poniedziałek, 27 czerwca 2011

Tom Wesselmann

Ostatnio wspomniałem Yves Saint Laurent’a i teraz trudno mi się powstrzymać, by nie kontynuować omawiania jego twórczości. Żeby faktycznie pociągnąć wspomniany ostatnio wątek, chciałbym pokazać dziś dwie suknie też z kolekcji z drugiej połowy lat 60 – tych i też z odniesieniem do współczesnej mu sztuki. Mam na myśli kolekcją haute couture pokazaną w lipcu 1966, nawiązującą do pop artu. Znalazły się w suknie będące hołdem dla amerykańskiego artysty, Toma Wesselmann’a (1931 – 2004).
Chodzi oczywiście o to, że te płaskie, różowe sylwetki kobiece (no, twarz i sylwetka, by być dokładnym) współtworzące konstrukcje sukni, nie są to bowiem aplikacje, były zainspirowane malarstwem tego artysty.
Wielki Akt Amerykański, 1961, Kolekcja Claire Wesselmann.
By uzupełnić temat, warto pokazać tę niezwykłą (i trochę kiczowatą) kamizelkę.
Stworzyła ją w 1977 Joan Steiner, amerykańska artystka. Nawet jeśli nie wspomina ona prac Wesselmanna jako bezpośredniej inspiracji, to trudno nie kojarzyć jej „ubioru” z Martwą Naturą nr 30 z 1963.
Martwa natura nr 30 (MoMA, NYC)
Mnie najbardziej podoba się w tych projektach uchwycenie istoty obrazów. Z jednej strony płaskości przedstawionego ludzkiego ciała na sukni u Saint Laurenta, z drugiej zaś przestrzenności elementów i jednocześnie różnorodności ich faktur.

Źródło ilustracji:
www.style.com
http://pintura.aut.org
http://www.moma.org

środa, 15 czerwca 2011

Hołdy dla współczesnych

Czas na małą przerwę od Alexandra McQueen, choć niewątpliwie wrócę jeszcze kiedyś do niego. Niemiej jednak chciałbym zostać przy problemie składnia przez projektanta hołdu artyście; zwłaszcza współczesnemu artyście. Nie jest to bynajmniej zagadnienie charakterystyczne dla dzisiejszych czasów. W historii couture można wskazać wiele takich przykładów (dziś tylko dwa, ale tak naprawdę blog roi się od nich).
Pierwszy to Yves Saint Laurent, który w kolekcji, na jesień-zimę 1965 roku pokazał suknie inspirowane twórczością żyjącego wó
wczas artysty, Serge’a Poliakoff’a (1906 – 1969).
Kompozycja z 1957 roku.

Suknie te zostały pokazane razem z tymi, inspirowanymi malarstwem Mondriana, jednak nie stały się aż tak popularne. Trudno powiedzieć dlaczego. A może nie? Przyznaję, że mi również bardziej podobają się „mondrianowskie” sukienki – ich konstrukcja, podziały pól są czystsze, czytelniejsze. No i te wspaniałe, nasycone kolory. Z drugiej strony, analogicznie, twórczość Poliakoff’a nie jest tak znana, jak obrazy Mondriana. Trzeba by się zastanowić czy twórczości tego zmarłego w 1944 roku Holendra także by nie można potraktować jako współczesnej projektantowi. Zapewne tak ją on rozumiał, skoro obydwaj artyści „znaleźli się" w jednej kolekcji.
Drugi z dzisiejszych przykładów pochodzi z początku XX wieku. To suknia zaprojektowana przez Paula Poiret’a ok. 1910 (zbiory MET) będąca hołdem dla malarstwa Henri’ego „Celnika” Rousseau (1844 – 1910).

Na pierwszy rzut oka wydaje się ona niezwykle prosta. Jej wyrafinowanie widoczne jest dopiero po uważniejszym przyjrzeniu się.
Le lion ayant faim se jette sur l'antilope (Głodny lew rzuca się na antylopę), 1905

Nie chodzi mi jednak wyłącznie o odtworzenie za pomocą rozmaitych materiałów fragmentu „dżungli”, ale też o rozwiązanie tego śmiałego dekoltu. Użycie „cielistego” koloru do uszycia spodniej warstwy, powoduje, że ów dekolt wydaje się być głębszy niż jest w rzeczywistości. Może teraz to nie robi wrażenia, bo co chwila czyjeś nagie piersi wyskakują z sukni i są prezentowane na Pudelku, ale jak na ówczesne czasy, to śmiałe, prowokacyjne rozwiązanie i warto je docenić.

Źródło ilustracji:
Yves Saint Laurent, Katalog wystawy, Petit Palais, Paryż 2010
http://www.artexpertswebsite.com
Poiret, Katalog wystawy z Metropolitan Museum, NYC 2007
http://en.wikipedia.org

wtorek, 7 czerwca 2011

Numer 13


Finał tego pokazu (kolekcja wiosna – lato 1999) jest chyba znany wszystkim miłośnikom Alexandra McQueen'a.Shalom Harlow w białej sukni, wchodzi na obrotową platformę i staje się ludzką "figurką z pozytywki". Modelka staje się zupełnie bezbronna wobec ustawionych obok niej robotów, które w pewnym momencie zaczynają się poruszać i spryskiwać suknię farbą. Krople pryskają także na ciało „ofiary”. Mamy do czynienia z czystym aktem twórczym. Ale warto dodać, że ma on w tym wydaniu wiele z aktu seksualnego (dawniej zastanawiałem się czy nie jest to nadinterpretacja, ale przeczytałem słowa Shalom, i ona faktycznie tak czuła).
Patrząc na samą suknię, skupiamy się na czarnych i żółtych plamach, próbując dostrzec w tym jakiś wzór. Ale to tylko przypadkowe plamy. Podobnie jak u Jacksona Pollocka ważny jest nie tylko sam obraz jako finalny „produkt”, ale i akt tworzenia, który stanowi nierozerwalną całość z dziełem.
Choć taka analogia nasuwa się jako oczywista, to jednak projektant, jako inspirację wskazuje instalację współczesnej artystki, Rebecki Horn (niestety nie znalazłem roku, z którego pochodzi ta praca. Nie znam też jej tytułu. Jeśli ktoś się orientuje, to proszę dać znać – będę wdzięczny).
Dodatkowy kontekst tego performance’u z Shalom Harlow w roli głównej buduje fakt, że cała kolekcja inspirowana była angielskim ruchem artystycznym „Arts and Crafts”. Finał kolekcji wobec tego przynosi odwrócenie ról - roboty zastępują artystę. Człowiek (modelka) jest tylko pozornie w centrum uwagi. Jak wspomniałem, jest ona bezbronna wobec „atakujących” ją robotów. Być może jest to nadinterpretacja, ale odzwierciedleniem tego odwrócenia relacji człowiek – maszyna jest suknia Shalom w której talia jest podkreślona paskiem, ale z tyłu, tak jakby tył został zamieniony z przodem, czyli tu także widzimy odwrócenie pewnej relacji.
Najciekawsze jest według mnie to, że te możliwości interpretacji tak naprawdę pokazują to, że praca McQueen'a to dużo więcej niż tworzenie ubrań –
to SZTUKA.

Źródło ilustracji:
www.metmuseum.org
Zdjęcie Hansa Namuth’a przedstawiające Pollock'a- http://en.wikipedia.org
http://www.siouxwire.com