czwartek, 30 grudnia 2010

Na bal!

Wystroić się, iść na bal i zdobyć serce księcia. Do tych elementów kojarzonych z bajką o Kopciuszku dorzuciłby jeszcze kwestię: „wzbudzić zazdrość w oczach innych kobiet”. No, ale tego nie można dokonać z pomocą pierwszej lepszej sukni. Musiałaby ona być niezwykła, może nieco bajkowa... A propos bajek, to jest dla mnie ciekawe, że kiedy dziewczynki rysują swoje księżniczki mają one zawsze obfite suknie. Skąd to się bierze? Może dlatego, że często baśnie mają XVIII wieczny kostium? Trudno powiedzieć, ale tak, czy inaczej pragnienie pięknej sukni pozostaje u dziewczynek i w późniejszym wieku (nie u wszystkich, ale na pewno u większości).
Ale dość tego, bo tak naprawdę chciałem dziś pokazać jedną z moich ulubionych sukni – nie wiem nawet dlaczego tak ją lubię... No, ale tak jest.
Nie jestem przekonany, że ta suknia, „Maria-Luisa”, zaprojektowana przez Johna Galliano dla Christiana Dior (kolekcja couture, wiosna/lato 1998) nadaje się na bal. Nie będę za dużo o niej pisał, może tylko tyle, że widać wyraźne nawiązanie do sukni XVIII wiecznych, choć sama jej wielkość odsyła nas raczej do obfitych kreacji okresu II Cesarstwa. W celu pomocy w wychwyceniu tych XVIII wiecznych elementów prezentuję poniżej portret malowany w 1759 roku przez François’a Bouchera. Przedstawia, a jakże, Markizę de Pompadour.
Widać, że użyty przez projektanta czarny kolor zabiera lekkość i frywolność charakterystyczną dla rokokowych strojów, nadaje za to powagi i dramatyzmu. Dosłowne zestawienie tej sukni z XVIII wiecznym wnętrzem (może jednak nie dosłowne, bo jest to fragment ekspozycji muzealnej), rodzi pewne inspirujące napięcie. Zachwyca mnie w ogóle decyzja pokazania sukni w takim kontekście, nie mówiąc o bardzo odważnej stylizacji. Ten motyw ptaków, a nakrycie głowy stworzone przez Stephena Jonesa zwłaszcza, uruchamia moją wyobraźnię i znów wracam w świat baśni.... Echhh Można jedynie żałować, że Metropolitan Museum jest tak daleko i takie widowiskowe wystawy jak ta (AngloMania: Tradition and Transgression in British Fashion) omijają nas.

Na Nowy Rok zatem życzę sobie i wszystkim wspaniałych muzealnych wystaw i to „w zasięgu ręki”.

Źródła ilustracji:
www.metmuseum.org
www.wga.hu
AngloMania: Tradition and Transgression in British Fashion, katalog wystawy, Metropolitam Museum, 2006

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Z architekturą w tle

Choć dzieje sztuki nie są mi obce, to przyznaję się, że moja uwaga koncentruje się głównie na malarstwie. Przyznaję się tym samym, że architektura nie jest moją najmocniejszą stroną. Wiem oczywiście jakie style następowały po sobie, ale bez wnikliwości. Dlatego też z pewną dozą dystansu sięgnąłem po poleconą mi (dzięki Asiu) książkę o architekturze (Alain De Botton Architektura szczęścia, Wydawnictwo: Czuły Barbarzyńca). Okazało się jednak, że moje obawy szybko się rozwiały i rozsmakowałem się w snutej przez autora opowieści. Zapragnąłem, by kiedyś pojawiła się podobna książka, ale dotycząca ubioru. Ale, póki co, tak zacząłem sobie rozważać o oczywistych związkach obowiązującego w budownictwie stylu z modnym ubiorem. Nie zamierzam jednak zestawiać teraz ze sobą np. modernistycznego budynku z prostą sukienką tubą, rokokowej sukni z właściwą dekoracją architektoniczą, czy renesansowych pałaców z sajanem, bądź modną wówczas suknią. Na pewno jest to ciekawe i może się nawet o takie zestawienia pokuszę, ale dziś chciałbym iść w dosłowność... Cóż może bardziej wyrażać połączenie ubioru z architekturą niż grecka kariatyda?
Zamiast żłobkowań (kanelur) charakterystycznych dla kolumny mamy fałdy miękko układającego się peplosu. Nawet tworzący się na biodrach, poziomy fałd tkaniny nie jest w stanie przełamać dominujących pionowych kierunków. Wyprostowana, smukła postać kobieca wydaje się niemal bez wysiłku trzymać na swej głowie ciężar gzymsu. Można byłoby to zestawić np. z modą empirową, która przecież bezpośrednio odwoływała się do ubiorów znanych z antycznych rzeźb. Ale jakoś tak dziś nam nastrój na niepodążanie oczywistymi ścieżkami...Motyw kolumny w ubiorze został wykorzystany przez Giorgio de Chirico w kostiumach do spektaklu Bal wyprodukowanego przez Balety Rosyjskie (1929 rok). Wygląda to tyleż zabawnie, co interesująco. W tym ubiorze (ze zbiorów National Gallery of Australia w Canberze) także mamy podkreśloną wertykalność, choć już nie tak wyraźnie. Mnie najbardziej zachwyca ten wystający kapitel joński zamiast koszuli i krawata.
To oczywiście zaledwie czubek góry lodowej, bo jeśli chodzi o ubiory nawiązujące w swej formie, do smukłości kolumny, to mogłaby powstać z nich imponująca kolumnada.

