sobota, 7 marca 2015

Pożegnanie z blogiem



W ciągu ostatnich tygodni zdarzyło się wiele bardzo przyjemnych dla mnie chwil. Przede wszystkim swój finał znalazł wieloletni proces pisania pracy doktorskiej, którą obroniłem w ubiegłym miesiącu. Można więc powiedzieć, że nawet w sensie formalnym zakończył się pewien etap mojego życia. To spowodowało, że pojawiło się wiele miejsca na nowe projekty i plany. Wszystkie oczywiście związane z historią mody bądź muzeami. Nie widzę już jednak miejsca na prowadzenie bloga Muzealne mody. Wiele myślałem na ten temat i mogę spokojnie powiedzieć, że to już koniec.
Licznik na Bloggerze pokazuje 258 postów napisanych w ciągu niemal 5 lat. To nie jest jakiś rekord świata, ale też nie miałem ambicji bicia takowego. Może dlatego, że nigdy tak naprawdę nie czułem się blogerem. Wydawało mi się, że po prostu opisuję coś, piszę relację i to wszystko. Nigdy też blog nie stał się dla mnie jedyną czy nawet główną platformą wypowiedzi i kontaktu z ludźmi.
Domyślam się jednak, że mimo to, wielu z Was lubiło tu zaglądać i poczytać parę linijek tekstu z obrazkami. Jestem Wam za to bardzo wdzięczny, BARDZO. To w zasadzie dzięki Wam blog przetrwał tyle czasu. Teraz jednak nadeszły zbyt duże zmiany, by blog zdołał się im oprzeć.
Nie znaczy to jednak, że zupełnie znikam z sieci. Pozostaje oczywiście sam blog jako archiwum, strona z kolekcją, przez którą będę informował o zamierzanych przeze mnie projektach wystaw czy wykładach i spotkaniach oraz fanpage na Facebooku, choć nie będzie on działał na najwyższych obrotach.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję Wszystkim Czytelnikom za głosy sympatii, za czytanie, za odwiedziny tutaj. Jesteście wspaniali.
DZIĘKUJĘ.
Piotr Szaradowski

czwartek, 26 lutego 2015

Julien Fournié i Delacroix



Mija miesiąc odkąd byłem w Paryżu. Pomysł, by jechać tam w styczniu, czyli okresie zupełnie nie turystycznym, wziął się z zaproszenia, jakie otrzymałem od domu mody Julien Fournié. To projektant, który stosunkowo od niedawna pracuje pod własnym nazwiskiem. Wcześniej między innymi tworzył kolekcje couture dla domu mody Torrente.

Jak wiecie śledzenie najnowszych trendów światowej mody, ba nawet tej polskiej, zdecydowanie zostawiam innym. Nie jestem dziennikarzem, jestem historykiem. Jednak od (prawie) każdej reguły istnieją wyjątki. Możliwość zobaczenia na żywo pokazu couture, w Paryżu, to coś czemu trudno się oprzeć, gdy w kręgu zainteresowań jest historia paryskiej mody. Wiem, że w relacjach z tygodnia mody haute couture dominowały relacje z wybiegów Diora i Chanel, ale poza nimi także można zobaczyć coś wartościowego... Jestem przeszczęśliwy, że oglądałem pokaz Juliena Fournié. Mam świadomość tego, że w mojej pamięci, oprócz samego pokazu zostaną także emocje, i że to one dyktują mi teraz te słowa. Ale, jak wspomniałem, nie jestem dziennikarzem, nie pojechałem tam z misją opisania wszystkiego i wydania wyroku.

Do zabrania głosu skłania mnie też sama kolekcja, która, jak mówi projektant została zainspirowana dziennikami z Maroka Eugène’a Delacroix. A taki trop trudno mi porzucić... Delacroix (1798–1863) to jeden z kluczowych malarzy dziewiętnastowiecznej Francji. Znany jest przede wszystkim z fascynacji egzotyką tak typowej dla romantyków. Jak pewnie część z Was wie, odbył on między innymi podróż do Maroka w 1832 roku, czego efektem są jedne z najbardziej znanych jego obrazów. Wypełnia je światło i kolor.

