydowanie nowoczesny dancing w stylu Art Déco. Władysław Roguski uchwycił w swoim obrazie nie tylko modę połowy lat 20. ubiegłego wieku, ale także to, z czego wyrastała, m. in. z nowoczesnej sztuki kubistów i futurystów.

Dla porównania poniżej prezentuje dwa projekty tkanin ze zbiorów Victorii & Alberta (z początku i z końca lat 20.) Można z łatwości wychwycić podobną grę przenikających się, geometrycznych form.

No i wspaniała torebka także z V&A (ok.1925) z rozchodzącymi się promieniście żłobieniami powodującymi grę światła.
W sam raz na dancing w stylu Art Déco....

czwartek, 13 grudnia 2012

Wprawianie w ruch


Cofnijmy się na chwilę w czasie, do roku 1912. Giacomo Balla maluje wówczas swój słynny obraz Dynamizm psa na smyczy.
 
Dziś ten obraz wydaje się nam oczywisty i z łatwością znajdujemy porównanie do nałożonych na siebie klatek filmowych. Dla Giacomo Balli to nawiązanie także było czytelne. Jeśli jednak spojrzeć na malarstwo, na to w jaki sposób można zaprezentować ruch na płaskiej, dwuwymiarowej powierzchni, obraz ten był niewątpliwie przełomowy. Futuryści, do których zaliczamy także autora tego płótna odrzucali tradycję i skupiali swoją uwagę (i podziw) na tym co nowe, dynamiczne, a czasem i agresywne.

Po I wojnie światowej, także moda została wprawiona w ruch. Ten ruch miał wiele „odmian”. Zmieniło się ogólne tempo życia, to jasne. W związku z tym ludzie byli bardziej mobilni. Ułatwiały im to między innymi nowoczesne środki transportu. Także tańce miały, inne, dynamiczne tempo.  Doskonałym tego przykładem był charleston.
 

Jakby było mało ruchu, suknie, które zakładały kobiety, były tak zaprojektowane, by nie tylko było łatwo się w nich poruszać, ale żeby i one same się ruszały. Najłatwiej osiągnąć ten efekt za pomocą rozmaitych zwisających tasiemek, koralików czy frędzli. Poniżej dwie fantastyczne suknie, będące kwintesencją ówczesnej mody (jedna ze zbiorów MET - Molyneux, 1926-27, druga ze zbiorów V&A - Voisin, ok. 1925).


I teraz należy użyć wyobraźni... te ruchome części sukni w pod wpływem tańca (ruchu, gestu) noszącej zaczynały się zachowywać dokładnie tak, jak przedstawił to dekadę wcześniej Giacomo Balla. Suknia wirowała tak, że trudno było wychwycić ruch pojedynczego elementu. Życie dogoniło sztukę, która chciała jak najlepiej przedstawić dynamizm życia....
Dla porównania polecam też bardzo stary wpis na podobny temat (tutaj)

Źródło ilustracji:

niedziela, 9 grudnia 2012

Ubierz mnie



Mimo tytułu, zamierzam namawiać przede wszystkim do oglądania. I do dyskusji. „Ubierz mnie” jest bowiem tytułem filmu  - projektu zrealizowanego przez młodą artystkę, Małgorzatę Goliszewską.  Wielokrotnie krytykowana przez rodzinę za swój sposób ubierania, postanawia zrobić eksperyment – pozwolić się ubrać przez krytykujące ją osoby. Są to: mama, babcia i przyjaciółka.

Ten film pokazuje przede wszystkim, że czegokolwiek byśmy nie założyli, nie zadowolimy wszystkich. Czy zatem w ogóle warto brać pod uwagę cudze zdanie? Już słyszę te odpowiedzi.... Ale pojawia się jeszcze jedna, istotna kwestia – tzw. odwaga cywilna... Nie każdy przecież ma siłę pozwalającą nie przejmować się negatywnymi komentarzami. A te łatwo wywołać wyrazistym strojem. Tylko czym jest ten wyrazisty strój? Na polskich ulicach w sumie łatwo się wyróżnić i.... narazić na komentarze. To właśnie podoba mi się w Londynie czy Nowym Jorku – tam w zasadzie można spotkać ludzi ubranych w najrozmaitszy sposób. I trudno znaleźć coś naprawdę szokującego. Z drugiej strony naprawdę ciężko tam zabłysnąć, zwrócić uwagę, pokazać się.

Więc może nie ma co narzekać, tylko korzystać z tego przywileju, jakim jest szara, smutna polska ulica? Chyba za daleko odchodzę od filmu...
Po prostu obejrzyjcie.