Źródło ilustracji:
Sztuka świata, tom 2 , Wydawnictwo Arkady
http://nga.gov.au/

piątek, 24 grudnia 2010

Świątecznie

To oczywiście nadużycie, ale są święta, więc pozwalam sobie na nie – otóż w zbiorach Instytutu Ubioru Metropolitan Museum można znaleźć sukienkę Śnieżynki ;))))))

To suknia zaprojektowana przez André Courrèges, francuskiego projektanta, który podobnie jak Mary Quanta jest uważany twórcę mini. Powyższa suknia jest właśnie „mini” i pochodzi z 1967 roku. Uszyta jest z plastiku i futra. Intrygujące połączenie. Czterdzieści lat temu była ona hitem. Zachwycano się wówczas nowymi, nawet, jeśli sztucznymi materiałami, gdyż były one kwintesencją nowoczesności. Dziś dla nas to nieco szokujące zestawienie, ale może kogoś zainspiruje…
I tego właśnie wszystkim serdecznie życzę – wielu modowych, intrygujących inspiracji i pomysłów.

Zdjęcie:
www.metmuseum.org


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Na płasko

Podstawowy problem z obrazem jest taki, ze ma on dwa wymiary, a tak się składa, że najczęściej chcemy na (w) nim przedstawić nieprzystającą do niego trójwymiarową rzeczywistość. Ciało ludzkie także ma te trzy wymiary – wysokość, szerokość i głębokość. Co prawda mamy najczęściej zastrzeżenia to wartości liczbowych z nimi związanych, ale to już inny problem. Idąc dalej tym tropem dochodzimy do wniosku, że ubiór też jest ogólnie mówiąc bryłą. Nie zawsze jednak powszechne sądy i opinie się sprawdzają.
Tak właśnie jest w przypadku najnowszej kolekcji Maison Martin Margiela na sezon wiosenno-letni, na 2011 rok. Zaczyna się niewinnie (lewo), nawiązaniem do męskiej koszuli (tytuł kolekcji brzmi: „Męska garderoba spotyka kobiece ciało”), która ma na płasko sprasowane rękawy. Ten w sumie drobny element staje się coraz wyraźniejszy i wówczas koszula wygląda tak (prawo):
Ale w kolekcji pojawiają się zdecydowanie kobiece elementy garderoby jak dopasowana bluzka czy suknia.
Lecz także i one są „spłaszczone”. Bardziej od oceny kolekcji interesuje mnie jej przesłanie. Co ma znaczyć to spłaszczenie? „Co artysta chciał nam przez to powiedzieć?” – Że te elementy – męska garderoba i kobiece ciało – nie przystają do siebie? Że zawartość męskiej garderoby jest płaska, a kobiece ciało pełne okrągłości? Tę dwubiegunowość projektant zaznaczył w ten sposób, że tyłu tkanina bardzo dokładnie opina ciało modelki – z jednej strony jest więc płasko, z drugiej krągło. Rozumiem, że to właśnie jest to spotkanie pojawiające się w tytule kolekcji. Generalnie jednak „płaskość” kojarzona z męskimi ubraniami wystąpiła już wcześniej – pewną analogię widzę w ubiorach a’la garçonne lansowanymi przez Chanel.
Te ubiory spłaszczały przecież kobiece ciało, czyniły je prostym, czasem zgeometryzowanym. To co zaproponowała wówczas Chanel był nowe i odważne (przecież nie wszystkie kobiety przyjęły tę modę), to co pokazuje zaś Maison Martin Margiela, jest też dość odważne, ale mam poczucie, że jest postmodernistyczną wersją mody na „płaską” chłopczycę. No i w przeciwieństwie do chłopczyc powyższych modeli raczej na ulicy nie zobaczymy. A może się mylę i znajdą się chętne….

Źródło ilustracji:
www.style.com
Anna Sieradzka, Artyści i krawcy. Moda Art Deco, wyd. PWN 1993

środa, 15 grudnia 2010

O czym marzy dziewczyna...

