piątek, 29 października 2010

Idealny duet

Ten duet to Jeanne Lanvin i jej córka Marie-Blanche, który kojarzyć się powinien może nie z awangardowymi, ale jednak wspaniałymi, sukniami. Oczywiście projektantką była matka – Jeanne, córce zostawiając przez długi czas jakże ważną rolę muzy. Może wydać się to dziwne dla wielu, ale to właśnie od szycia ubiorów dla dziewczynek zaczynała swoją przygodę z couture Jeanne Lanvin. Marie-Blanche służyła jej za modelkę. Ubrania–zestawy dla matki i córki stały się znakiem firmowym domu mody, co znalazło wyraz w logu umieszczanym przez długi czas na metkach.
Logo to zostało zaprojektowane przez znanego wówczas rysownika Paula Iribe. Nawiązuje ono do wizerunku, jaki matka z córką zaprezentowały na balu kostiumowym, co zostało uwiecznione na fotografii z 1907 roku.
Idealnie zgrane „projektowe” duety matek z córkami pojawiały się wielokrotnie. Natężenie występowania tego motywu, związane było, jak się możemy domyślić, z rozwojem dziecka, które w pewnym momencie przestało nim być. Skończyła się wówczas pewna era w twórczości Lanvin.
Wciąż jednak powstawały wspaniałe, jak powiedziałem, suknie, na których omówienie przyjdzie kolej następnym razem.
Źródło ilustracji:
www.metmuseum.org
Dean L. Merceron, Lanvin, New York 2007

niedziela, 24 października 2010

Metka prawdę ci powie…

Generalnie, kiedy oglądamy dawne ubiory koncentrujemy się na ich kolorze, formie, detalach. Na pewno metka nie jest tym, od czego by się zaczynało oglądanie jakiegoś żakietu czy sukni. Jednak, jeśli chcielibyśmy się dowiedzieć czegoś więcej, nie tylko o danym ubiorze, ale i o domu mody, w którym został zrobiony, uważne przyjrzenie się metce będzie niezbędne. To niemal jak sygnatura malarza na płótnie. Taki napis na licu obraz może, jak wiemy, zawierać same inicjały, bądź pełne imię i nazwisko, czasem datę powstania, a nawet i jego miejsce. Zdarza się, że wszystkie te informacje występują naraz. Tak samo ważne mogą się okazać dane umieszczone na metce. Cóż więc może się pojawić na metce oprócz nazwy domu mody, co wydaje się jasne. Oto kilka przykładów:
To metka wieczorowego płaszcza z 1903 roku uszytego u Jeanne Paquin. Podaje ona ważną informację o tym, gdzie znajdował się jej dom mody w Paryżu, oraz to, że funkcjonowała jego londyńska filia. Wiemy też, że to wzór z kolekcji zimowej 1903 roku. To naprawdę sporo.
Powyższe przykłady metek tego samego domu mody pokazują jego ewolucję od 1921 roku (pierwsza od góry) do lat 30 tych. Widać zmianę nazwy, która ostatecznie ograniczyła się do samego nazwiska projektantki. Ponadto wydaje się, że ostateczna wersja również mówi nam w domyśle, że jest to tak znana marka, że wszyscy wiedzą, gdzie mogą ją kupić i gdzie jest siedziba (faktycznie jest do tej pory przy Rue Cambon 29 i 31).
Metka też może nosić ślad artysty, tak jak w tym przypadku. Różę tę zaprojektował sam Paul Iribe, znakomity rysownik i ilustrator mody początku XX wieku. Dla Paula Poireta wykonał też słynny album Les Robes de Paul Poiret w 1908 roku.
Czasem, jak w tym wypadku, metka staje się historyczną. Otóż jest ona doszyta do czarnej wieczorowej sukni Yves Saint Laurent’a, którą zakupiła żona Arturo Lopez-Willshaw’a w 1961 roku, jeszcze przed pierwszym pokazem couture 29 stycznia 1962.
Na koniec metka, która chyba najlepiej uosabia ideę metki – sygnatury. Pochodzi ona, jak widać z domu mody Madeleine Vionnet i nosi ślad odcisku palca samej właścicielki i projektantki. Był to jeden ze sposobów jej walki z podrabianiem jej kreacji, co było z jedną z istotniejszych dla niej kwestii. Na przeciwnym końcu metki możemy zobaczyć logu, jakie zaprojektował dla niej Thayaht, włoski futurysta.
Myślę, że tych metkowych informacji wystarczy jak na jeden raz, bo jak się okazuje, może być ich naprawdę sporo.