Ale kiedy się patrzy na modele z kolekcji Fournié, kolory nie są aż tak żywe, jak można byłoby się spodziewać. Nie jest to bynajmniej wina projektanta. Tak naprawdę wszystko się zgadza. Kiedy bowiem patrzy się na karty dziennika, a nie powstałe później obrazy, dominują na nich brązy w bardzo różnych odcieniach, przełamywane bardziej wyrazistymi plamami turkusu czy nasyconej czerwieni.
 
 
 
 Źródła tu, tu, tu i tu
Jest to logiczne, gdy pomyśli się o pustyni, piasku i kolorach wypłowiałych dzięki ostremu słońcu. Samo słońce w postaci „złotej” tkaniny także błyszczy gdzieniegdzie na wybiegu. Generalnie bardzo podoba mi się paleta kolorów użytych przez projektanta. 



 Źródło tutaj
"Egzotyka” nie jest przez projektanta nadmiernie eksploatowana. Nie przekracza on moim zdaniem granic ubioru. Mam na myśli to, że patrząc na wybieg nie mam wrażenia, że oglądam teatralne kostiumy. I to mi się bardzo podobało. Trudno również nie pamiętać o fantastycznej biżuterii.
Fantazją na temat Afryki są na pewno fryzury i makijaże przywodzące na myśl królową Kleopatrę. Dzięki nim inspiracja tym kontynentem była czytelna od pierwszego wyjścia modelki.

Czy moje zachwyty znaczą, że teraz przemienię się w stałego bywalca pokazów haute couture, lub bardziej – pokazów mody w ogóle? Tego nie musicie się obawiać. Dlatego, mam nadzieję, wybaczycie mi taki wpis tutaj ;)

Co jednak jest niezmiernie atrakcyjne to, dla odmiany, możliwość poznania projektanta, porozmawiania z nim, pogratulowania udanej kolekcji, a nie tylko kontakt przez książki i zdjęcia z czym najczęściej mam do czynienia. I to jest coś bardzo interesującego nawet dla historyka. W końcu, to co oglądałem już należy do historii...