Nie zamierzam bynajmniej cytować, a tym bardziej prowadzić, współczesnych badań w tym temacie, a jedynie oprzeć się na reklamie z 1956 roku, która jasno mówi na temat kobiecych marzeń. Otóż ich obiektem jest bielizna, a konkretnie stanik. Z tym, że nie jest to byle jaki stanik, lecz wyprodukowany przez firmę Maidenform.
Prezentowana reklama jest jedną z cyklu „Śniłam, że...” (I Dreamed...) jaki rozpoczął się w 1949 roku i trwał prawie 20 lat. Pojawienie się staników podobnych, do tego jaki tu widzimy, trudno nie powiązać z bardzo kobiecą sylwetką lansowaną przez Diora od 1947 roku. Występująca w reklamie kobieta marzy o takim staniku, gdyż w nim może poczuć się jak dzieło sztuki. I to nie byle jakiej sztuki, bo do czynienia mamy z obrazem Thomasa Gainsborough z 1775 – 1777 roku. Modelka Maidenform wcieliła się bowiem w rolę "Czcigodnej Pani Graham" („The Honourable Mrs Graham”). Zwraca uwagę faktyczne podobieństwo w linii ubioru XVIII wiecznego i tego z lat 50. XX wieku. W końcu Dior nie tylko w swojej pierwszej kolekcji, ale też i później inspirował się modą osiemnastego stulecia. Przyjrzyjmy się teraz faktycznemu dziełu sztuki...
Portretowana ma na sobie ciekawy ubiór, z pewnością nie do końca współczesny. Widać w nim wyraźnie echo portretów vandyckowskich, które ustaliły kanon malarstwa portretowego na wiele dziesięcioleci. Ubiór więc jest rodzajem kostiumu, który połączony jest z modną fryzurą. Para kolumn sugerująca nawiązanie do sztuki antycznej nie jest w stanie stłumić odczuwalnej już tu atmosfery rodzącego się romantyzmu. Patrząc na ten obraz myślę sobie, że łatwo przenieść się dzięki niemu do świata fantazji.
Porównując ten portret (obecnie w Szkockiej Galerii Narodowej) namalowany przez angielskiego mistrza z reklamą widać, że sam stanik to za mało, by zostać dziełem sztuki. Nawet jeśli jest on uszyty przez firmę Maidenform (wiem, wiem, nieco to złośliwe, ale cóż, jakoś ostatnio jestem w takim nastroju....)

Źródło ilustracji:
50s Fashion, Tashen, 2007 (seria Icons)
http://www.nationalgalleries.org

sobota, 11 grudnia 2010

„Zilustrowany” Dior

Nie wiem jak to się stało, że jeszcze o tym nie napisałem, ale już nadrabiam zaległość. Miesięczną zaległość. Podczas pobytu w Londynie, właśnie miesiąc temu, miałem przyjemność zobaczyć wystawę, jaka ma miejsce w Sommerset House. Poświęcona jest ona znakomitemu rysownikowi, kojarzonemu głównie z latami 50 -tymi i 60 -tymi, choć nie tylko - René Gruau (1909 - 2004). Temat wystawy - „Dior Illustrated” od razu mówi, że oglądać można prace wykonane właśnie dla tego domu mody. Ale oprócz ilustracji są także butelki perfum Dior, magazyny, w zasadzie okładki magazynów mód z ilustracjami Gruau, no i stroje. Kilka kreacji Haute Couture zarówno tych projektowanych przez samego Diora jak i przez Johna Galliano, który to podobno osobiście dokonał wyboru kreacji jakie zostały tam zaprezentowane. Wśród nich była i ta:
Pojawiła się ona w kolekcji na 60 lecie domu mody Diora, czyli w lipcu 2007 roku. Wydaje się ona prostą sukienką „bez fajerwerków”, jednak uważne przyjrzenie się odsłania przed nami majstersztyk – to maźnięcie farbą, kwiat – jest niemal rzeźbą w tkaninie. Tak dwuznaczność tak naprawdę jest najciekawsza i bezpośrednio odnosi się do ilustracji Gruau, jemu to bo wiem Galliano złożył tą suknią hołd. Pokazał też w ten sposób ważność Gruau dla samego Christiana Diora. Uzupełnieniem sukni, wręcz jej dopełnieniem jest kapelusz w kształcie palety, na której są plamy farby i pędzel (dzieło genialnego Stephena Jonesa) umoczony w czerwonej farbie. Wszystko gotowe do użycia.
Czas zobaczyć co też za pomocą pędzla i farb potrafił wyczarować René Gruau.