Źródło ilustracji:
www.metmuseum.org
Fashion. Kolekcja Muzeum w Kyoto, Wyd. Tashen
Yves Saint Laurent, katalog wystawy, MET, 1983


niedziela, 17 października 2010

Filozofia pewnej sukni

Twórczość surrealistów była i jest ciekawym źródłem inspiracji dla projektantów mody. Najbardziej kojarzona z nimi jest oczywiście Elsa Schiaparelli, nie tyle nawet inspirująca się ich twórczością, ile po prostu z nimi współpracująca. Ja chciałbym pokazać mniej znany, a równie oczywisty przykład surrealizmu w modzie. To Naomi Campbell sfotografowana przez Paolo Roversi’ego w kreacji Jean Paul Gaultiera. (kolekcja Les classiques – wiosna/lato’93). W tym zdjęciu ujmuje przede wszystkim gra pomiędzy tym, co „naprawdę”, a tym, co „na niby”. Prawdziwa jest oczywiście modelka, ale ona „gra” manekina ze sklepowej wystawy. Przez chwilę mamy wrażenie, że właśnie obserwujemy taką witrynę, ale orientujemy się, że modelka stoi na ulicy, na bruku. Wydaje się ona być naga, choć, rzecz jasna, nie jest. Jest za to ubiór imitujący tę nagość i nie dość, że faktycznie przylega do ciała jak druga skóra, to jeszcze na zasadzie trompe-l'oeil podkreśla te najbardziej kobiece cechy.
Ta wypowiedź projektanta na temat ubrania, które staje się drugą skórą, które niby ukrywa nagość, a jednak ją wydobywa, kojarzona może być z podobną pod wieloma względami wypowiedzią artysty belgijskiego, René Magritte’a. Przedstawiona na wieszaku sukienka z pewnością zdradza płeć noszącej jej osoby. Zwykła niepozorna, niczym niewyróżniająca się sukienka, wyposażona została przez malarza w aspekt seksualny. Rzeczywiście ubranie jest m. in. nośnikiem informacji o płci noszącego, ale tytuł tego obrazu z 1948 roku - Filozofia w Buduarze (kol. prywatna) - sugeruje, że chodzi o coś więcej. O zależność ubrania wobec ciała, a może przeciwnie - ciała od ubrania? Może chodzi o ślad, jakim naznaczamy swój ubiór nosząc go? A może o pewnego rodzaju niezależność ubioru od noszącego? Albo, że ubiór zdradza więcej niż byśmy chcieli? Tych „może” jest zapewne jeszcze kilka. Ale może ktoś sam będzie chciał porozmyślać na ten temat….

Źródło ilustracji:
Fashion & surrealizm wyd. Assouline
Jean Paul Gaultier, wyd. Assouline

poniedziałek, 11 października 2010

Kostium "Beockiej dziewczyny"

Wyżej prezentowany kostium (zbiory Dansmuseet) przeznaczony był dla beockiej dziewczyny – postaci z baletu Narcyz wyprodukowanego przez słynne Balety Rosyjskie Diagilewa. Premiera tego spektaklu miała miejsce w Monte Carlo, 26 kwietnia 1911. Wszystkie kostiumy, a więc i powyższy, zaprojektowane zostały przez Leona Baksta. Nawiązywały one w swojej prostej formie do ubioru starożytnych Greków (Beocja to kraina historyczna w środkowej starożytnej Grecji, której głównym miastem były Teby). Kostium dla beockiej dziewczyny ma wyrazistą kolorystykę – tkanina koloru miodowego pomalowana jest w zielono – pomarańczowy wzór. Czerwono – biała taśma krzyżuje się na piersi, turkusowo – błękitna, zaś w pasie. Barwny akcent stanowią także czerwone guziki na rozcięciach. Tasiemki z białymi „perłami” umieszczone wzdłuż rozcięć można powiedzieć, że stawiają kropkę nad „i”. Szczerze mówiąc nie przyglądałbym się temu kostiumowi tak uważnie gdyby nie to:
Projekt ten, wielokrotnie pojawiał się na okładkach publikacji związanych z Baletami Rosyjskimi czy twórczością Leona Baksta. Zdobił też okładkę programu Baletów w 1911 roku. Mnie osobiście zachwyca – swoją żywiołowością, ruchem, kolorem.
Wydaje się, że nawet, jeśli nie zachwycił, to na pewno zainspirował on Pabla Picassa przy tworzeniu kurtyny do Le train bleu – spektaklu z 1924 roku (premiera 24 czerwca), również stworzonego przez zespół Diagilewa.
Piszę o tym między innymi z tego powodu, że to największe dzieło Picassa oglądać można teraz (do 9 stycznia 2011) w londyńskim Muzeum Victorii i Alberta. Prezentowana jest tam wystawa „Diagilew i Złota Era Baletów Rosyjskich 1909 – 1929”. Zamierzam wybrać się na nią niebawem, ale zanim opisze swoje wrażenia z jej oglądania, pojawi się tu jeszcze kilka kostiumów Leona Baksta i nie tylko.
A na razie zdjęcie samej kurtyny.
Źródło ilustracji:
Leon Bakst, Sensualisment Triumf - Kat. Wystawy, Dansmuseet, 1993, Stockholm
http://commons.wikimedia.org
www.artdaily.org

piątek, 8 października 2010

„Szampan z kawiorem”