wtorek, 24 lutego 2015

Lacroix w muzeum



Tę wystawę odkryłem przypadkowo, jak to często bywa. Mowa o Muzeum Cognacq-Jay, które dało wolną rękę Christianowi Lacroix. Dzięki temu przestrzeń muzeum została wypełniona rozmaitymi przedmiotami, które odnoszą się do sztuki i kultury XVIII wieku, bądź faktycznie pochodzą z tego okresu.  Muszę przyznać, że do pójścia tam popchnęła mnie ciekawość ekspozycji. Podejrzałem trochę w internecie i wydało mi się to na tyle interesujące, by zobaczyć na żywo. Oprócz samej mody, interesuje mnie bowiem także sam sposób ekspozycji, aranżacji przestrzeni, konteksty w jakich prezentowane są dzieła sztuki itd... W końcu to „muzealne” mody. 
Nie będę Was trzymał w niepewności. Od razu powiem, że dawno już nie byłem tak zadowolony w sensie estetycznym. Tak, tak – nie jest prawdą, że nic mi się nie podoba ; ) Ale do rzeczy. O czym w ogóle jest ta wystawa i co tak zachwyca? 
Na początku trzeba powiedzieć, że Cognacq – Jay, to nazwiska założycieli paryskiego domu towarowego La Samaritaine: Ernesta Cognacq Marie-Louise Jaÿ. Byli oni także znanymi kolekcjonerami sztuki osiemnastowiecznej. Jeśli do tego dodamy nazwisko Lacroix – znawcy i miłośnika kultury XVIII wieku, to w zasadzie zagadka dania projektantowi „wolnej ręki” zostaje rozwiązana.
Wystawa w zasadzie wystawa poświęcona jest kulturze XVIII wieku (TUTAJ). Poszczególne pomieszczenie poświęcone są zagadnieniom takim jak teatr, egzotyka, dzieciństwo, antyczne inspiracje, Boucher, dżentelmeni, pisanie listów itp. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie ręka Lacroix, który oprócz tego, że jest projektantem, pracuje także dla teatrów. I to po prostu widać. Bardzo podobały mi się interpretacje tematów, jakich dokonał Lacroix zestawiając ze sobą obrazy, przedmioty czy fotografie, które dzieli od siebie niemal dwieście lat. Każdy bowiem temat związany z wiekiem XVIII jest „uwspółcześniany” przez projektanta. Pokazuje on w ten sposób, że kultura i sztuka XVIII nieustannie inspiruje, ale też że artyści sięgają niezależnie od czasów, w jakich żyją, do podobnych problemów. W zasadzie niemal każda sala mnie zachwycała. Wynikało to z dużej różnorodności obiektów, no i co tu kryć – również wiedzy Lacroix, który te obiekty wyszukał i zestawił razem. Wśród tych przedmiotów są także i stroje projektowane przez niego, ale nie dominują one i zawsze ich obecność jest uzasadniona. Nie miałem poczucia „nachalnej reklamy”. 
Powtórzę się, ale dawno nie miałem takiej przyjemności. Zastanawia mnie tylko to, czy wszyscy zwiedzający taką przyjemność mieli. Nie zrozumcie mnie źle, ale wydaje mi się, że jest ona raczej dla opatrzonych już widzów, z jakąś wiedzą o XVIII wieku. Ale może się mylę... Z drugiej strony nie byłoby w tym nic złego, bo przecież nie ma wystaw dla wszystkich. Bardzo wielu polskich muzealników wciąż tak myśli, że wystawy mogą być dla wszystkich, ale to przecież nieprawda. Zawsze zakłada się (świadomie lub mniej świadomie) określonego widza (odbiorcę). Przecież już samo formułowanie tekstów na wystawie wskazuje do kogo są one adresowane. Nie wszystkie są przecież równie łatwo napisane. Rezygnacja z opisów, też powoduje, że automatycznie wykluczona zostaje jakaś grupa osób, itd...
Wracając jednak do wystawy przygotowanej przez Lacroix, z pewnością jest ona dla ludzi otwartych, którym nie przeszkadza łączenie ze sobą, arbitralnie przecież, odległych od siebie dzieł sztuki. Im więcej się jednak wie, tym większa radość z odkrywania połączeń zastosowanych przez projektanta.
Marzą mi się takie wystawy w Polsce. Żeby publiczność uczyła się myśleć w sposób swobodny. Niestety dominują u nas wystawy tematycznie zachowawcze, co wzmacnia myślenie schematami, poruszanie się po utartych ścieżkach. A można przecież inaczej. Dlatego właśnie wystawa przygotowana przez Lacroix pozostanie na dłużej w mojej pamięci.


PS. Zdjęcia robiłem komórką, więc nie ma oszałamiającej jakości. Ale też muszę powiedzieć, że to celowy zabieg. Niestety jest tak, że człowiek się skupia albo na przeżywaniu, albo na robieniu dobrych zdjęć. Chyba się starzeję, bo coraz mniej mam ochotę jeździć z aparatem i pstrykać. Wolę przeżywać i podziwiać, czego i Wam życzę w jak największej ilości.
 
 
 
 
 
 
 

niedziela, 22 lutego 2015

Sonia Delaunay - wystawa


Powrót do pracy po dużym wysiłku jest trudniejszy niż myślałem. Zdecydowanie przydałyby się teraz wakacje, ale co robić, jeśli to niemożliwe... Mało tego,  narobiło mi się ostatnio sporo zaległości. Zaczynam więc powoli z nadzieją, że jakoś się rozkręcę.
Zacznę od Sonii Delaunay, która była bohaterką styczniowego wykładu w Domu Bretanii. Ponadto, dosłownie kilka dni po tym wykładzie miałem ogromną przyjemność oglądania dużej, retrospektywnej wystawy, poświęconej jej twórczości. Dziś, czyli 22 lutego jest już jej zakończenie. Można ją zwiedzać wirtualnie na stronie Muzeum Sztuki Nowoczesnej Miasta Paryża TUTAJ. To podkreślenie „Miasta Paryża” jest konieczne, bo jest jeszcze Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czyli Centrum Pompidou. Oczywiście byłem bardzo ciekawy tej wystawy, choć przyznaję, że miałem w sobie lekki niepokój, jak wiele nowego na niej zobaczę. Kilka lat temu bowiem widziałem wystawę Color Moves: Art and Fashion by Sonia Delaunay tutaj, na której były ubiory, obrazy i wzorniki tkanin (głównie z czasów jej pracy dla Metz&Co).   
Do Palais de Tokyo, który jest położony na przeciwko Palais Galliera, wybrałem się z rana. Postanowiłem być tam na 10.00. Piszę o tym dlatego, że czekała tam już na mnie niewielka, ale jednak, kolejka! Oprócz niej były jeszcze dwie grupy dzieci na muzealne lekcje. Krótko mówiąc, wystawa cieszy(ła) się dużą popularnością. I teraz, już po jej zwiedzeniu mogę powiedzieć, że wcale mnie to nie dziwi. Wystawa jest świetna.