To zaledwie kilka przykładów, ale wierzę, że się podobają. Mnie ujął on kreską, a w zasadzie linią, która potrafi się nagle zmienić w jakiś konkretny kształt – tak jak z tą farbą-różą na sukni Galliano. To mistrzowski hołd dla ilustratora.
A kto będzie w Londynie przed 9 stycznia, zachęcam, żeby zajrzał tam, mimo że wstęp jest płatny (6 funtów). Warto.
Źródło ilustracji:

niedziela, 5 grudnia 2010

"Irysy" YSL

Ostatnio znów spędziłem nieco czasu nad Yves Saint Laurent’em. Ale to nie wynika bynajmniej jedynie z tego, że jego twórczość niezwykle cenię, chodzi o tworzenie prezentacji dotyczącej samych związków ze sztuką u tego projektanta (zapraszam w najbliższy czwartek do Domu Bretanii). Tych zaś jest niemało i do tego przebiegają na wielu poziomach – można by tylko o tym książkę napisać. No, ale wracam na ziemię. Otóż chodzi mi o jeden ze słynnych żakietów Laurenta. Dwa z nich odwołują się do twórczości van Gogha (1853 – 1890) trzeci do Pierre’a Bonnard’a (1867 – 1947). Teraz chciałbym się zająć tylko jednym, dlatego, że chcę go porównać z właściwym płótnem, by pokazać stopień przetworzenia pierwowzoru. Będą więc Irysy Van Gogh’a z 1889 roku (ze zbiorów J Paul Getty Museum w Los Angeles) Jakie one są – każdy widzi. Piszę tak dlatego, że zachęcam do samodzielnego przyjrzenia się im w kontekście oceny dzieła YSL. Udało mi się znaleźć dwa różne zdjęcia tej kreacji. Pierwsze pochodzi oczywiście z roku powstania – czyli kolekcji na wiosnę- lato 1988 zatytułowaną „The Cubist Collection: A Tribute to Braque”. Jak się okazuje Yves nie trzymał się tylko twórczości Braque’a, Picassa czy Gris’a, ale także umieścił w niej innych, pośrednio powiązanych artystów – np. Van Gogh’a. Drugie zdjęcie pochodzi z pokazu, jaki się odbył w końcu stycznia 2002 roku w Centre Pompidou.
Lubię takie zestawienia, bo pokazują klasyczność i ponadczasowość kreacji, w tym wypadku żakietu z Irysami. By docenić kunszt jego wykonania, które zajęło około 670 godzin, prezentuję jeszcze jedno zdjęcie pokazujące "Irysy" w zbliżeniu. Daje to możliwość zobaczenia, że projektant starał się powtórzyć nie tylko wzór, ale i fakturę obrazu. Mogę się pochwalić, że widziałem ten żakiet na żywo i naprawdę robi on niezwykłe wrażenie. Chodzi jednak, jak wspomniałem wcześniej, o to, żeby porównać, i mam nadzieję zobaczyć, że nie jest to tylko proste i bezmyślne naśladownictwo, ale coś więcej. Coś, co wynika z głębokiego rozumienia sztuki holenderskiego mistrza.

Źródło ilustracji:
http://www.getty.edu/museum/
www.style.com
Fashion since 1900, valerie Mendes i Amy de la Haye, wyd. Thames & Hudson
Yves Saint Laurent, katalog wystawy, Petit Palais, Paryż 2010

wtorek, 30 listopada 2010

Kwiaty we włosach

Przyznaję zupełnie szczerze, że choć interesuję się modą i zerkam na najnowsze kolekcje couture z dużą ciekawością, to jednak zupełnie niedawno odkryłem ciekawego projektanta, Hiszpana z pochodzenia, który nazywa się Joseph Font. Jego kolekcja couture urzekła mnie swoją malowniczością, no i co jest dla mnie bardzo istotne świetnie wpisuje się w dziedzictwo kulturowe Hiszpanii skąd, jak wspomniałem projektant pochodzi. W kolekcji na sezon jesień zima 2008 – 09, bo o niej mowa znajdziemy wiele odniesień do kultury tego kraju, które można by osobno omówić. Ja jednak chciałbym się skupić na stylizacji, która zdradza inspirację twórczością innego Hiszpana – Salvadora Dalego (1904 – 1989). Otóż chodzi mi o te kreację.


Żeby być dokładnym – są to tylko przykłady – wiele innych modelek miało podczas tego pokazu w podobny sposób zaaranżowane fryzury. „Kobieta z głową róż”, to również tytuł obrazu właśnie Dalego. To płótno z 1935 roku znajduje się w Kunsthaus w Zurychu.