Tak jak obiecałem, dziś kilka słów o Arnoldzie Scaasi. To amerykański projektant, urodzony w Kanadzie (Montreal) w 1931 roku. Jego nazwisko z pewnością nie należy do najbardziej znanych. Przynajmniej u nas. Jednak w Stanach jest to bardzo znana postać, zwłaszcza w kręgu elit, które ubierał przez trzy dekady. Najintensywniejsza działalność Scaasi’ego, bowiem, to okres od końca lat 50. do końca lat 80. XX wieku. Do jego klientek należały m. in. Barbra Streisand, Elizabeth Taylor, Ivana Trump czy Barbra Bush. Związane było to głównie z tym, że Arnold Scaasi nastawiony był na projektowanie sukni wieczorowych, na specjalne okazje. Nie był specjalnie zainteresowany tworzeniem ubiorów dziennych. Szło to w parze z jego estetyką, i czyniło go idealnym projektantem dla gwiazd. Jak sam mówił:
„Lubię luksusowe materiały, wysokogatunkowe na ubiory dzienne, a bogate i strojne – na kreacje wieczorowe. Stanowczo nie jestem minimalistą! Sądzę, bowiem, że model przyozdobiony wygląda o wiele bardziej interesująco i o wiele przyjemniej się go nosi”
Patrząc na poniżej prezentowaną suknię z kolekcji wiosna – lato 1983 (zbiory MET, wcześniej w kolekcji Brooklyn Museum), rzeczywiście trzeba przyznać, że wygląda interesująco.
Niemal w całości pokryta jest kwiatami z jedwabiu. Dominująca rola dekoracji sprawia, że sylwetka jest tylko delikatnie zaznaczona. Także proporcje są dyskretnie zarysowane. Ten kwiatowy „total look” niemal jednoznacznie kojarzy mi się z obrazami XVI wiecznego włoskiego artysty - Giuseppe Arcimbolda (ok. 1530 – 1593). Jego obrazy były pełne fantazji i można w nich dostrzec zacieranie granicy rzeczywistości, wręcz tworzenie nowej, alternatywnej. Tak jest np. w przypadku płócien przedstawiających Florę (ok. 1591, zbiory prywatne) czy Wiosnę (ok. 1573, Luwr).
Na koniec jeszcze jedna wypowiedź projektanta:
„…ubiory powinny być zabawne w odrobiną fantazji. Kreacje Scaasi’ego są niczym szampan z kawiorem…”.
Zatem smacznego!

Źródła ilustracji:
www.metmuseum.org
http://commons.wikimedia.org

Cytaty za: Moda. Encyklopedia, red. Richard Martin, wyd. Philip Wilson, Warszawa 1999.

niedziela, 3 października 2010

Październik miesiącem mody

Hasło to nie jest bynajmniej moim wymysłem. To sposób, w jaki reklamuje swoją ofertę Museum of Fine Arts w Bostonie http://www.mfa.org/calendar/sub.asp?key=12&subkey=10698
Faktycznie niemal co dzień, bądź co drugi dzień odbywać się będzie tam pokaz filmów związanych z modą czy wykład. Oprócz tego przez cały październik (później również) można oglądać tam dwie „modowe” wystawy na raz - “Avedon Fashion 1944–2000” oraz “Scaasi: American Couturier”. O ile pierwszego z nazwisk nie trzeba specjalnie przedstawiać, o tyle to drugie, rzeczywiście wymaga przybliżenia. Uczynię to jednak w kolejnym poście.
Chciałoby się powiedzieć, że tylko pozazdrościć…
Jednak i na naszym, polskim podwórku możemy znaleźć podobne rzeczy. Oczywiście nie w takiej skali i w takiej oprawie (myślę tu o wystawach), ale np. pokazy filmów związanych z modą będzie można oglądać też w październiku, w Poznaniu podczas czwartej już edycji Art and Fashion Festival organizowanego w Starym Browarze http://starybrowar5050.com/artandfashionfestival/ .
Tak jak i w bostońskim muzeum będzie można obejrzeć np. Powiększenie M. Antonioniego i współczesny September Issue. Cieszą więc takie inicjatywy (zwłaszcza, kiedy odbywać się będą w mieście w którym mieszkam), jednak nie wszystko powinniśmy naśladować. Mam tu na myśli głównie to, że niemal wszystkie tytuły wykładów, jak i same części składowe tego Festiwalu są w języku angielskim. Rozumiem, że niektóre sformułowania brzmią lepiej w angielskim, ale mieszkamy w Polsce i oferta jest adresowana głównie do mieszkających w Polsce. Jeśli więc organizatorzy chcieli (bo tak to rozumiem) otworzyć się na cudzoziemców, to moim zdaniem lepsze byłoby stworzenie drugiej wersji językowej strony. W tej chwili bowiem wygląda to trochę na snobowanie się i chęć dodawania sobie czegoś (prestiżu? międzynarodowości?). A szkoda, bo wielu może to zniechęcać, a przecież to naprawdę ciekawa idea i inicjatywa.
Do zobaczenia na Art and Fashion Festival już w październiku – miesiącu mody.