Przede wszystkim wystawa Sonia Deleunay. Kolory abstrakcji, jak wspomniałem, jest retrospektywna. Autorzy wystawy prezentowali życie i twórczość artystki w układzie chronologicznym, dodatkowo podzielonym na poszczególne tematy. W związku z tym, nawet osoby słabo, lub w ogóle, nieznające Sonii Delaunay mogły z łatwością śledzić jej artystyczny rozwój. To nie oznacza, że dla zaawansowanych widzów nic tam nie było. Wiele zdjęć czy dokumentów nie prezentowano nigdy wcześniej, lub też pokazywano rzadko. Rarytasem z pewnością były wczesne prace artystki prezentujące jej korzenie artystyczne oraz rekonstrukcje witryn. Poza tym wystawa była czytelnie podzielona, jasno i zwięźle opisana (również po angielsku!), zarówno z rzadkimi, jak i tymi najbardziej znanymi obiektami. Można było zobaczyć patchwork przygotowany dla syna Charles’a, pierwszą suknię symultaniczną, kostiumy do Kleopatry wyprodukowanej przez Diagilewa, obrazy, szkice, projekty. No i najważniejsze – KO-LO-RY. Reprodukcje nie dają rady. 
Mnie osobiście zaskoczyło to, jak dużo zachowało się zdjęć dokumentujących działalność Sonii Delaunay w jej studiu przy 19 Boulevard Malesherbes w Paryżu.

Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie największa sala, z projektami tkanin, ubiorami, filmem i innymi materiałami prezentującymi działalność Sonii jako projektantki ubiorów i tkanin.
Szczególną uwagę przyciągała odtworzona witryna jej butiku, która, czego nie widać na zdjęciu, była ruchoma. Pasy tkanin o kontrastowych kolorach i wzorach poruszały się na specjalnej konstrukcji w górę i w dół potęgując wrażenie „symultaniczności”. Świetny pomysły, by to odtworzyć. 

Ta sala z resztą chyba najdobitniej pokazywała rozmach Sonii Delaunay. I jeszcze jeden wniosek płynął z oglądania tej wystawy: Sonia była najbardziej twórcza właśnie w tej dziedzinie – ubioru i tkaniny. To co stworzyła jako artystka (zwłaszcza po 1945 roku) niestety nie imponuje. Jeszcze słabiej wyglądają te obrazy, gdy  się je porówna z twórczością jej męża, Roberta. Nawiasem mówiąc, to bardzo pożyteczny bonus: po obejrzeniu czasowej wystawy można było zwiedzić także i stała ekspozycję, gdzie znajdują się między innymi płótna Roberta Delaunay. Przyznaję, że w tym muzeum byłem po raz pierwszy, ale spodobała mi się ta przestrzeń, no i same zbiory.
Trudno polecać wystawę, która się właśnie kończy, ale w dzisiejszych czasach bardzo możliwe jest, że za kilka miesięcy będzie można zobaczyć ją w innym mieście. Dlatego mimo wszystko gorąco polecam.