Trudno do końca mieć pewność, o co tak naprawę chodzi w tym przedstawieniu. Niewątpliwie główną postacią jest umieszczona na osi obrazu „kobieta”, o wysmukłej sylwetce, niemal żywcem wziętej z modowej ilustracji. Jednak postać ta jest, zbiorem sztucznych, obcych elementów – choćby sama głowa zastąpiona jest bukietem róż. Widać także wyraźnie, że wyeksponowana, czerwona noga to tak naprawdę jakaś metalowa formą, raczej pusta w środku, zaś biała draperia otulająca drugą nogę przechodzi w okolicy pasa w dziwną formę, która wygląda na dwie splecione ze sobą, białe dłonie. Zatem ręce ściskają talię. Druga para splecionych dłoni jest widoczna na prawej ręce postaci. Lewa ręka zaś, na pierwszy rzut oka skryta w cieniu, wydaje się także być sztuczna. Zagadkę tak dziwnej postaci może rozwiązać prawdziwa kobieta, stojąca przy lewej krawędzi obrazu. Ubrana w wielokolorową suknię, przepasana niezwykłą formą w kolorze czerwonym, studiuje jakiś dokument (?), notatki (?) – trudno jednoznacznie stwierdzić nie widząc oryginału. Tym niemniej dochodzimy do wniosku – przynajmniej ja do takiego dochodzę, że postać z bukietem zamiast głowy jest wymyślona przez tę kobietę. Obie postacie są w tym zaproponowanym przez artystę układzie przeciwstawiane sobie, choć nie wydaje się, by dochodziło tu do konfrontacji – raczej komplementarności...
Ale dość tego. W końcu to surrealizm i nie ma jednej właściwej czy, tym bardziej, zamkniętej interpretacji. Jedno jest jednak pewne, że obraz ten, i nie tylko ten, inspirował także słynną Elsę Schiaparelli. W zasadzie to Dali z nią współpracował, nie tylko inspirował. Efektem ich pracy, jest butelka perfum Shocking.

Tu też na szczycie kobiecego korpusu (inspirowanego, jak wiadomo, sylwetką Mae West) mamy bukiet kwiatów. Jest też miara krawiecka. No i tym samym wracamy do początku – krawiectwa prezentowanego przez modelki z bukietami na głowie.

Źródło ilustracji:
http://www.telva.com
Fashion & Surrelizm, Francois Baudot, wyd. Assouline
http://www.liveauctioneers.com

czwartek, 25 listopada 2010

Kolejne wystawy i wykład

Przygotowując dzisiejszy wykład na temat Cristobala Balenciagi, znalazłem informację o wystawie poświęconej jego twórczości, niestety aż w Nowym Yorku, no ale może ktoś tam się akurat wybiera. Zatytułowana jest ona BALENCIAGA: Hiszpański mistrz i prezentowana będzie w Instytucie Hiszpańskim Królowej Zofii od 19 listopada do 19 lutego. Kuratorem przedsięwzięcia jest Hamish Bowles. Tu strona Instytutu:
http://www.spanishinstitute.org/Równie egzotycznym miejscem, tym razem dosłownie, jest Ogród Majorelle w Marakeszu, w Maroku. A jak Marakesz, to wiadomo – Yves Saint Laurent. Od 27 listopada do 18 marca będzie prezentowana wystawa Yves Saint Laurent et le Maroc. Zapowiada się świetnie. Cóż, dla samego miejsca warto byłoby pojechać, a tam jeszcze będą suknie YSL. Nic tylko kupować bilet ;))))) http://www.fondation-pb-ysl.net
Ale jeśli o Yves Saint Laurent’cie mowa, to w przyszły piątek, 3 grudnia będę w Warszawie, by w siedzibie Stowarzyszenia Historyków Sztuki, Rynek Starego Miasta 27, powiedzieć o jego twórczości. Punktem wyjścia będzie dla mnie tegoroczna retrospektywna wystawa jego kreacji w Petit Palais w Paryżu. Serdecznie zapraszam, wstęp jest wolny, a godzina 17.00 też mam nadzieję przyjazna.
Miłośnikom kostiumów teatralnych warto zaś powiedzieć, że w Wiedniu, w Österreichisches Theatermuseum od 25 listopada do 31 października przyszłego roku, a więc bardzo długo, będzie prezentowana wystawa zatytułowana Verkleiden - Verwandeln – Verführen i oczywiście będzie można oglądać wspaniałe kostiumy. Więcej szczegółów na stornie: http://www.khm.at/de/khm/ausstellungen/aktuell/verkleiden-verwandeln-verfuehren/
Tym zaś, którzy się nie wybiorą do Wiednia, pozostaje Poznań. Od najbliższego weekendu, bowiem, do końca stycznia będzie można oglądać wystawę Sto lat Teatru Wielkiego w Poznaniu. W Gmachu Głównym Muzeum poza wieloma eksponatami są także i kostiumy. Zachęcam i zapraszam. http://www.mnp.art.pl/2010/teatr_wielki/index.html

Źródła ilustracji:
www.en.wikipedia.com
http://www.khm.at/de/khm/ausstellungen/aktuell/verkleiden-verwandeln-verfuehren/


poniedziałek, 22 listopada 2010

Namaluj to!