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Tuileries


Tak, to nazwa ogrodu znajdującego się między Luwrem a Placem de la Concorde, czyli w samym sercu Paryża. Bardzo przyjemne miejsce, zwłaszcza wiosną i latem.
 

Tuileries może także oznaczać pałac istniejący tuż obok i zamykający dziedziniec Luwru. Istniał on tam do 1871 roku, kiedy to został zniszczony w czasie powstania Komuny Paryskiej.

W przypadku malarstwa zaś Tuileries głównie kojarzone są z towarzystwem przesiadującym tam w trakcie letnich miesięcy, co uwiecznione zostało w obrazie Edouarda Maneta:
 Koncert w ogrodzie Tuileries, E. Manet, 1862, NG, Londyn

Malarz sportretował tu nie tylko siebie, ale także swojego brata Eugène’a,  Charlesa Baudelaire’a Théophila Gautier, Henri Fantin-Latoura, Jacquesa Offenbacha... Krótko mówiąc paryski świat z początku lat 60. XIX wieku. Można też uznać, że Manet był malarzem mody tego czasu (o czym innym razem).Dziś interesuje mnie bardziej suknia z 1957 roku nazwana właśnie Tuileries:

 

Tę suknię znajdującą się w zbiorach Victorii i Alberta zaprojektował hiszpański projektant Antonio Castillo pracujący od 1950 roku dla Lanvin. W okres jego pracy dla tego domu mody zmieniono nawet nazwę na Lanvin-Castillo. Co w tej sukni wydaje mi się interesujące, to wyraźne nawiązanie do mody XIX wieku. I nie chodzi mi tylko o jej nazwę. Zdjęcie pokazujące ją z profilu świetnie uchwyciło jej linię. Dla porównania oczywiście suknia z odpowiedniego okresu.  Datowana jest na 1961 rok i pochodzi z paryskiej pracowni (zbiory MET).

Do opisania pozostają białe groszki sukni Tuileries, które były popularnym wzorem w latach 60. XIX wieku. Modę tę znakomicie uchwycił choćby Jean Frederic Bazille, uwieczniając rodzinne popołudnie:
 Rodzinne spotkanie, 1867, Musee d'Orsay 


Ile skojarzeń może budzić jedna suknia... A jak Wy ją odbieracie?

Źródło ilustracji:

środa, 21 listopada 2012

Egipskie inspiracje - suplement



Po napisaniu o egiptomanii w minioną niedzielę, przypomniałem sobie, że wciąż mam trochę zdjęć z Metropolitan Museum, których w ogóle nie pokazałem. Niektóre z tych obiektów wyglądają już same z siebie nowocześnie. Wystarczy spojrzeć na ten naszyjnik (kołnierz) z czasów 18 dynastii (połowa XIV w. p. n. e.). Spokojnie można by go było dziś pokazać w witrynie sklepu z biżuterią, np. u Kruka….
Tu inny przykład, znacznie młodszy, bo tylko z przełomu IV/ III wieku p.n.e…
No i kilka innych zdjęć, może kogoś zainspirują :))

Źródło ilustracji:
Archiwum autora.

niedziela, 18 listopada 2012

Diamentowe Zoo



Żeby nie być posądzonym o promowanie jednej firmy kosztem innej, chciałbym wspomnieć jeszcze jedną wystawę biżuterii. Ona także potrwa aż do lutego i również jest prezentowana w Europie. W madryckim muzeum Thyssen-Bornemisza można oglądać sztukę mistrzów projektujących dla firmy Cartier. Jest ona zdecydowanie starsza od Van Cleef & Arpels i wydaje mi się, że jednak bardziej znana szerokiej publiczności.  Z wzorów, jakie proponowano klientkom można by stworzyć niemal cały zwierzyniec:
Broszka Flaming, specjalne zamówienie, 1940/ Wallis Simpson
 
 Broszka/ przypinka  Pantera, 1949
 
Naszyjnik Krokodyl, 1975
 Broszka skarabeusz, 1924 (por. wpis poniżej – Kierunek:Egipt)

Oczywiście takie kojarzenie firmy, choć prawidłowe, to z pewnością krzywdząco niepełne. Proponuję pobrać ze strony wystawy (tutaj) kilkunastostronicowy dokument pdf i poczytać, albo chociaż pooglądać. 

Źródło ilustracji:
Anne Sebba, Ta kobieta. Wallis Simpson, wyd. Znak, 2012 (fragment fotografii)