niedziela, 1 lutego 2015

Warsztaty Paula Poireta


Tytuł ten oczywiście łączy się z grudniowym wykładem w Domu Bretanii. Poprzedni wpis o Raoul’u Dufy (tutaj) też związany jest z deklaracją, że będę streszczał na blogu te wykłady. Generalnie Paul Poiret jest projektantem znanym mimo, że jego nazwisko nie funkcjonuje dziś pod postacią perfum czy akcesoriów. Najczęściej i najłatwiej kojarzony jest on z modą orientalną,  Baletami Rosyjskimi, bezgorsetową sylwetką, turbanami, czy Szeherezadą. Są to jak najbardziej prawidłowe skojarzenia. 
A zatem skąd pomysł na „warsztaty” Paula Poireta. Przecież jak Warsztaty, to raczej... Wiedeńskie. I dokładnie o takie skojarzenie mi chodziło. Otóż paryski projektant zainspirowany wizytą w Wiedniu, postanowił sam założyć własną szkołę, w której projektowane byłyby tkaniny. Ale po kolei. Kiedy Poiret przybył do stolicy Austro-Węgier, znał już to, co robią artyści skupieni wokół Warsztatów Wiedeńskich. Był chociażby w brukselskim Pałacu Stocleta, jednej z najsłynniejszych realizacji wiedeńskich artystów. Zapoznał się też z ich twórczością podczas pobytu w Berlinie, gdzie można było kupić projektowane przez nich rzeczy. Dlatego nie dziwi, że Martine (od imienia drugiej w kolejności córki) – firma mająca zajmować się wyposażeniem wnętrz „marki Poiret” została otwarta już 1 kwietnia 1911 roku, jeszcze przed wizytą w samym Wiedniu, co nastąpiło w końcu listopada tegoż roku. Wiedeńczycy, także wiedzieli, kim jest Paul Poiret zanim zjawił się w ich mieście.
Poiret podczas wspomnianej listopadowej wizyty zakupił wiele tkanin powstałych w Warsztatach i uszył z nich po powrocie suknie. Jak się okazało, był to dopiero początek... Projektant postanowił sam założyć rodzaj szkoły – warsztatów, gdzie podopieczne tworzyłby różne wzory/ projekty. Postanowił jednak, że nie będzie u niego obowiązywać taka dyscyplina jak w Warsztatach Wiedeńskich. Chciał wzorów bardziej swobodnych i naturalnych. Jako nauczycielkę zatrudnił żonę malarza, Paul’a Sérusiera - Marguerite Gabriel-Claude. Uczyła ona 13 – letnie dziewczynki z rodzin robotniczych. Projektant zrobił dla nich miejsce w swojej ówczesnej siedzibie przy 107 rue Faubourg Saint-Honoré. Ale podopieczne często wychodziły w plener”: do zoo, parku, poza miasto. Wszystko po to, by uczyły się jak najlepiej chwytać naturę, ale po swojemu, swobodnie. Zachęcane były, by nie szkicować, tylko od razu wykonywać swoją pracę. Początkowo to, co tworzyły miało być tylko wzorami tkanin, ewentualnie tapet, ale ten zakres z czasem się mocno rozrósł.
Inne wzory zobacz tutaj
W pół roku, po założeniu szkoły otwarto sklep Martine. Już w czerwcu 1912 roku Vogue pisał, że można tam nabyć wszystko, co się chce (dla domu/ do domu). Projekty te wyróżniały się prostotą, kolorem, złożone były najczęściej z pojedynczych elementów. Poiret myślący cały czas o rozwoju, z czasem zapragnął sprzedawać u siebie także meble. Swoje mieszkanie, salony mody czy nowo powstające sklepy urządzał za pomocą tego, co wytwarzały jego „Warsztaty”. Były one wizytówką jego stylu.
 I tu właśnie powinniśmy wrócić znów do Wiedeńskich Warsztatów. Paul Poiret był sławny w Wiedniu – o tym wspomniałem, ale trzeba też powiedzieć, że już wtedy dostrzegano podobieństwa pomiędzy tym robił, a tym co wychodziło z Warsztatów. Poza tym Poiret nie ukrywał swych zapożyczeń z Wasztatów. Nawet gdyby chciał tak zrobić, to prasa z pewnością by na to nie pozwoliła, gdyż także dostrzegała te powiązania. Doszło tak naprawdę do sprzężenia zwrotnego i wzajemnej inspiracji. Generalnie uważa się, że w zakresie wzornictwa tkanin, to Poiret zawdzięcza inspirację Warsztatom. W przypadku sylwetki zaś pierwszeństwo daje się Poiretowi. Co koniecznie trzeba podkreślić, że łączenie paryskiego projektanta z Wiedniem nie jest marginalne, a przynajmniej nie było w ciągu lat ich działalności. W literaturze najnowszej też podkreśla się już nie tylko wpływy orientalne w twórczości Poireta, ale też te z Warsztatów Wiedeńskich.
Do tematu zatem jeszcze wrócę. Może już nie na wykładzie, ale tu, na blogu.