Wbrew temu co może niektórym sugerować ten tytuł, nie będzie nic o obrazie Rembrandta. Za to o innych obrazach tak. Kwestia malarstwa jako źródła wiedzy o ubiorze interesuje mnie od dawna. Najczęściej kojarzy się to z problemem „przekładalności” kroju, sylwetki, faktury tkaniny na język malarski. Wielu zapewne od razu poda znakomite przykłady sztuki portretowej, np. Ambasadorów H. Holbeina i inne. Możemy się sporo z takich obrazów dowiedzieć – to pewne, ale mnie bardziej zastanawiają kwestie metodologiczne. Czy można analizować ubiór porównując go do obrazu? Czy jeśli niektórzy historycy sztuki twierdzą, że obraz może być odnoszony tylko do innego obrazu, a nie do otaczającej nas rzeczywistości, to może ubiory też powinniśmy tak rozpatrywać? Nie chcę tym samym negować możliwości czerpania wiedzy z wszelkiego rodzaju przedstawień, sugeruję jedynie różny sposób analizy ubioru zachowanego i ubioru namalowanego. W wielu punktach są one na pewno styczne, ale w innych nie. Poniżej zaprezentuję trzy przykłady, które dają nam możliwość porównania zachowanego ubioru z jego malarskim przedstawieniem. Na fali Baletów Rosyjskich zacznę od kostiumu, jaki Aleksander Gołowin zaprojektował do spektaklu Borys Godunow ok. 1908 roku.
Tuż obok niego możemy zobaczyć obraz, także autorstwa Gołowina, przedstawiający tytułowego bohatera granego (śpiewanego) przez legendę – Fiodora Szalapina. Płótno zostało namalowane w 1912 roku i znajduje się w Państwowych Zbiorach w Sankt Petersburgu. Mamy więc ubiór - w zasadzie jego prezentację i reprezentację - wchodzę na bardzo śliski grunt, bo wykłady z tego zakresu miałem już kilka lat temu, więc - z jednej strony mamy ubiór – obiekt muzealny (ze zbiorów Victorii i Alberta), z drugiej portret, którego jedynie częścią składową jest tenże ubiór. Kostium ten ma zdecydowanie więcej wspólnego z ubiorami z czasów panowania Godunowa niż z portretem i powinien być analizowany w odniesieniu do nich. Podobnie portret ten ma więcej wspólnego z innymi obrazami niż z tym ubiorem i tą drogą powinna biec interpretacja (np. w kontekście portretu Davida Garrick jako Ryszarda III namalowanego w 1745 przez W. Hogartha). Jak wspomniałem, jest oczywiście wspólna nić między powyższymi przedstawieniami, ale to właśnie „nić” i niewiele poza tym.
Kolejny przykład prezentuje znakomite dzieła – z jednej strony przepiękny portret pędzla Aleksandra Roslina, z drugiej zachwycającą ślubną suknię portretowanej, czyli Jadwigi Elżbiety (1758 – 1818) – królowej Szwecji i Norwegii (obydwa ze sztokholmskich muzeów – suknia z Livrustkammaren, obraz z Drottningholm). Na wystawie monograficznej Roslina prezentowane były one razem. Suknia na wystawie malarstwa wydawała się obca. Oczywiście z punktu widzenia widza jest to ciekawy zabieg, zupełnie go rozumiem i uważam za interesujący. Chodzi mi jedynie o podkreślenie różnic między nimi i odmienne podejście do ich analizowania.
Ostatnia para nie pochodzi bynajmniej sprzed wieków, ale z lat 40. ubiegłego wieku. W tym przypadku bohaterką jest Millicent Rogers, ikona stylu tamtych lat. U nas co prawda w ogóle nieznana, ale w Stanach jak najbardziej. By już się nie powtarzać, poprzestanę tylko na danych. Obraz malowany przez Bernarda Boutet’a de Monvel’a w 1949 roku należy obecnie do prywatnych kolekcjonerów z Nowego Jorku. Suknia zaś wyszła z pracowni Charlesa Jamesa w 1947, a obecnie jest w zbiorach MET.
Mam nadzieję, że nie zniechęciłem do spoglądania na obrazy, ale jednocześnie udało mi się zwrócić uwagę na to, by nie traktować portretów jako „ilustracji” ubiorów w sposób bezrefleksyjny i bezkrytyczny.

Źródła ilustracji:
http://www.vam.ac.uk
The Ballets Russes and the art of design, Monacelli Press, 2009
Alexander Roslin, Kat. wystawy, Nationalmuseum, Stockholm, 2007
High Style, Kat. wystawy, Brooklyn Museum, NY, 2010

piątek, 19 listopada 2010

Ślubna suknia od YSL

Przyznaję, że ta dość niezwykła i niecodzienna jak na ubiór ślubny kreacja (by być szczerym, ona w ogóle jest zastanawiająca – nie tylko jako ślubny strój), intryguje mnie od dość dawna. Tak naprawdę trudno jest mi ją z czymkolwiek „skleić”. Widziałem ją „na żywo” na wystawie w Petit Palais w tym roku. Jak tylko ją tam wypatrzyłem, odżyła moja nadzieja, że ją rozszyfruję, ale nic z tego. Po pierwsze eksponowana była „w przejściu”, pomiędzy dwoma częściami wystawy, a więc nie wskazując na sposób jej odczytania, po drugie, jej opis ograniczający się do podstawowych danych (kolekcja haute couture, jesień-zima 1965) nie wspominał nic o źródle inspiracji. Dziwności dodaje tej kreacji fakt, że jest ona wykonana z dzianiny, tzn., wygląda tak, jakby ją ktoś wykonał z białej włóczki. Jej forma, bliska ciału z pewnością ogranicza ruchy. Kojarzy mi się to – jeśli chodzi o formę – z kulturą starożytnego Egiptu. Poniżej zewnętrzna trumna Khonsu z czasów Nowego Państwa, ze zbiorów MET. Poza samą formą zewnętrzną, a w zasadzie konturem jaki wyznacza ta forma i układem, jaki muszą przyjąć ręce, podobieństwa się kończą – w końcu to nie ubiór...
Innym tropem jest dla mnie kostium zaprojektowany przez Borisa Anisfelda do baletu Sadko, ok. 1911 roku (produkcja Diagilewa). Tutaj podobieństwo rozwiązania okrycia głowy jest uderzające. Gorzej z resztą ubioru już zdecydowanie inną. A jednak do zaprojektowania takiej formy artysta skądś musiał zaczerpnąć inspiracje; i być może było to samo źródło z którego korzystał Yves Saint Laurent? Może je kiedyś odkryję... Liczę na to.

Źródło ilustracji: Katalog wystawy Yves Saint Laurent, Paryż, Petit Palais, 2010www.metmuseum.orgThe Ballets Russes and the art of design, Monacelli Press, 2009

niedziela, 14 listopada 2010

U Wiktorii i Alberta...

Przyznaję, że Balety Rosyjskie Diagilewa interesują mnie od kiedy nieco bliżej poznałem Paula Poireta. Zwiedzając więc wystawę przygotowaną przez Muzeum Victorii i Alberta mogłem nacieszyć oczy (uszy w sumie też). Organizatorzy wybrali raczej tradycyjny sposób narracji, tzn. zasadniczo chronologiczny z problemowymi wtrąceniami. Początek stanowiły informacje o samym Diagilewie i środowisku oraz o pierwszych wystawach w Paryżu, co wydaje mi sie niezbędne, bo w końcu nie pojawiło się to wszystko znikąd. Następnie prezentowane były kostiumy z pierwszych, przedwojennych sezonów, z zasygnalizowaniem także Poireta, którego trzy suknie były pokazywane. Z tego okresu wyróżniono postać Wacława Niżyńskiego - tancerza (był także choreografem), oraz przełomowy spektakl, jakim było Święto Wiosny Igora Strawińskiego wystawione w 1912 roku. „Przerywnikiem” w narracji była część zatytułowana Tworzenie baletu, gdzie pokazywano inspiracje Diagilewa, zapisy choreografii i elementy związane z warsztatem tancerzy, po czym następował kulminacyjny, moim zadaniem moment wystawy, czyli olbrzymie scenografie – tła stworzone przez Gonczarową i Picassa. Rzeczywiście robią niezwykłe wrażenie. I choć mało jest miejsca na odejście, to i tak, nawet z „żabiej” perspektywy, warto je pooglądać. Ta część prezentuje dużą ilość prac Picassa, który wielokrotnie współpracował z Diagilewem, ale są i efekty pracy innych artystów, np. Georges Braque’a. Przedostatni zaś fragment wystawy dotyczył powojennych produkcji z udziałem Matisse’a, Łarionowa czy Chanel, by wspomnieć głównych twórców. Akcentem zamykającym ekspozycję były suknie Yves Saint Laurenta nawiązujące do twórczości Baletów Diagilewa.
Co mnie nieco zaskoczyło, to wiek zwiedzających - czułem się jakbym trafił na wykłady uniwersytetu III wieku. Nie żebym miał coś przeciw, po prostu tak uwaga. Chociaż może to świadczy, że temat jednak jest zbyt odległy? abstrakcyjny? trudny? dla młodego odbiorcy. Trudno powiedzieć z czego to wynika. Choć przez chwilę przeszło mi przez głowę, że jakimś mentalnym starcem może jestem, skoro mi się to podoba... A, trudno podoba się i już. Brakuje tylko „obrazków”. Tym razem będą to zbliżenia, które pozwalają zobaczyć też kunszt pracowni wykonujących te kostiumy (i tych które je konserwowały). Detale kostiumów (ilustracje z katalogu towarzyszącego wystawie pod red. Jane Pritchard):
dla Księcia (Sadko) – proj . N. Gonczarowa
dla Niżyńskiego (Le Festin) – proj. L. Bakst
dla Bajadery (Le Dieu Bleu) – proj. L. Bakst
Zapraszam też przy okazji na spotkanie-prezentacje-wykład na temat Baletów, jakie będzie w najbliższy wtorek, 16 listopada, o godzinie 18.30 w Fashion School, przy 27 Grudnia 3. Trzeba wejść w bramę i później, w podwórzu w lewo. Wstęp wolny. Aha – to oczywiście w Poznaniu.

wtorek, 9 listopada 2010

Diagilew i jego zespół

W końcu nadszedł ten dzień i od jutra będę w Londynie na wystawie Baletów Rosyjskich Diagilewa (Diagilew i Złota Era Baletów Rosyjskich, 1909 – 1929 w Muzeum Victorii i Alberta). Są tam prezentowane rozmaite rzeczy od kostiumów, co oczywiste, po fotografie, scenografie, rysunki, szkice, postery, listy i inne detale i drobiazgi. Do tego sporo muzyki w tle, bo choć o tym nie wspominam zawsze, to jednak dokonał ten zespół ogromnych zmian także w sferze dźwięków (wystarczy wspomnieć kompozycje Strawińskiego). Po powrocie oczywiście relacja. Teraz tylko kilka zdjęć za strony Muzeum: http://www.vam.ac.uk/
Kolczyki noszone przez Niżyńskiego w Szeherezadzie – project L. Baksta, 1910:
Projekty Coco Chanel do “Le Train bleu”, 1924:
Projekt Pabla Picassa do “Parady”, 1917:
Kostium zaprojektowany przez L. Baksta do „Śpiącej królewny”, 1921:
Poster z 1909 roku:
I na koniec sam Siergiej Diagilew (ok. 1924 roku):

niedziela, 7 listopada 2010

Hiszpańska krew

Ten niewielki obraz malowany przez Goyę około 1813 roku przypomina o długiej tradycji walk z bykami w Hiszpanii. Od razu zaznaczam, że zupełnie nie mam zamiaru wypowiadać się w kwestiach ostatnio bardzo dyskutowanych związanych z wprowadzeniem zakazu dla takich widowisk. Jest to jedynie punkt wyjścia to zaprezentowania projektów zainspirowanych walką byków i stojem torreadorów.
Projekty te pochodzą z kolekcji na wiosnę 2002 roku (ready-to-wear) przygotowanej przez Alexandra McQueena. Podoba mi się w nich brak dosłowności w nawiązywaniu do stroju walczącego z bykiem mężczyzny. Są oczywiście spodnie, ale brakuje mocno podkreślonych ramion, bogactwa złotych haftów czy złotych chwostów. Także kolor został ograniczony. Jednocześnie ubiory te nie są pozbawione dominującego, nawet agresywnego charakteru. Szczególnie efektowne są kapelusze – rogi. „Kobiece” wersje są zwiewne, mają „rozczłonkowaną” formę i luźniejszą strukturę. Stanowią wyraźny kontrast wobec swoich "męskich" odpowiedników. Ich miękki, plastyczny charakter powoduje, że przyjmują rolę ofiary – w wersji czerwonej niemal dosłownie. Z resztą można tu łatwo zauważyć jak mocno działa kolor i jaką dynamikę daje ubiorowi. Na marginesie powinienem dodać, że suknie te uszyte z tkaniny w grochy nawiązują do hiszpańskiego ubioru związanego z Flamenco, choć nie wyłącznie.
Więcej o inspiracjach projektantów strojami hiszpańskimi opowiem w najbliższy wtorek o 20.00 w klubie Meskalina, na Starym Rynku nr 6 w Poznaniu. Nie będzie to z pewnością jakiś wyczerpujący wykład, ale luźne opowiadanie o kolekcjach Haute Couture czerpiących inspirację z hiszpańskiej kultury. Szczegóły na stronie internetowej Fundacji Nuova, będącej organizatorem całego przedsięwzięcia - http://www.nuova.pl/

Źródło ilustracji:
http://www.wga.hu
www.style.com